powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Okrutny mistyk ma głos

Juliusz Słowacki to obok Williama Shakespeare'a największy poeta dramatyczny Europy. A myśmy zrobili z niego Kapitana Amerykę, chuderlawego chłopca, który na skutek eksperymentu stał się superbohaterem. Takiego sobie wieszcza napompowaliśmy - pisze Dariusz Kosiński w Tygodniku Powszechnym.

W 2018 r., jedno po drugim, miały miejsce trzy wydarzenia związane z Juliuszem Słowackim. Wszystkie łączy to, że stanowiły poważne próby reinterpretacji jego dzieła. I to, że właściwie nie zostały zauważone. Najpierw ukazała się wydana przez Instytut Badań Literackich nowa, rewelacyjna edycja tzw. "Samuela Zborowskiego", przygotowywana od wielu lat przez wybitnego znawcę Słowackiego i znakomitego edytora Marka Troszyńskiego. Potem, w Teatrze Polskim w Warszawie, w ramach Festiwalu Nowe Epifanie, Łukasz Kos pokazał siedmiogodzinne przedstawienie "Króla-Ducha", przy którym współpracował z Troszyńskim, wreszcie w Teatrze Studio odbyła się premiera "Snu srebrnego Salomei", przygotowanego, wyreżyserowanego i... wykonanego przez Michała Zadarę.

Każda z tych inicjatyw wyrasta z potrzeby zmierzenia się ze Słowackim w sposób odmienny od dotychczasowych. Co z kolei wynika z rozpoznania niezwykłości jego dzieła i niedostateczności sposobów, na jakie zdołaliśmy je sobie oswoić w ciągu 169 lat, bo tyle minęło w kwietniu od śmierci wieszcza.

Inna scena tekstu

Zdecydowanie przeciwko tradycji (choć z całym szacunkiem dla poprzedników) występuje edycja Troszyńskiego. Zapowiadana od lat, przyjęła ostatecznie imponujący kształt ogromnego, ale zarazem wręcz zachwycająco jasnego i lekkiego tomu. Autor godzi ogień z wodą: pozwala zapoznać się z tekstem względnie uporządkowanym przez edytora, a zarazem udostępnia rękopis w całej jego złożoności i skomplikowaniu.

W polskiej literaturze mało jest tekstów tak problematycznych i zagadkowych jak "Samuel Zborowski". Nie mamy pewności co do jego najbardziej podstawowych elementów i wyznaczników. Nie znamy jego autorskiego tytułu (obowiązujący i przyjęty, raczej nieszczęśliwy, nadali edytorzy), nie wiemy, jaki powinien być układ scen, nie jesteśmy pewni, któremu z brzmiących na kartach głosów przypisać poszczególne słowa, nie wiemy, czyje są te głosy - czy należą do jednej postaci o wielu imionach, czy do kilku odrębnych, a wreszcie - nie wiemy, jak ta "napowietrzna wojna o narodowość naszą" się kończy. To ostatnie wydaje mi się od dawna najważniejsze i najwspanialsze: jeśli pamiętać, że Słowacki pisał dramat/ poemat o zakroju jego własnych "Dziadów", że chciał w nim niejako rozstrzygnąć własne i nasze pytania o sens polskości jako doświadczenia i losu, to wielość zakończeń (ukrywana przez wcześniejsze edycje kanoniczne, a wystawiona przez Troszyńskiego) oznacza, że to rozstrzygnięcie należy do nas, że wciąż jest naszym zadaniem. Wędrujemy tym labiryntem zamieszkałym przez rozmnażające się w zastraszającym tempie sfinksy. Troszyński pozwala im wyśpiewać swoje zagadki. Osiąga to dzięki połączeniu trzech sposobów publikacji tekstu: skanów rękopisu przechowywanego w Ossolineum, towarzyszącej jej "transliteracji topograficznej" zachowującej wszystkie skreślenia, warianty, odmiany tekstu w takim układzie i (nieporządku jak w rękopisie, autorskiej i szczegółowo skomentowanej edycji, przeznaczonej, jak pisze Troszyński, "do linearnej lektury zmodernizowanego tekstu dramatu, zgodnej z prawdopodobną kolejnością zapisu". Jest to bodaj najdalej posunięty akt rezygnacji edytora z narzucania swojej władzy, przy jednoczesnej próbie odpowiedzi na czytelnicze oczekiwania związane z umożliwieniem dostępu do dzieła.

