powiększwersja do drukupoleć znajomemu

"Golden Horse" w Rydze

Pomysłowość i oryginalność Dudy Paivy wiąże się nie tylko z koncepcją samej konstrukcji lalki, będącej połową "człowieka". Lalki są z jednej strony Paivowskie, z drugiej - zupełnie inne. Specyficzny jest też sposób animacji. W znakomitej scenie balu profile lalek sklejonych z animatorami, także poruszającymi się w profilu, budują jakby klimat Kantorowskiego dance macabre - o spektaklu "Złoty koń" Latvia Puppet Theatre z Rygi, który otrzymał Grand Prix XXXI MFT "Walizka" w Łomży pisał Marek Waszkiel na swoim blogu.

Dziesięć lat temu, w 2007 roku, Duda Paiva wyreżyserował w Białostockim Teatrze Lalek swój pierwszy spektakl. Była to "Fasada". Przedsięwzięcie wyjątkowe. I ze względu na dotychczasowe doświadczenia Paivy, i charakter samego przedstawienia, i z racji ogromnego zespołu wykonawców, których reżyser chciał mieć w zespole. Zaangażował wówczas 14 lalkarzy, aktorów, tancerzy, muzyków, nawet śpiewaka operowego, pochodzących z różnych krajów. Sam miał już wprawdzie za sobą kilka lat pracy na scenie, spektakle "Anioł (Angel)" i "Gwiazda poranna (Morningstar)", ale występował dotąd w przedstawieniach solowych i korzystał z pomocy zapraszanych reżyserów. "Fasada" była jego reżyserskim debiutem (przy współpracy Paula Selwyna Nortona). Sam w niej zresztą występował. Próby koncentrowały się często na niezwykłej pracy z lalką, wówczas jeszcze prawie nieznaną i wykonaną ze specjalnej, bardzo elastycznej, mocnej i lekkiej gąbki. "Fasada" zwróciła uwagę na młodego reżysera, cieszącego się już zasłużoną renomą świetnego tancerza i lalkarza zarazem. Posypały się zaproszenia z innych teatrów z całej Europy. Nie rezygnując z własnych przedstawień, które nadal przygotowywał regularnie, Paiva od czasu do czasu przyjmował propozycje realizacji gościnnych. Po "Fasadzie" wyreżyserował m.in. "Love Dolls" w Ljubljanie, "Detox the Dummy" w Tallinie, "Marvina" w Ostravie, "Holly" w Sofii, "Opowieści z niepamięci" w Poznaniu. Własnymi spektaklami, do których zapraszał reżyserów z zewnątrz i przedstawieniami realizowanymi z innymi zespołami Duda Paiva ugruntował swój styl, zbudował własny język i zafascynował młodych lalkarzy na całym świecie. Z czasem zaczął poświęcać im coraz więcej uwagi, coraz częściej prowadził warsztaty i staże przy okazji rozmaitych festiwali lalkarskich, kursy lalkarskie w szkołach teatralnych. Spotkania z Paivą pozostawiają głęboki ślad w młodych artystach, inspirują do własnych poszukiwań. Nie będę daleko od prawdy pisząc, że niejeden młody twórca, zwłaszcza w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, uwierzył w sens zajmowania się lalkarstwem pod wpływem kontaktu i choćby krótkiej pracy z Dudą Paivą.

Paiva jest z zawodu tancerzem. Z wyboru został lalkarzem. Kiedyś w prywatnej rozmowie zwierzył się, że miał już dosyć dźwigania partnerek podczas spektakli tanecznych. Przyglądał się rekwizytom obecnym w spektaklach (stół czy krzesło) i tęsknił, by z nimi tańczyć na scenie. Udało się to dzięki lalkom, z którymi zetknął się na serio po przyjeździe do Amsterdamu w latach 90. XX wieku. "Lalkarstwo dało mi ważną lekcję - mówił w jednym z wywiadów. - Nauczyło mnie jako artystę pokory." "Lalka - mówił - jest jak swoista 'skrzynka pamięci', którą budujemy, kreujemy. Dla mnie najciekawsze i najbardziej rewolucyjne jest to, że możemy wykreować inny rodzaj ciała, stworzyć personę, postać, i możemy z nią wejść w dialog, zadawać pytania, obserwować, iść krok w krok za nią, 'czytać' ją jak książkę. Może to się musi bardziej wykrystalizować. Chciałbym kiedyś napisać właśnie o tym. O rozwoju aktora poprzez lalkę. Obecnie najbardziej nowoczesne kierunki sztuki są silnie związane z dekonstrukcją życia. Jest mnóstwo dekonstrukcji właśnie. Tymczasem mnie interesuje dawanie życia, konstrukcja, a nie dekonstrukcja." I wreszcie sumował: "Jestem sługą lalki. To ja służę lalkom, a nie one mnie."1

