Szczerość droższa niż złoto

"Aktorzy koszalińscy czyli komedia prowincjonalna" Piotra Rowickiego i Piotra Ratajczaka w reż. Piotra Ratajczaka w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie. Pisze Maja Ignasiak w Tygodniku Koszalińskim Miasto.

Trudno jest pisać o czymś, co natychmiast po swych narodzinach zostało okrzyknięte arcydziełem. A tak się stało z najnowszym spektaklem w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym. Prapremierowi widzowie bardzo szybko podnieśli się z miejsc, by oklaskiwać dziesięcioro aktorów na stojąco. Potem na wyścigi jęli pisać peany w Internecie. Opuszczali teatr ze łzami w oczach lub wręcz płacząc. Dlaczego, pytałam. Odpowiedź brzmiała: bo aktorzy byli tacy szczerzy...

Każdy z nas ma w zanadrzu niejedną historię własnych porażek i życiowych pomyłek, przez lata obrosłą w żarty. Dystansujemy się do nich, racjonalizujemy, opowiadamy na imprezach. Takimi historiami dzielą się z nami bohaterowie sztuki "Aktorzy koszalińscy czyli komedia prowincjonalna", napisanej przez Piotra Ratajczaka i Piotra Rowickiego. Fikcja przeplata się z prawdą, teatr miesza z życiem. Swoje teatralne życiorysy opowiada siedmioro aktorów, jeden dyrektor teatru (też aktor), jeden reżyser i jeden pracownik techniczny z ambicjami. Różny jest stopień ich psychicznego dobrostanu, lecz przynajmniej nikt z nich nie stracił jeszcze nadziei. Sypią faktami w autoironicznej oprawie. Wojciech Kowalski na przykład nigdy nie ukrywał, że przed zaangażowaniem się do BTD sprzedawał buty. Teraz dodatkowo drwi, że obroty sklepu wówczas spadły, a gdy on odszedł z pracy, zwiększyły się na nowo

Najlepiej miewa się "narybek na okresie próbnym", czyli Żaneta Kurcewiczówna (po lalkarstwie, ale na wydział aktorski nie została przyjęta będąc tuż pod kreską, więc nie było źle), niezmiennie pełna entuzjazmu wobec najdzikszych nawet reżyserskich pomysłów. To samo dotyczy Dominiki (Dominika Mrozowska), która zawsze mości sobie najdogodniejsze miejsce u boku kolejnych reżyserów i dyrektorów. Ma dobrą pamięć i notes, a na bankiety przezornie zabiera dyktafon. Bufetowy (Wojciech Kowalski) odnajduje radość w winie, które jest smaczne i zdrowe, i w ogóle butelka wina dziennie jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Cwaniak (Jacek Zdrojewski) chałturzy jak najęty, na co chętnie przymyka oko dyrektor (Wojciech Rogowski), łagodny, dobrotliwy, pielęgnujący wspomnienia przebrzmiałej chwały. Przymyka, bo sam żyje zgodnie z zasadą, że i na lewo świeczkę, i na prawo ogarek... a poza tym wszystko można przecież zmienić, poprawić.

Wyższy poziom frustracji ma aktorka z misją (Żanetta Gruszczyńska - Ogonowska), ubolewająca na poziomem dzisiejszych szkół teatralnych i deklarująca samotną walkę o prawdziwy teatr do ostatniego dnia przed przejściem na emeryturę. Jest w końcu aktorska para, najwięcej mająca wspólnego z bohaterami filmu "Aktorzy prowincjonalni" Agnieszki Holland, na którym osnuty został scenariusz koszalińskiej sztuki. Noszą nawet te same imiona. Anka ma większy kompleks lalkarskiego wykształcenia niż pozostali lalkarze w zespole, poza tym nikt jej nie słucha i nikt się nie liczy z jej zdaniem. Gdy pojawia się obsada nowej sztuki, Anka z góry wie, że jej przypadnie rola zwana w języku aktorskim ogonem (podczas gdy Dominika dostaje wymarzoną - wystarczy pójść na wegański bezglutenowy obiad z reżyserem).