Edycja Troszyńskiego jest prawdziwie i przedziwnie teatralna, i to w sposób znamionujący znajomość praktyk współczesnej sceny. Możemy więc sami zobaczyć, jak ten tekst sprzed 180 lat daleko przekracza nasze wyobrażenie o dramacie i jak bardzo naiwna w jego świetle jest modna wciąż (choć wciąż niedoczytana) teoria "teatru postdramatycznego" Hansa-Thiesa Lehmanna, który dopiero w drugiej połowie XX wieku odnalazł na scenach to, co Słowacki sto kilkadziesiąt lat wcześniej rozegrał na kartach swojego rękopisu.

Wieszczy pomnik

Tak zwany "Samuel Zborowski" to teatr o takiej jakości poetyckiej i zarazem niesamowitości, że gdyby istniał w jakimś innym, bardziej zrozumiałym i częściej używanym języku świata, byłby znany i komentowany równie często jak - nie przymierzając - "Ullises" Joyce'a. Nie tylko on zresztą. Powtarzam ciągle, więc powtórzę raz jeszcze: Juliusz Słowacki to obok Williama Shakespeare'a największy poeta dramatyczny Europy. Zdanie powtarzam, bo zawsze to robię, jak jest okazja, ale teraz nie chodzi mi o "promowanie" Słowackiego na świecie, tylko o rzecz bliższą i wartą przemyślenia tu i teraz: o to, co sami z nim zrobiliśmy i robimy. O to, jak skutecznie zapomnieliśmy o nim i o zabijającym go trudzie. W każdym polskim mieście jest ulica lub plac Słowackiego, w wielu stoją jego pomniki. Najbardziej porażający jest ten warszawski, ustawiony na placu Bankowym, w miejscu rozebranego w 1989 r. pomnika Dzierżyńskiego. Juliusz jest na nim przedstawiony jako ciało przemienione: postawny, z muskularną klatą odsłoniętą przez romantycznie udrapowaną pelerynę. Gdy zestawiam ten monument z historycznymi wizerunkami poety, to przypomina mi się Kapitan Ameryka: chuderlawy chłopiec, który na skutek eksperymentu stał się superbohaterem. Takiego sobie wieszcza napompowaliśmy.

Cokół pod ten monument wznoszony był od drugiej połowy XIX w., kiedy Słowackiego wybrała trochę przeciwko Mickiewiczowi bardziej - jak to się dawniej mówiło - postępowa część polskiej inteligencji. To z niej wywodził się największy jego adorator i inscenizator jego wieszczowości na skalę ogólnopolską - Józef Piłsudski. Znający Słowackiego na pamięć i chyba uważający się jednocześnie za kolejnego awatara Króla-Ducha,

Naczelnik uczynił z niego narodowego i państwowego poetę Polski niepodległej, przede wszystkim inscenizując jego wielki ponowny pogrzeb na Wawelu w roku 1927. Był to oczywisty akt polityczny (sprowadzenie zwłok poety rozegrane zostało jako przedstawienie scalające ponownie Polskę popękaną po zamachu majowym), ale też romantyczny nekro-performans, w którym zwłoki poety z woli jego duchowego następcy wywyższone zostały niemal do poziomu świętości. Jako wieszcz Niepodległej Słowacki musiał zostać oczyszczony z niejasności, splątań, sprzeczności. Musiał zostać poddany ujednolicającej nacjonalizacji i reedukacji.

To wtedy z pełnego wątpliwości Kordiana uczyniono bezkompromisowego patriotę, a "Księcia niezłomnego" obwożono po kraju przygotowując Polaków (proroczo i skutecznie niestety) na złożenie ofiary z siebie na ołtarzu Boga i ojczyzny. To wtedy rozpoczęło się zabójcze dla niego nauczanie, że "wielkim poetą był", które w genialnym błysku wykorzystał Gombrowicz do profilaktycznego załatwienia konkurenta, któremu wiele zawdzięczał (przeczytajcie tzw. "Fantazego" i choćby "Iwonę, księżniczkę Burgunda", a mam nadzieję, że zobaczycie, o co chodzi).

"Wielki poeta narodził się nam. Mamy wielkiego poetę" - według Stanisława Brzozowskiego takie słowa brzmiały w oklaskach po premierze "Wesela", skutecznie zagłuszając atak Wyspiańskiego na wspólnotę. Atak Słowackiego na nas też tak zagłuszyliśmy: na zatłoczonym placu wielki pomnik skutecznie odgradzany od życia sznurami samochodów.

