Nasz nieśmiertelny romantyzm

"Mesjasze" Jana Czaplińskiego i Marcina Kąckiego wg György'ego Spiró w reż. Anety Groszyńskiej - koprodukcja XXVIII Festiwalu Malta w Poznaniu i Teatru Zagłębia w Sosnowcu. Pisze Stanisław Godlewski w Gazecie Wyborczej - Poznań.

«Za tym spektaklem czai się jedno wielkie pytanie o rolę sztuki - czy ma ona jakąś sprawczą moc? Naturalnie, pytanie to jest z gruntu romantyczne. I odpowiedź nie jest zbyt pokrzepiająca - sztuka dzisiaj, a zwłaszcza ta krytyczna, to raczej dialog w hermetycznym kręgu.

Najpierw były trzy krzyże. Andrzej Pronaszko zaprojektował je do "Dziadów" Mickiewicza w reżyserii Leona Schillera w 1934 roku w Teatrze Polskim w Warszawie. Ostatnio krzyż (już w pojedynkę) wrócił w "Klątwie" Olivera Frljića. Tam ścina go piłą Karolina Adamczyk. Krzyż efektownie, z hukiem, spada.

W "Mesjaszach" Anety Groszyńskiej wszystko się dzieje jakby po tym wydarzeniu - ścięty krzyż leży na ziemi. A że jest właściwie jedynym elementem scenografii, to od razu staje się centrum scenicznej akcji. Na nim siadają i gadają towiańczycy, wokół niego toczą się wszystkie działania tej sekty. Bo właśnie Koło Sprawy Bożej, utworzone na paryskiej emigracji przez Polaków skupionych wokół Andrzeja Towiańskiego, jest tutaj podstawą dramaturgiczną. Jednak tylko podstawą. Autorzy (z Groszyńską pracowali jeszcze Marcin Kącki i Jan Czapliński, odpowiedzialni za dramaturgię) w gruncie rzeczy bardziej chcą poprzez pryzmat fanatycznego mesjanizmu opowiadać o współczesnej Polsce. Wypowiedzi bohaterów takich jak Adam Mickiewicz czy Andrzej Towiański płynnie przechodzą w prywatne wyznania aktorów na temat tego co dzisiaj możemy obserwować w społeczeństwie - prawie jak u Frljića. Tam też aktorzy zawieszali granicę między fikcją a prawdą, by powiedzieć o tym, co ich najbardziej boli w Polsce. Tyle tylko, że tam miało to w sobie energię i gniew, tutaj jest raczej wyrazem bezradności.

Dużo grzybów w tym barszczu. Czegoż tu nie ma! Nacjonalizm, samospalenie, ksenofobia, antysemityzm, sentymentalizm, krytyka instytucji sztuki, lekcje religii, katastrofa smoleńska, fasadowa religijność, cynizm papieża (nie, akurat nie JP2), spory tożsamościowe, zanik więzi międzyludzkich, męski szowinizm i depresja Marii Janion. Ta ostatnia jest zresztą główną ofiarą naszych ostatnich narodowych sporów o spuściznę romantyzmu. Czule drwi z niej Pożar w Burdelu, krytycznie analizuje Tomasz Plata w swojej ostatniej książce, zaś w scenicznych "Mesjaszach" Janion po prostu cierpi, bo choć pracowicie próbowała pokazać niebezpieczeństwa i pułapki polskiego romantyzmu, to i tak nic z tego nie wyszło. Jej strategia - akademicka - okazała się nieskuteczna w obliczu kosmicznych znaków na niebie i ziemi, które sprzysięgły się, by na wieki zaczarować lud polski i wmówić mu, że pełni wielką rolę na arenie dziejów, zaś jego przeznaczeniem jest cierpienie, męczeństwo, wzniosła samotność i religijne zbawienie.

Janion się nie udało, nie udaje się też artystom. Walka z romantyzmem przypomina zmagania z hydrą. Ucinasz jedną głowę, wyrastają trzy kolejne, jeszcze sprytniejsze. W samych "Mesjaszach" widać zresztą wykorzystanie bardzo wielu taktyk, które miałyby sprowadzić na ziemię to nasze rozhulane, narodowe imaginarium. Wszystkie są albo już ograne, albo po prostu nieskuteczne. Nawet twórcy niezbyt wierzą, że cokolwiek się da w tej sprawie zrobić.

Dialog w hermetycznym kręgu

Za tym spektaklem czai się jedno wielkie pytanie o rolę sztuki - czy ma ona jakąś sprawczą moc? Naturalnie, pytanie to jest z gruntu romantyczne (było nie było, to jednak właśnie romantycy chcieli "zjadaczy chleba w aniołów przerobić"). I odpowiedź nie jest zbyt pokrzepiająca - sztuka dzisiaj, a zwłaszcza ta krytyczna, to raczej dialog w hermetycznym kręgu, sławne "przekonywanie przekonanych". Ale, oczywiście, możemy też myśleć inaczej (i to także pada w spektaklu): że przecież jakieś ziarno zostaje zasiane. A jak wiadomo z "Dziadów", z bajki Żegoty, ziarno zasiane, nawet w najpodlejszej intencji, może dać wspaniały plon.

Więc chyba nie ma ucieczki od romantyzmu. Na nic się zda wykoślawianie romantyzmu w krzywym zwierciadle; na nic negowanie i udawanie, że nie istnieje; na nic próby "odzyskania" go na własny użytek, bo i tak prędzej on nas zagarnie. W "Mesjaszach" dobitnie pokazuje to scena, w której ścięty krzyż zostaje postawiony na nowo, na mocnym, metalowym wsporniku. Możemy ścinać, a i tak powstanie na nowo, zmartwychwstanie. "Umierać musi, co ma żyć" - by zacytować jeszcze innego wieszcza. Strasznie mnie to denerwuje.

---

"Mesjasze (albo skoro nie zostało nam już nic do wierzenia, to czy wolno nam podważać coś, w co na nowo moglibyśmy uwierzyć?)" - koprodukcja Teatru Zagłębia w Sosnowcu i Festiwalu Malta oparte na powieści György Spiró»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego