powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Blada Carmen

"Carmen" Georgesa Bizeta w reż. Andrzeja Chyry w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w Warszawie. Pisze Jakub Godzic w portalu e-splot.pl.

"Carmen" Georges'a Bizeta jest jednym z tych tytułów, który należy do najczęściej wystawianych dzieł na całym świecie. Co ciekawe jest też operą, która w dniu premiery odniosła legendarne fiasko! Paryska publiczność oglądająca ją 3 marca 1875 roku była zgorszona niemoralnością tytułowej bohaterki i tragicznym zakończeniem. Widzowie Opéra-Comique gustowali raczej w lekkich i zabawnych komediach muzycznych, a otrzymali utwór o śmiałej i nowatorskiej (jak na tamte czasy) treści, który łamał operowe tabu, wprowadzając na scenę ludzi z niższych klas społecznych, a nawet spoza marginesu.

Dziś wiemy, że "Carmen" to dzieło najwyższej klasy. Zaś libretto napisane przez Henri'ego Meilhac'a i Ludovic'a Halévy'ego jest wierne dwóm najważniejszym zasadom operowej dramaturgii: bohaterowie wyrażają proste i bezpośrednie myśli, a motywacje ich działań są jasne. Schemat opery jest bardzo przejrzysty: najpierw Carmen uwodzi Joségo (I akt), następnie José ulega Carmen (II akt), Carmen odrzuca Joségo (III akt), a ten ją zabija (IV akt). Mimo, iż struktura wydaje się klarowna, to napięcie Bizet buduje mistrzowsko. Głównie za pomocą muzyki, chociaż pomysły, jakie na nią ma, są momentami wręcz banalne: corrida, chór uliczników czy wpadające w ucho marsze - niby nic specjalnie wyrafinowanego, ale efekty są zachwycające. Jednak dzięki tym wszystkim elementom "Carmen" to dzieło na swój sposób magiczne. Nawet osoby, które nigdy nie były w operze i z trwogą myślą o przekroczeniu progu teatru oraz torturach, które na nich mogą tam czekać, znają Habanerę i umieją zanucić przynajmniej fragment marszu torreadora. A Bizetowi, który nigdy nie był na Półwyspie Iberyjskim udało się wykreować mityczny obraz Hiszpanii, który wielu osobom do dziś zastępuje obraz Hiszpanii rzeczywistej.

Nawet jeśli pozbawi się "Carmen" folkloru, można wydobyć z niej uniwersalną opowieść o potrzebie wolności, skomplikowanych relacjach damsko-męskich lub pożądaniu.

Pewna energia i drapieżność wciąż tu pozostaje, dając artystom jednocześnie duże pole do popisu, by pokazać operę od innej, niż dotychczas, strony. Wystarczy mieć tylko - albo aż - dobry pomysł.

Z takim zamiarem podszedł do "Carmen" Andrzej Chyra. Chciał ją zrobić w opozycji do innych inscenizacji. Czyli jak? Na początek pozbawił ją dekoracji. Na scenie widać wielką, metalową, ażurową konstrukcję, przypominającą rusztowanie. Obraca się ona i tworzy sztafaż dla poszczególnych scen.

Czego jeszcze pozbawił "Carmen" reżyser? Kolorytu, ale i koloru, ponieważ wielką metalową konstrukcję wypełniają zunifikowani bohaterowie: żołnierze paradują po niej w historyzujących mundurach, błądzą po niej robotnice z fabryki ubrane są w pastelowo-różowe kostiumy, wypełniają ją także przemytnicy w burych, współczesnych strojach. I wszyscy czują się tam obco, sprawiając wrażenie, jakby nie wiedzieli, jak się po scenograficznej konstrukcji poruszać.

Ale co najgorsze, "Carmen" została pozbawiona emocji. Nie tylko w warstwie treściowej, ale i muzycznej. Każdy z wykonawców miał trudności, aby ukazać wdzięk i charakter bohaterów i muzyki. Orkiestra prowadzona przez Keri-Lynn Wilson wypadła blado. Rinat Shaham śpiewająca Carmen w premierowym spektaklu sprawiała wrażenie bardziej znużonej i zirytowanej niż drapieżnej. Poprawnie wypadł jedynie tenor Leonardo Capalbo jako José, który był bardziej wiarygodny niż baryton Mariusz Godlewski jako toreador Escamillo. Wyjątkiem była młoda sopranistka, Ewa Tracz, śpiewająca partię Micaëli, która swojej bohaterce nadała najwięcej barw.

Na dodatek w ten estetyczny chaos wprowadzono postać małego blondwłosego chłopca, któremu grupa dzieci na samym początku psuje latawiec. Ale to właśnie dzięki niemu Carmen zwraca uwagę na José, a w scenie finałowej porzucony kochanek zabierze chłopcu nóż, którym zabija niewierną kochankę. Chłopiec spina całą opowieść trochę na siłę, bo ta i tak zdaje się rozgrywać poza konkretnym czasem i miejscem, jakby nigdzie. Zaś z opery, której głównym motywem są emocje i energia, otrzymujemy spektakl z którego bije chłód emocjonalny i wszechobecne wyobcowanie.

Jedyny ciekawy pomysł to finał: na proscenium pozostają wówczas José i Carmen, na tle spuszczonego ekranu wyświetlona zostaje czarno-biała projekcja ze zbliżeniem na twarze wykonawców. Zabieg, który miał pogłębić odbiór tego tragicznego duetu, staje się poniekąd gwoździem do trumny, bo jak na dłoni widać wówczas, że Carmen i José nie łączy nic poza obecnością na scenie, że nie są razem, lecz obok siebie.

Niestety "Carmen" w reżyserii Chyry nie uwodzi. Wiele pomysłów sprawia wrażenie wprowadzonych na przekór temu, co zrobiono dotychczas i silenia się na oryginalność. Zaś próby pozbawienia Cyganki kolorytu lokalnego i zuniwersalizowania jej historii zwyczajnie pozbawiła operę charakteru. Publiczność warszawskiej premiery mogła poczuć się prawie jak widzowie "Carmen" z 1875 - zgorszeni i oburzeni, lecz tym razem nieporadnością reżysera, który nie pokazał nic śmiałego ani tym bardziej nowatorskiego.