powiększwersja do drukupoleć znajomemu

One man show

"Ognisty anioł" Siergieja Prokofiewa w reż. Mariusza Trelińskiego w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej. Pisze Jakub Godzic w portalu e-splot.pl.

Opera "Ognisty anioł" jest jednym z ciekawszych dzieł w bogatej twórczości Sergiusza Prokofiewa. Kompozytor pracował nad nią w latach 1919-1927 i zdawać się może, że powstała nieco na przekór wszystkim okolicznościom. Po pierwsze wcześniejsze opery kompozytora spotkało niepowodzenie, po drugie epoka, w której Prokofiew pisał "Ognistego anioła" (czyli tuż po I wojnie światowej), odznaczała się raczej dążeniem do realizmu. Mimo to kompozytor podjął pracę nad operą, która jest pełna mistycznych uniesień i filozoficznych refleksji. Bo "Ognisty anioł" to historia, która powstała na kanwie powieści Walerija Briusowa, a jej bohaterką jest Renata - kobieta nawiedzona, która uważa, że od dzieciństwa nawiedza ją anioł. Poszukuje go w innych mężczyznach, aż w końcu swoją obsesją doprowadza się do zguby, niszcząc życie innym.

Historia "Ognistego anioła" już u Prokofiewa jest pełna grozy i utrzymana w satanistyczno-mistycznym nastroju, zaś w interpretacji Mariusza Trelińskiego staje się spektaklem drapieżnym i współczesnym, w którym wszystko, co metafizyczne, zastąpione zostaje przez psychologiczną wiwisekcję bohaterów uwikłanych w destrukcyjne relacje i wyniszczające uzależnienie.

Od samego początku na scenie widać charakterystyczne dla reżysera horror vacui. Scenografia Borisa Kudlički podporządkowana jest tej wizji: wielki etalaż wypełnia całą scenę, zaś na jego kondygnacjach rozmieszczono pokoje pełne modnych mebli. Całość jest skąpana w neonowym świetle, co ma przywodzić na myśl klimat filmów noir. Pokoje te poruszają się, tworząc nowe przestrzenie dla następnych scen.

Wypełniają je postaci tyle tajemnicze, co banalne (po raz kolejny u Trelińskiego): drag queens, kokoty, transwestyci i zwielokrotnione postacie. Radykalna zmiana dekoracji następuje dopiero w V akcie, który rozgrywa się w czymś na kształt szpitala psychiatrycznego. I to następny znajomy chwyt, który ma uzasadnić nawet najbardziej kuriozalny przebieg akcji. Można zastanawiać się, na ile jest to jeszcze wyrazisty i rozpoznawalny styl reżysera, a na ile powielanie wyświechtanych już gestów. W panującym wszechobecnie na scenie oniryzmie łatwo można wyłapać tylko jedno: to następny spektakl Trelińskiego, w którym dał wyraz swoim filmowym fascynacjom. Zaś zachwianie fabularnego porządku w tej i tak skomplikowanej operze jest normą.

Zagmatwana inscenizacja nie sprzyja odbiorowi trudnej muzyki. Choć właśnie pod tym względem jest to spektakl szalenie udany. Orkiestra Teatru Wielkiego - Opery Narodowej pod batutą Bassema Akiki cieszy się doskonałą formą. Młody dyrygent zdołał wydobyć z partytury Prokofiewa cały wachlarz emocji i sprawił, że słuchanie tej opery było bardziej wciągające, niż jej oglądanie.

Niestety, z głównymi śpiewakami nie było już tak dobrze. Scott Hendricks w roli Ruprechta był w zasadzie niesłyszalny, niezależnie od tego, w którym miejscu sceny stał. Nieco lepiej radziła sobie Ausrine Stundyte jako Renata, której udawało się przebić przez orkiestrę. Nie zmienia to jednak faktu, że niemal przez cały spektakl brzmiała monotonnie. Mimo iż soliści wykonywali zadania aktorskie sumiennie, wątpliwości wzbudzać mogła sama reżyseria, momentami rozmijająca się z charakterem muzyki czy sytuacją fabularną. Dało się wyczuć, że publiczność siedzi znudzona, oglądając kolejne ubogie treściowo sceny, zaś najważniejszą osobą w tym spektaklu nie jest Prokofiew i jego opera, lecz Mariusz Treliński.