Krzysztofa, swego męża, który jest od niej i zdolniejszy, i lepiej wykształcony, Anka równocześnie podziwia i poniża. Krzysztof (Artur Paczesny) żyje teatrem i dla teatru. Obcy mu cynizm i zblazowanie. Nie wstydzi się godzinami ćwiczyć, przegadywać swe kwestie podczas spacerów. Wierzy, że stworzy rolę, która odmieni jego życie. Może teraz? Za sprawą reżysera, który przybył na prowincję nie byle skąd, bo z Warszawy...? Zasypuje go zatem pytaniami, nie bacząc na jego rosnącą irytację. Głos Krzysztofa staje się czasem głosem zespołu, gdy ten np. śpiewa piosenkę "A gdyby tak", rówieśną filmowi "Aktorzy prowincjonalni", czyli mniej więcej czterdziestoletnią. Zbiorowych narracji (z powtarzanymi krzykiem pojedynczymi słowami) i zbiorowych układów tanecznych jest zresztą w tym spektaklu bardzo dużo. Stanowią kontrę dla reżysera, podkreślającego swą warszawską lepszość.

Reżyser (świetny w tej roli Bartosz Budny) jest profanem i zarozumiałym bucem. W dodatku gardzi aktorami i z zaciśniętymi zębami odlicza dni do premiery, bo czeka już na niego kolejna realizacja na prowincji i kolejna zacna kwota po jej zakończeniu. Co chwilę porzuca paskudną rolę i staje się, jak pozostali, sympatycznym chłopakiem z marzeniami. Zespół kłóci się i godzi, jedzie w teren, wódkę pije i śmieje się z samych siebie. Montażysta sceny Adaś (Marcin Borchardt) po godzinach sobie tańczy. Zapewnia, że gdy nikt nie widzi, doskonale wychodzi mu ten taniec. Wolno mu pójść na piwo z aktorami, ale musi się liczyć z tym, że wszystkim postawi. A reżyser z obrzydzeniem robi "Wyzwolenie". Tak samo, jak dzieje się to w filmie "Aktorzy prowincjonalni", i jak lada dzień zacznie się dziać w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym. Bo to właśnie dramat Stanisława Wyspiańskiego ma otworzyć przyszły sezon na koszalińskiej scenie.

Piotr Ratajczak po raz pierwszy pojawił się na tej scenie ze swoją propozycją "Wodzirej. Koszalin kulturkampf" ponad 10 lat temu. Nie brakowało widzów, chodzących po kilka razy na to przedstawienie, pełne lokalnych aluzji, dowcipne, śmieszne i gorzkie zarazem (choć znaleźli się i oburzeni sianowianie z zapowiedzią, że ich nogi więcej w teatrze nie postaną). Potem reżyser stworzył w Koszalinie trzy spektakle wybitne: "Szewców", "Kartotekę" i "Ryszarda III". Teraz trudno oprzeć się wrażeniu, że Piotr Ratajczak zatoczył koło. Jego najnowsza, autorska sztuka jest powrotem do "Wodzireja". Jeszcze więcej jest w niej o Koszalinie (który rozsyłającemu dziesiątki podań o pracę absolwentowi szkoły teatralnej potrafi się pomylić z Kaliszem lub Wałbrzychem). Jeszcze więcej improwizacji i gry z widzem. "Nigdy nie wiem, kiedy żartujecie, a kiedy mówicie prawdę", żali się techniczny. "Zawsze prawdę, Adaś", słyszy błazeńską odpowiedź.

Chyba nigdy jeszcze na koszalińskiej scenie teatralna fikcja nie przenikała się tak mocno z prawdziwym życiem. Beata Niedziela jako Beata Niedziela opowiada o rezygnacji z aktorstwa zaraz po skończeniu szkoły teatralnej, i to aż na osiem lat. O swej pracy polonistki w wiejskiej szkole. O potrzebie zmiany. "Modliłam się, bo nabożna jestem, żeby Bóg dał mi jakiś znak", zaczyna się wygłupiać, by osiągnąć szczyt groteski, odtwarzając przebieg rozmowy z dyrektorem. Beata Niedziela jako sceniczna Anka w przejmującym finalnym monologu postanawia uwolnić teatr od swej osoby; swej niedoskonałej dykcji i "chudego, niescenicznego ciała". Wyrusza przed siebie; nie wiadomo, dokąd. Nie mija pół godziny, kiedy z teatrem żegna się sceniczny Krzysztof, a prawdziwy Artur Paczesny. Robi to na popremierowym bankiecie. I tu już techniczny Adaś ani nikt inny nie powinien mieć cienia wątpliwości: emocje, jakie okazują pozostali, są prawdziwe. Do ostatniej (choć aktorskiej) łzy.

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego