powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Twardy restart

"Reset" Almy De Groen w reż. Anny Gryszkówny na Scenie Kameralnej Teatru Wybrzeże w Sopocie. Pisze Katarzyna Wysocka w Gazecie Świętojańskiej.

"Jest taki moment, kiedy można coś zrobić, aby zdobyć szczęście, ten moment trwa kilka dni, czasem kilka tygodni, a nawet miesięcy, ale następuje on raz i tylko raz, nie można do niego wrócić, brak już miejsca na entuzjazm, na pewność siebie i wiarę, pozostaje jedynie łagodna rezygnacja, wzajemna i pełna smutku litość, niepotrzebne, a zarazem słuszne poczucie, że coś mogło się zdarzyć, nie okazaliśmy się po prostu godni daru, jaki został nam ofiarowany."

Michel Houellebecq

Sztuka Almy de Groen nie jest specjalnie odkrywcza na poziomie prawd stałych, egzystencjalnych. Pozostawia wiele do życzenia, jeżeli chodzi o niuanse w odniesieniu do emocji bohaterek czy konfrontacji kobiet z przeszłością z poziomu ilości wypitego alkoholu. "Reset" ociera się o pewne uniwersum, ale tylko z perspektywy wygłaszanych idei paranaukowych, dla których punktem odniesienia jest męski punkt widzenia. Nieobecny mężczyzna (albo tylko jego desygnat) "pozuje" nadal na głównego rozgrywającego, odbierając kobiecie - nie wolę walki - ale instynkty obronne. Otwartą kwestią pozostaje moralność, wpisana w zmienną czasów współczesnych, co oznacza tylko skłonność do obojetnego relatywizmu.

Rozpamiętywanie

"Wszystko może nas spotkać w życiu, przede wszystkim zaś nic."

Michel Houellebecq

Cztery kobiety, zamknięte na jeden wieczór w postmęskiej przestrzeni gabinetu, otoczone jego atrybutami, jak m.in. gołe, betonowe ściany, kartony czy biurko z komputerem - zbyt małym zresztą, aby traktować go inaczej, jak środowisko pracy, a nie jak centrum badań nad sztucznymi formami życia, wykraczającymi poza nadpisany program komputerowy. Bohaterki to kobiety z przeszłością nader dyskusyjną, choć budującą obraz dla nich najważniejszy. Rozpamiętywanie indywidualne stanie się punktem wyjścia i punktem dotarcia do swoistej niezagadki - najważniejszym jest poszukiwanie akceptacji ubranej w ambiwalentne zjawisko miłości, której ulotność posiłkuje się westchnieniami i płaczem. Spektakl "dźwiga" cztery historie nieszczęśliwych kobiet, związanych węzłami zawiedzionej miłości i niewykorzystanych możliwości. W oddali tli się zdziwienie skalą owych i konstatacja, że zaniechało się dyskursu z samą sobą.

Schematy

"Życie zaczyna się po pięćdziesiątce, taka jest prawda; ale również prawdą jest to, że kończy się po czterdziestce."

Michel Houellebecq

Meridee, Judith, Lydia i Hester, kobiety około pięćdziesięcioletnie, rozgrywają między sobą umowną grę, w jaką przyszło im grać po wejściu w soczystą dorosłość. Meridee Hobbes (Joanna Kreft-Baka) emanuje spokojem, który ostatecznie daje świadectwo morderczego spełnienia zbudowanego na licznych brakach, ale także ugruntowanych żalach. Judith More (Ewa Jendrzejewska) roztacza wizję kobiety sukcesu, chociaż swój nieoswojony ból "wylewa" już podczas pierwszych kieliszków wina. Lydia Renfrew (Małgorzata Oracz) jest poczciwą i permanentną desperatką, która tworzy swój wizerunek poprzez nieskomplikowane procesy porównawcze. Każda z tych trzech kobiet wpisuje się w przystawalne, powszechnie prawdopodobne schematy. Nieco inaczej jest z Hester Sherwood (Anna Kociarz), która obala mit degradacji intelektualnej kobiet w okresie klimakteryjnym, żywo wchodząc w dyskurs z koncepcjami filozoficznymi i martyrologicznymi. Niestety, ostatecznie, okazuje się być ofiarą przeintelektualizowania sugerowanego przez nieobecnego w świecie żywych Aleca. Wobec "przyjaciółek" stosuje ostatecznie ten sam, co nieobecny naukowiec, schemat wyrachowanego egocentryzmu. Myślenie indywidualne zawęża się do potrzeb jednego wyboru.

