powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Światełko w tunelu

"Once" Endy Walsh w reż. Wojciecha Kępczyńskiego w Teatrze Muzycznym Roma w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski na blogu Teatr dla Wszystkich (platformie zastępczej Teatru dla Was).

Najpierw był kameralny film irlandzki w reż. Johna Carneya, który w Polsce pojawił się w roku 2007. Jego realizacyjna skromność nie przeszkodziła jednak w tym, że zyskał spore uznanie i wiele festiwalowych nagród. Jest w nim bezpretensjonalność, szczerość, jakiś rodzaj szlachetnej, krzepiącej czułości, która nie pozwala na obojętność w asystowaniu rodzącej się miłości, choć przecież wcale nie zwieńczonej happy endem. Tyle że jego brak nie nosi znamion tragicznego rozstania, jest w tym pożegnaniu jakiś ton pozytywnej energii, optymizmu, który każe z podniesioną głową i pogodą ducha patrzeć w przyszłość. W 2011 roku na bazie filmu powstaje amerykański musical, również wielokrotnie nagradzany w wielu kategoriach. Wojciech Kępczyński słusznie skonstatował, że to idealny materiał na to, by jego polską wersję Michała Wojnarowskiego zaprezentować na "Novej Scenie" Teatru Roma.

Historia jest bardzo prosta, można nawet powiedzieć, że banalna. Tyle że jej osadzenie w muzyce i w intymności płynących spokojnie emocji, dodaje tej opowieści liryzmu, a pozbawia cukierkowatości, sentymentalizmu czy sztucznej tkliwości. Oto w Dublinie dochodzi do przypadkowego spotkania chłopaka z dziewczyną. Obydwoje są już po przejściach, czują się samotni, choć nadal spragnieni uczucia i bliskości drugiego człowieka. Ona przyjechała z Czech, mieszka z matką i kilkuletnią córeczką. On jest Irlandczykiem, nie potrafi znaleźć sobie miejsca po rozstaniu z narzeczoną, która wyjechała do Nowego Yorku. Mieszka z ojcem, któremu pomaga w zakładzie naprawiania odkurzaczy. I właśnie odkurzacz będzie pretekstem do kolejnych spotkań bohaterów, które pozwolą im się do siebie zbliżyć. Tę dwójkę rozbitków życiowych na zakręcie, przeżywających pełne nieśmiałości oczarowanie sobą, dziwnym trafem połączy ich wspólna pasja, czyli muzyka. I to ona stanowi główną siłę spektaklu przy Nowogrodzkiej, bo to w niej mieszczą się tak naprawdę wszystkie uczucia, które protagoniści przeżywają, ich tęsknoty, dotychczasowe doświadczenia, niepowodzenia, marzenia i pragnienia. Dziewczyna w kilka dni spowoduje, że on uwierzy w siebie, pokona strach i zdecyduje się na nagranie swoich kompozycji. Pomoże w znalezieniu nagraniowego studia, w zdobyciu pożyczki w banku i sama zasiądzie za pianinem. On w końcu wyemigruje do Ameryki, choć wcześniej będzie próbował do wyjazdu przekonać tę, która w Dublinie odmieniła jego życie.

Dziewczyna i Facet - tak w "Once" określani są bohaterowie, bowiem nie posiadają imion. I tę jakby bezosobowość znakomicie wykorzystuje w swojej postaci Marta Masza Wągrocka (aktorka Teatru Narodowego), która gra na najprostszych, zwyczajnych nutach, tyleż prawdziwych, choć głęboko w sobie zamkniętych, ale wzruszających. Tak naprawdę ona NIE GRA, ona JEST, w delikatnym niedopowiedzeniu, w czystym, chłodnym i niekiedy zbyt trzeźwym spojrzeniu, w emocjonalnym skupieniu nie pozwalającym na roztkliwianie się nad sobą. Ma to całe jej niedopowiadanie wszystkiego wprost i do końca swoją siłę, moc, choć jest w tym na pewno coś nieuchwytnego, co w aktorstwie pojawia się rzadko, a co tak trudno nazwać. W dodatku Wągrocka pokazuje też swoją ogromną muzykalność, zarówno wtedy gdy bezpretensjonalnie śpiewa, jak i wtedy kiedy tylko dyskretnie akompaniuje na pianinie. Całkiem dobrze z rolą Faceta radzi sobie Adam Krylik, choć na pewno jego mocniejszą stroną jest wokal, ciekawa i mocno charakterystyczna barwa głosu.

Wszystkie pozostałe postaci, a przewija ich się całkiem sporo, grają głównie wszechstronnie wykształceni muzycy (w obsadzie, którą oglądałem aktorami są Bartosz Szpak (Eamon) i Wojciech Czerwiński (Billy), którzy ani na chwilę nie schodzą ze sceny, pomagają aranżować przestrzeń ciekawie zakomponowaną przez Mariusz Napierała i cały czas są uczestnikami scenicznej akcji. Wcielają się w różnych bohaterów towarzyszących opowieści, grają na instrumentach, śpiewają i tańczą. Agnieszka Branska ułożyła bardzo ciekawe układy choreograficzne z ich udziałem, wykorzystujące elementy tańca irlandzkiego, a wtedy akordeon, wiolonczela, banjo oraz skrzypce, gitary i instrumenty perkusyjne niemalże fruwają w ich rękach. I to muzycy ze swoim całym instrumentarium uruchamiają narrację i stwarzają kolejne sytuacje, są motorem akcji, która daje szansę głównym bohaterom na przeżycie niezapomnianej muzycznej przygody i nie pozbawia ich wiary w przyszłość. I nawet jeśli ów kredyt zaufania zabarwiony jest odrobiną goryczy, warto z pomocą Teatru Roma z niego czerpać, by w odnalezieniu otuchy i pocieszenia przezwyciężać własne słabości, w sferze uczuciowej również.