Wybrałem się do Rygi, by zobaczyć najnowszy spektakl w reżyserii Dudy Paivy, przygotowany tym razem z zespołem Łotewskiego Teatru Lalek. To zajmujące obserwować rozwój artysty, jego poszukiwania, drogę, którą kroczy, zwłaszcza, kiedy udaje nam się przyglądać kolejnym dokonaniom na przestrzeni lat. I zawsze istnieje niepewność co do rezultatu. Szczególnie wobec twórcy, który określił własną estetykę, jest rozpoznawalny. Czy można pójść dalej, czy można wciąż odkrywać nowe kształty, sensy, sposoby animacji, czy też pozostaje wyłącznie żonglowanie, choćby i wirtuozerskie, wymyślonymi wcześniej formami?

Ryski "Złoty koń" jest przedstawieniem dla dorosłych, choć odwołuje się do starej baśni, przyswojonej i osadzonej w kulturze i literaturze łotewskiej z górą sto lat temu przez klasycznego pisarza łotewskiego Rainisa (właśc. Jnis Pliekšns). Opowiada historię zmagań związanych z uwolnieniem z wiecznego snu królewskiej córki, na którą czar rzuciła potężna wiedźma, zamykając ją w lodowej trumnie na szklanej górze. Spektakl Paivy to wariacje zainspirowane tym tematem (nad dramaturgią czuwał Matiss Gricmanis). Pojawiają się w nim niemal wszystkie elementy baśniowe, choć niekiedy w zaskakujący i przewrotny sposób. Całość została przeniesiona na szachownicę i sprowadzona do brutalnych niekiedy reguł gry, jaką prowadzą nieustannie dorośli (nie dzieci), w której zawsze musi zostać wyłoniony zwycięzca: biały czy czarny, dobry lub zły. Grę prowadzi Konferansjer (w tej roli silny i perfekcyjny aktorsko Anrijs Sirmals). Na polach szachowych lalki Paivy, czasem korpusy z głowami, czasem pełne figury z kończynami, są ustawione na niewidocznych stojakach. Ich charakterystyczną właściwością jest to, że są to dwie połówki każdego indywidualnego istnienia. W momencie akcji aktorzy przytwierdzają korpusy do swojego lewego lub prawego boku, używając jednej ręki do animacji swobodnego ramienia lalki, drugą uruchamiając głowę, usta czy te elementy, które wymagają kontroli i wsparcia. W wypadku lalek pełnych, mających nogi (tj. jedną nogę), stopa lalki jest dodatkowo złączona ze stopą animatora. Oglądamy zatem szachową grę białych i czarnych profili. Odbywa się ona w rytmie baśniowej opowieści, której głównym bohaterem jest szlachetny Antiš (Druvis Anusns), prowadzący nieustępliwą walką z Czarnym Księciem (Aleksandrs Jonovs) o uwolnienie i miłość księżniczki. Akcja jest wspomagana rozmaitymi magicznymi przedmiotami i zaskakującymi zwrotami, w których istotną rolę grają trzy próby uwolnienia Księżniczki, w czym dopomaga Antišowi kolejno żelazny, srebrny i złoty rumak (konie szachowe) - magiczne dary Białego Ojca, który przybiera różne postaci i ingeruje wówczas, gdy dobro bywa zagrożone.