Imperatyw

"Kiedy kończy się życie miłosne, cała reszta życia staje się nieco konwencjonalna i jakby przymusowa."

Michel Houellebecq

W dramacie australijskiej autorki sztukę przetrwania opanowali wszyscy bohaterowie. Do grona zwycięzców można jednak zaliczyć tylko dwoje z nich - nieobecnego i Hester - myślących podobnie racjonalistów, przechodzących różne stadia intelektualnego sceptycyzmu. Zwycięstwo rozumiane jednak wyłącznie w kategoriach analizy porównawczej, odzielającej sprawy błahe od przewidywalnych. Kierunek, w jakim zmierza ludzkość, nie ma nic wspólnego z moralnością, jest jedynie próbą wykorzystania nadażających się szans i demonstracji władzy. Hester i Alec znaleźli się w takim układzie znakomicie.

Władza

"Rzeczywiście nastąpił rodzaj podziału: z jednej strony fun, seks, kicz i niewinność, z drugiej trash, śmierć i cynizm. (...) tak czy siak, sukces rynkowy może dzisiaj uzasadnić i usprawiedliwić cokolwiek, zastępując wszelkie teorie."

Michel Houellebecq

Świat oszalał już dawno, choć jest powtarzalny. Cykliczność pór roku została zdominowana przez cykle rozrachunkowe - finansowe, medialne i społeczno-rodzinne. A jednak pieniądze łączą wszystkie bohaterki. Dają poczucie władzy, wprowadzają pewien poziom spokoju. Meridee reprezentuje zamożną klasę średnią, Judith po prostu się wybiła, Lydia majątek gromadzi w torebce, a Hester zwyczajnie to wykorzystuje, chcąc za pieniądze osiągnąc własny cel.

Kobieta

Nikt czasem gorzej nie wpływa na kobietę, jak... inna kobieta (szczególnie, jeżeli chodzi o zdrady, które są osią spotkania postaci dramatu). Bohaterki u de Groen są skrojone na krwiste. Dają się lubić, bo zachowały resztki dowcipu i szczątki autoironii. Wewnętrzne skomplikowanie, poza Hester, zatrzymało się na poziomie... mężczyzny, którego otoczyły - opieką, miłością czy pieniędzmi.

Niemal żeńska obsada realizatorów (z wyjątkiem muzyka, Piotra Łabonowskiego) i cztery aktorki na scenie powinny przynieść mieszankę wybuchową. Odmienność emocjonalna i pokoleniowa powinna wnieść smaczki i lekkość gry, mimo wielkogabarytowego tematu, jakim jest proces odhumanizowania współczesnego człowieka. Na wyróżnienie zasługuje przede wszystkim Anna Kociarz, która potraktowała swoją postać zadaniowo, czyli nadała jej interesujący i wymowny szlif skoncentrowanej feministki. Okazję do zdrowego śmiechu dała Małgorzata Oracz, która wyposażyła swoją postać w atrybuty naiwności i sentymentalizmu. Reżyserka, Anna Gryszkówna, ocaliła wizję autorki tekstu, jednak nie podjęła próby dyskursu.

"Reset" to przykład kolejnej, kontrolowanej rozmowy o współczesnym świecie, czyszczącym się z uniwersum, punktów odniesień, autorytetów, uprawiający apologię przeciętności. Może Alec miał rację? A może trzeba go zresetować? W panelu nad światem przekonuje mnie bardziej Michel Houellebecq niż Alma de Groen.