powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Złoty czy pozłacany?

Skandalistka Ewelina Marciniak, napiętnowana między innymi za "Śmierć i dziewczynę" we wrocławskim Teatrze Polskim, walczy poza mainstreamowymi scenami, przybiera rozrywkowe tony, ale niestety atak się nie udaje. Niech czym prędzej porzuci tę strategię i powróci do "złotego wieku" swojej reżyserskiej działalności - o spektaklu "Stańczyk. Musical" Jana Czaplińskiego w reż. Eweliny Marciniak w Teatrze Rozrywki w Chorzowie pisze Sławomir Szczurek z Nowej Siły Krytycznej.

Zdaje się, że miała Ewelina Marciniak ochotę na wzięcie się za bary z aktualną sytuacją społeczno-polityczną, pod pretekstem powrotu do Złotego Wieku w dziejach Polski. Nie tylko czasy miały jej to ułatwić. Sprzyjające miało być pewnie także miejsce premiery "Stańczyka" i jego forma gatunkowa - musical w Teatrze Rozrywki w Chorzowie.

Wydawać się mogło, że to idealne, wręcz szklarniowe warunki do przygotowania czegoś wyjątkowego i celnego na powyższą okoliczność. Reżyserka tłumaczy to nawet ustami aktorów, swojej biało-czerwonej drużyny: by uwydatnić prawdę o czasach współczesnych, należy sięgnąć po rozrywkę. W niej ostatnia szansa na rewolucję, to oręż w walce o "coś więcej", bastion bezpieczeństwa. Przecież Wawel, na którym odbywa się akcja, to "coś więcej" niż atrakcja turystyczna. Marciniak już na wstępie zauważa, że nie zawsze ojczyzna dorastała do wielkości - Polska jawi się jej jako rozciągnięty ponad miarę kraj.

Spektakl zrealizowany za państwowe pieniądze ma rozliczać się z państwem, które zaprzepaściło bezpowrotnie szansę na powrót do wielkości, a nawet na marzenia o niej. "Stańczyk" to wyraz tęsknoty za czasami powszechnie uznawanymi za piękne i dobre w naszych dziejach - XVI wiekiem. Mariaż Złotego Wieku z dzisiejszą kulturą dresową zwiastuje nieuchronny upadek, to przekuwanie złota w tombak, wyraz odrzucenia zachodnich standardów w imię mrzonek o Polsce - raju. Przedstawienie ukazuje ścierające się wizje - tego jak tu jest i jak być powinno. Ich współgranie z góry skazane jest na porażkę.

Osobliwe wydaje się zrobienie przez Marciniak spektaklu-musicalu. Skandalistka Ewelina Marciniak, napiętnowana między innymi za "Śmierć i dziewczynę" we wrocławskim Teatrze Polskim, walczy poza mainstreamowymi scenami, przybiera rozrywkowe tony, ale niestety atak się nie udaje. Niech czym prędzej porzuci tę strategię i powróci do "złotego wieku" swojej reżyserskiej działalności. Konwencja, z którą się zmierzyła w Teatrze Rozrywki całkowicie ją przerosła, zupełnie jej nie leży. Niczym Bona na Wawel mogła wnieść na chorzowskie deski nowe standardy i dokonać cywilizacyjnej rewolucji. Idea była słuszna, paralele pomiędzy czasami świetności naszego kraju a obecną sytuacją są dość oczywiste. Łatwo wyłuskać z historii przyczyny poniesionej wtedy klęski i ukazać, że dziś także mamy do czynienia z państwem na niby.

Marciniak stała się zakładniczką tego, co stało się bezpośrednią przyczyną końca Złotego Wieku. Mianowicie udawania, że nawet gdy wszystko się pali i wali, jak Wawel, zaklinamy tylko rzeczywistość, udając, że wszystko jest dobrze i że należy świętować. A tak naprawdę mamy do czynienia z tym samym krajem interesików, mezaliansów i nepotyzmu. Za otrzymującym go w prezencie ślubnym Zygmuntem Augustem (Hubert Waljewski) odpowiadam: "nie chcę". Nie chcę ubogiej wersji najpiękniejszych inscenizacji Eweliny Marciniak (widać, że państwowych pieniędzy na wystarczyło). Nie chcę nieudolnego i niepodzielnego rządzenia na scenie Alony Szostak (Bona). Nie chcę przerysowanego, wyginającego się Zygmunta Augusta (sugerować to ma homoseksualizm).

W spektaklu rozliczającym się z historią, która dzieje się na naszych oczach, oczekuję mocnych akcentów. Przykładem jest monolog Pani Szydłowieckiej (rewelacyjna jak zawsze Małgorzata Witkowska), która bezpardonowo rozlicza się z hot tematami teatralnego światka: homolobby, sytuacja Teatru Polskiego we Wrocławiu, "Klątwa" Splunąwszy na wszystkie aktorki-dziwki i aktorów-pedałów, kwituje: "skoro i tak już wszystko się rozpada, to chętnie się wybiorę". Do teatru oczywiście.

Marciniak po raz kolejny zaprzepaszcza szansę na premierę najwyższej próby w tych niepewnych także teatralnie czasach. Jedynym powodem tego, że nieopuściłem przedstawienia już podczas pierwszej części był tytułowy Stańczyk. Grzegorz Dowgiałło, niewidomy (choć nie ma to nic do rzeczy) aktor-muzyk, wyciska łzy podsumowując sytuację królewskiego dworu i państwa polskiego. Gdyby kraj był nieco mniejszy to może i mniej wiałoby w nim pustką. Ma ochotę tchnąć w spalone mury trochę życia. Dowgiałło jest bezbłędny - śpiewa i gra lepiej niż wszyscy, którzy mu towarzyszą. Ma moc mówienia o rzeczach najważniejszych i docierania w najgłębsze ludzkie zakamarki. Jest idealnie obsadzony.

Co ciekawe, wszystko co mówi staje się aktualne również w odniesieniu do spektaklu. Chęci na inscenizacyjny rozmach były zbyt duże: podwojone role bohaterów, oderwana od reszty obsady Bona. A w scenografii i w przekazie pustka straszliwa. Mając tak silne oręże w postaci odtwórcy tytułowego bohatera, Marciniak mogła zrobić wszystko. Dowgiałło ugrałby ten musical sam jeden, jak na przedstawiciela inteligencji, której się słuchać trzeba, przystało. Powtarzam za nim: "świat piękniejszy niż ta Polska wasza mi się marzy". Mnie marzy się też kolejna, piękniejsza, pełnokrwista premiera Eweliny Marciniak.

--

Sławomir Szczurek - mieszka w Katowicach, z wykształcenia filolog polski (Uniwersytet Warszawski), wielki miłośnik teatru.