powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Bronię "Ślubu" Eimuntasa Nekrošiusa w Teatrze Narodowym

"Ślub" Witolda Gombrowicza w reż. Eimuntasa Nekrošiusa w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Witold Sadowy.

Napisany w roku 1946 "Ślub "Witolda Gombrowicza oficjalną premierę miał dopiero 28 lat później w roku 1974 w Teatrze Dramatycznym w Warszawie w reżyserii Jerzego Jarockiego. W latach czterdziestych chciał go wystawić Tadeusz Byrski w Kielcach. Ale był dyrektorem prowincjonalnego teatru, więc Gombrowicz się nie zgodził. Na dobre "Ślub" rozsławił dopiero Jerzy Jarocki. Zapanowała wówczas moda na Gombrowicza. Grano go we wszystkich teatrach całej Polski. Zmierzyli się ze "Ślubem" między innymi Krystyna Skuszanka, Jerzy Grzegorzewski, Krzysztof Zaleski i niedawno Anna Augustynowicz. Każde z nich miało swoją wizję. Jednym się ta wizja podobała, innym nie. Najważniejsze, aby widz zrozumiał, o co chodzi. A z tym rozumieniem zwłaszcza ostatnio w teatrze jest nie najlepiej.

Reżyserzy mają pomysły nie z tej ziemi. Uwierzyli że są "genialni". A z kolei zakłamani "genialni" dziennikarze leją wazelinę, aby się nie narazić swoim. Nie byłem entuzjastą "Dziadów" Eimuntasa Nekrosiusa w Teatrze Narodowym. Ale doceniam, że to wybitny litewski reżyser. Uznany w świecie i nagradzany. Oglądając jego "Ślub", widać, że ma mnóstwo pomysłów i że kocha aktorów. Aktorzy go też kochają. Znajdują z nim wspólny język. Dla mnie jego "Ślub" w Teatrze Narodowym jest wybitnym przedstawieniem. Akceptując formę, w którą ubrał swoją inscenizację. Do połowy pierwszego aktu nie byłem jeszcze pewien akceptacji. Zwłaszcza po długiej, nudnej i w gruncie rzeczy niepotrzebnej scenie bez słów. W mistrzowskim zresztą wykonaniu Danuty Stenki i Jerzego Radziwiłowicza. Dalszy ciąg przedstawienia oglądałem już z wielkim zainteresowaniem. Widząc zaangażowanie i prawdę przeżycia całego zespołu Teatru Narodowego, uwzględniając ukłon w stronę groteski. Ale nie przerysowania. Wielce utalentowany Mateusz Rusin radzi sobie doskonale z ogromną rolą Henryka. Buduje konsekwentnie postać. Jest wychowankiem Mai Komorowskiej. Pamiętam go ze szkoły. Od kilku lat jego talent rozkwita na narodowej scenie. W ogromnym końcowym monologu Henryka wzrusza i porywa prawdą wewnętrznego przeżycia. Trzeba być ślepym, żeby tego nie zauważyć. Dzielnie dotrzymuje mu kroku w roli Władzia Karol Dziuba. Kolejny zdolny młody człowiek. Mistrzowsko gra Ojca wielki Jerzy Radziwiłowicz a Danuta Stenka znakomicie podwójną rolę Matki Henryka i jego kochankę ladacznicę Manię. Magdalena Warzecha, dawno nie widziana na scenie jako Biskup Pandulf już samym wejściem zwraca na siebie uwagę. Jest wspaniała. Dołącza do nich świetny jako zdrajca Arkadiusz Janiczek. I rewelacyjny wprost, jako Pijak, mój ulubiony artysta Grzegorz Małecki. Cały zespół aktorski w mniejszych i większych rolach jest rozpoznawalny.

Prosta i ciekawa scenografia syna reżysera Mariusa Nekrosiusa. Świetne kostiumy Nadeżdy Gultajevej. Znakomita muzyka Algirdasa Martinaitisa i wspaniałe oświetlenie Audriusa Jankauskasa - niespotykane u nas. Zwłaszcza twarzy aktora, z której wyczytać można wszystko. Dlatego nie rozumiem tych kąśliwych i niesprawiedliwych, pewnych swojej nieomylności dziennikarzy, ośmielających się pisać, że spektakl litewskiego reżysera jest "wydmuszką" i "porażką". Rolę Mateusza Rusina określają "cieniem swojej postaci", a rolę Danuty Stenki "sprowadzoną jedynie do roli marionetki". To ohydne. Ci sami dziennikarze powiązani w kliki, o nieudanych rolach i realizacjach "swoich" piszą mętnie i niezrozumiale, aby nie zrobić im przykrości.