powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Obraz pandemii

XXXVIII Warszawskie Spotkania Teatralne. Pisze Temida Stankiewicz-Podhorecka w Naszym Dzienniku.

Najkrócej Warszawskie Spotkania Teatralne 2018 można określić - stosując termin medyczny - jako współczesną pandemię teatralną. Bo jak epidemia choroby zakaźnej rozprzestrzenia się szeroko i zaraża coraz to nowe środowiska, tak i teatr dzisiaj toczony jest przez niebezpieczną chorobę zakaźną przenoszoną z jednego teatru na drugi (poza nielicznymi wyjątkami).

Nie wymiar stricte artystyczny i intelektualny stanowi główne kryterium przy doborze repertuaru i sposobie realizacji spektakli, lecz podłoże ideologiczne, polityczno-poprawnościowe. Chodzi o to, aby w przedstawieniach świat był postrzegany z pozycji lewacko-liberalnej ideologii, z odrzuceniem wartości chrześcijańskich. A to prowadzi do niebezpiecznych konsekwencji. Spójrzmy, jak teatr pokazuje dziś na scenie człowieka, jaką funkcję mu przypisuje, kim on jest dla dzisiejszego teatru.

Nastąpiła niemal całkowita redukcja sfery ludzkiego ducha. Pozostała jedynie materia. A człowieka, jak wiadomo, nie można postrzegać inaczej jak tylko integralnie: sfera ducha, intelektu i fizis. Tymczasem teatr ogołaca dziś człowieka z tego, co jest istotą człowieczeństwa. Odbiera mu godność osoby ludzkiej i degraduje do funkcji wyłącznie biologicznej. Uprzedmiotowienie człowieka nie jest zjawiskiem przypadkowym, ma swoje umocowanie w radykalizującym się dziś marksizmie kulturowym, którego włoski teoretyk, komunista, Antonio Gramsci, jest obecnie w różnych przedstawieniach raz po raz przywoływany. Niekoniecznie z nazwiska, wystarczy, że z idei.

Ponadto można odnieść wrażenie, że świat pseudoartystycznej wyobraźni wielu reżyserów ogranicza się zazwyczaj do scen seksualnych, a nawet coraz częściej wręcz pornograficznych, skandalizujących obyczajowo, natrętnej promocji homoseksualizmu. Stałym elementem jest tzw. dowalanie Kościołowi, szyderstwo z polskiego patriotyzmu, umniejszanie wagi wielkich bohaterskich zachowań Polaków. Zamiast tego pokazuje się nas jako zajadłych antysemitów i morderców Żydów. Jak w przedstawieniu "1946" z Kielc (o pogromie kieleckim), gdzie twórcy spektaklu tak się zapędzili, tworząc wizerunek Polaków jako morderców Żydów, że winą obarczyli nas wszystkich, zarówno żyjących wówczas, jak i dzisiaj, a nawet przed wiekami, jak ks. Piotr Skarga. Na finał odczytano oskarżający Polaków wiersz Juliana Kornhausera. Spektakl pod względem artystycznym: zero.

W ramach WST nie zabrakło też jadowitej krytyki dotyczącej osób konsekrowanych, na przykład w nieudolnym reżysersko i słabym aktorsko spektaklu z Opola "Zakonnice odchodzą po cichu". Że nie wspomnę o postaci księdza w "Weselu" jakoby wg Wyspiańskiego w reżyserii Jana Klaty ze Starego Teatru w Krakowie. Reżyser pastwi się nad postacią księdza, tworząc karykaturę. Zresztą całe to przedstawienie jest wynaturzone i karykaturalne w stosunku do litery oryginału. Postaci się mieszają. Większość aktorów bełkoce, a głośna muzyka rockowa przykrywa tekst. O poziomie aktorstwa z litości dla aktorów nie wspomnę.

Nie mogło też zabraknąć wizerunku rodziny. W spektaklu "Murzyni we Florencji" (Nowy Proxima, Kraków) widnieje portret rodziny. Ale nikt nie chciałby się w niej znaleźć. Wszyscy wzajemnie na siebie warczą. Nienawiść jest tu siłą wiodącą. Wizerunek rodziny zawarty jest też w przedstawieniu "K" Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki (Teatr Polski, Poznań). Prócz postaci polityków (Kaczyński, Tusk i inni) jest też m.in. postać matki Jarosława Kaczyńskiego. Perfidnie skarykaturowana. W jakim celu? Ten spektakl to miernota pseudoartystyczna, chaos, bieganina, histeryczne, pozbawione dykcji wykrzykiwania kwestii. Bezsens i nuda.

A już zupełnie nie rozumiem, z jakiego powodu zaproszono Teatr Narodowy z Wilna ze spektaklem "Lokis" w reżyserii Łukasza Twarkowskiego, zarazem dyrektora tego teatru. Może dlatego, że Twarkowski rozpoczął swój spektakl lizusowskim wobec tzw. totalnej opozycji wstępem, mówiąc, że oto w Polsce jest teraz trudna sytuacja. Przy tym media nie mówią prawdy, nie podają faktów zgodnych z rzeczywistością, manipulują odbiorcami. Potem pojawiły się jakieś bezsensowne dziwactwa, co trudno nazwać przedstawieniem, a co katowało uszy widza tak bardzo głośną muzyką, że niektórzy wyszli. To była istna tortura wytrzymać do końca. O rolach nie ma co mówić, bo ich nie było. Jedynym spektaklem wyróżniającym się wysokim poziomem artystycznym i intelektualnym było przedstawienie "Hamlet - komentarz" [na zdjęciu] Teatru Pieśń Kozła z Wrocławia.

Warto dodać, iż WST są finansowane przez warszawski ratusz oraz ministerstwo kultury.