Papuzie zaniechania

Kto wie - może był to konieczny odruch obronny? Słowacki jest fascynujący, ale i przerażający, co świetnie w swoich książkach o nim i z nim jako bohaterem pokazał i rozegrał Paweł Goźliński. Może jest tak, że jego okrucieństwo i mistycyzm to choroba, przed którą musimy się wszelkimi sposobami chronić, jeśli chcemy żyć jak "normalne europejskie społeczeństwo"? Może to samopoświęcenie, którego w swoim radykalizmie domaga się ustami Bukarego-Lucyfera, jest właśnie tym, czego powinniśmy się wyrzec? Może jego nieustanne nicowanie polskiej formy i ironiczne jej podważanie nie pozwala nam rozgościć się spokojnie w rezerwatach naszej narodowej dumy i mocy, bez których wciąż nie jesteśmy tak pewni swoich racji, jak byśmy chcieli?

Zapomnieć o Słowackim, by żyć. Nawet rozumiem, ale odruchowo się nie zgadzam i do głowy przychodzi inny zapomniany poeta - Władysław Broniewski, piszący, że "poza Słowackim, Mickiewiczem / życie jest w ogóle niczem". Bo jeśli go zapomnieć, to z czym zostaniemy? Z jego uładzoną i ucukrowaną wersją sprokurowaną przez Sienkiewicza? Z czytankami o ślicznych chłopcach i dziewczętach dających się zabić, by "mały rycerz" odzyskał po latach prawdziwie wolną Polskę? Zresztą sprawa jest dużo prostsza: czy tego chcemy, czy nie, Słowacki jest ważną i cenną częścią naszego "narodowego dziedzictwa". Zaniechanie pracy z nim i nad nim oznacza wyrzeczenie się tego, co już nas, ludzi mówiących językiem, w którym pisał, ukształtowało. To się już nie odstanie. Tego już nie od-doświadczymy. A na pewno nie jest to możliwe przez zapomnienie i wyparcie. Co wyparte - jak wiadomo - wraca. Staje w drzwiach potworem.

Sposób nieistnienia Słowackiego w dzisiejszej polskiej kulturze, a zwłaszcza w teatrze, uwyraźnia miejsce, w którym się znaleźliśmy jako społeczeństwo: operując nieustannie pojęciem "dziedzictwa narodowego" i "narodowej kultury", działamy wbrew i przeciw nim. Nie znamy tego "dziedzictwa", nie myślimy nim. Choć usta pełne mamy szacunku i frazesów o niepodległości, to niepodległości tej rdzenia i źródła, czyli polskiej kultury, nie ćwiczymy, nie stosujemy, nie rozmawiamy z nią. Owszem - czcimy od święta jej stereotyp, ale pracować z nią i nad nią systemowo i systematycznie nie chcemy.

Nie mogę nie zapytać, gdzie jest Narodowy Teatr Słowackiego - polski odpowiednik Royal Shakespeare Company, finansowany centralnie i zorganizowany planowo teatr pracujący stale i długofalowo nad dziełem tego wspaniałego dramatopisarza i tych, którzy - jak Wyspiański - na własny sposób je kontynuowali.

Zadawałem to pytanie i wiem, że wydaje się ono ekscentrycznym konceptem. Ale nie. Pytam serio: czy jest ktoś, kto na poważnie chciałby o takim teatrze pomyśleć, wziąłby się na serio za jego stworzenie i utrzymanie? Kto chciałby pracować nad odnowieniem języka Słowackiego i jego scenicznej mowy, byśmy go mogli usłyszeć w pełnym brzmieniu? Kto - z drugiej strony - byłby ciekaw co sezon nowych inscenizacji jego dramatów, tak żeby nie było pokolenia, które nigdy nie słyszało ze sceny "Fantazego" i "Księdza Marka"? Czy ktoś jest gotów to zrobić, skoro nie słychać nawet nikogo, kto te pytania potraktowałby poważnie?

Jeśli nie ma, to o jakiej trosce o dziedzictwo narodowe mowa? Na czym buduje się uświęconą niemal narodową tożsamość? Na kwiatach składanych pod pomnikiem w rocznicę? Na narodowym czytaniu bez zrozumienia? Na totalnym odęciu się i uznawaniu za wroga każdego, kto nie czci tych samych genialnych strategów? I o jakim teatralnym konserwatyzmie się mówi, pomstując na "nowoczesny" teatr? O jakiej polskiej tradycji scenicznej? O jakim teatrze narodowym?

Cytuję:

"O! smętny - o kochany!

Srodze ty oszukany...

Grób twój wygląda blado

Niby gmachów kaskadą

Cichą... a jednak grzmiącą:

W kraj cieniów i upiorów

Z całą tęczą kolorów -

Pod ziemię wlatującą.

I tak wisi pochyla,

A stoi... jak mogiła".