Spektakl, grany po łotewsku lub angielsku, nie ma klarownej konstrukcji. Trzeba go zobaczyć kilka razy, aby odczytać proces myślowy reżysera, dramaturgiczną strukturę, konsekwencje i przyczyny pojawiania się kolejnych znaczeń, sensów i możliwości interpretacyjnych. Ale już przy pierwszym spotkaniu fascynuje. Niesamowita jest otwierająca przedstawienie scena. W ramionach Antiša umiera jego Ojciec. Pełnowymiarową lalkę (jej nogi i prawą rękę) prowadzi niewidoczny, ubrany na czarno animator, partneruje jej główny bohater, przytrzymujący głowę i lewą rękę lalki Ojca. Śmierć Ojca dokonuje się przez rozerwanie na połowę całej gąbczanej lalki. Lewy profil twarzy, z połową korpusu, jedną ręką i nogą pozostaje w rękach przerażonego syna, druga - znika (być może to ta druga połowa będzie się później pojawiać przybierając rozmaite postaci jako Biały Ojciec - dobry duch sprawujący opiekę nad Antišem). Odtąd wszystko co się pojawi na scenie będzie podzielone na dwie części, białą i czarną, i toczyć będzie nieustanną walkę na szachownicy.

Pomysłowość i oryginalność Paivy wiąże się nie tylko z koncepcją samej konstrukcji lalki, będącej połową "człowieka" (przypomina się natychmiast Wicehrabia przepołowiony z lalkami Joanny Braun sprzed lat w bielskiej Bianialuce). Lalki są z jednej strony Paivowskie, z drugiej - zupełnie inne. Specyficzny jest też sposób animacji. W znakomitej scenie balu profile lalek sklejonych z animatorami, także poruszającymi się w profilu, budują jakby klimat Kantorowskiego dance macabre. Okrutne unicestwienia pokonanych figur wciskają w fotel: urwana głowa lalki zaplątanej we własny język, wyrywane ręce czy nogi, "zjadane" serca bohaterów to przerażający obraz bezwzględności reguł gry na szachownicy życia i ludzkich zachowań zarazem. Unicestwienie dokonuje się bezustannie, tyle że lalka Paivy może to pokazać. Nie trzeba używać tricków komputerowo-filmowych, odnoszących się do wirtualnej, więc wymyślonej rzeczywistości. Nadziana na pikę lalka zsuwa się na deski sceny sama i niknie. Takich animacyjno-aktorskich majstersztyków jest w "Złotym koniu" wiele.

Oczywiście w finale dobro zwycięży. Aleksandrs Jonovs jako Czarny Książę będzie miał jednak wielką scenę z lalką Księżniczki, pod której wybawcę się podszywał. To jeden z momentów, który wynosi sztukę animacji na szczyty. Martwa forma gąbczanej lalki dzięki umiejętnościom animacyjnym aktora nabiera wyrazistości, siły, nade wszystko życia. Początkowo jakby nie dostrzegała, że ktoś nią porusza. Prawie nie widzimy zresztą animatora. Kiedy go odkryje, rozpoznaje dotykiem fałszywego wybawcę i podejmuje z nim walkę. Przegraną walkę, kończącą się gwałtem i odrzuceniem lalki. Upojony zwycięstwem Czarny Książę przyjmuje koronę i rozsmakowuje się we władzy, która teraz wydaje się niepodzielna. Wówczas wkraczają na scenę dwie niezwykłe postaci szachowych królowych, białej i czarnej matki, które grają i wcześniej, ale w finale wymierzają sprawiedliwość. Dwie połówki lalek łączą się w jedną postać, zamykają w swoim korpusie czarnego bohatera, połykają go. To niezwykły efekt sceniczny, lalkarski i magiczny zarazem. Teraz Antiš może wykonać finałowy, błyskotliwy taniec z Księżniczką, której postrzępione szaty fruwają w przestrzeni sceny. Wsłuchujemy się w słowa i muzykę "La vie en rose" i patrzymy z przejęciem na taniec Druvisa Anusnsa, którego partnerka nie ma ciężaru, nie podlega grawitacji. A wraz z nią błogie uczucie szczęścia maluje się na twarzy aktora.

Nie wymieniłem jeszcze dwóch aktorek, występujących w spektaklu: Baiba Vanaga i Lienite Osipova. Grają one różne role, animują wiele postaci, bo takie są prawa teatru lalek, że animator może się zmieniać. Bez niego lalki nie będą żyły, ale on musi lalkom służyć. Tak jak wszyscy służą Księżniczce, której trudno szukać w obsadzie. Animuje ją ten, kto wchodzi z nią w jakiekolwiek relacje. I na tym polega siła lalkarstwa. Nie zrozumie tego aktor-lalkarz, który jest przede wszystkim aktorem.

---

1 Fragmenty wywiadu Haliny Waszkiel z Dudą Paiva, Służę lalkom, "Teatr" 2017, nr 3.