Między "Kopciuszkiem" a "Szewcami"

«Środa

W programie do Kopciuszka Joela Pommerata - przedstawienia wyreżyserowanego przez Annę Smolar na Scenie Kameralnej Narodowego Starego Teatru - cytat z przedmowy do Baśni dla dzieci i dla domu Wilhelma i Jakuba Grimmów: "To ludzie umierają baśniom, a nie one ludziom". Wyborne słowa. Wyborne, lecz dziś do uzupełnienia.

Piątek

Korci zapytać: "Chryste! Znowu Kopciuszek?! Znowu ta bajka stara jak świat?! Nie macie czegoś nowszego, aktualnego, na miarę naszych czasów, pędzących, elektronicznych?! Kolejny raz to samo! Portret smutnego - acz szczęśliwym ślubem z księciem okraszonego - losu potulnej sieroty w domu złej macochy i jeszcze gorszych jej córek o zimnych sercach?! Który to już raz będzie świetny bal na zamku, który raz zjawi się dobra wróżka i wyczaruje dla kopciuszka cudowne szaty oraz karocę, który raz powtórzy się fabularny numer ze zgubionym pantofelkiem i zakończonym sukcesem poszukiwaniem pasującej do pantofelka stopki?! Który raz ludziom przypomniane zostanie, że należy być w życiu dobrym, a nie złym?!". Prawdę mówiąc - poniekąd zasadne są to westchnienia. Znawcy bajek uczą, że fabuła Kopciuszka pierwszy raz zapisana została w IX wieku p.n.e. w Chinach, za dynastii Tang, na kartach zbioru opowiadań Duan Chengshi - a później nie dało się już zatrzymać echa. Do dziś powstało na świecie całym około 700 różnych wariantów opowiastki o przygodach dziewczynki porównywanej do garści sadzy. Jeśli do ogromu tego dołożyć wszystkie wcielenia filmowe, teatralne i radiowe - wielka góra powstaje. Na jej wierzchołku - najświeższe powtórzenie, Kopciuszek Pommerata i Smolar. Owszem więc, jako że bajka ta w Chinach światu się objawiła, można westchnąć: "Znowu ten sam ryż na obiad?!". Można, lecz warto się wstrzymać. Sedno bowiem tkwi w słowie "powtórzenie", które jest przecież słowem dla teatru nieuchronnym. Jak wiele razy na scenach lub filmowych taśmach powtarzane już były i powtarzane będą opowieści Sofoklesa, Moliera, Szekspira, Czechowa i wielu innych jeszcze? Problemem nie jest powtórzenie. Nie chodzi o wiecznie powracający ryż. Chodzi o to, jak ryż jest podany, zwłaszcza zaś jak jest przyprawiony.

Sobota

W maleńkim szkicu Jorge Luis Borges wymienia odwieczne fabuły ludzkości. Pierwsza mówi o obronie Troi. Druga - o powrocie Odysa do domu. Trzecia - o wyprawie po Złote Runo. Ostatnia - o ofierze boga. W finale wyznaje: "Opowieści są cztery. Przez czas, jaki nam pozostał, będziemy je przeobrażać i snuć wciąż od nowa". Pommerat przeobraził stareńkiego Kopciuszka. Nie on pierwszy. Jeśli dobrze pamiętam, u braci Grimm też już nie ma klasycznych pastelowych barw, ciepełka oraz innych bezpiecznych słodyczy, w finale opowieści zaś gołębie wydziobują złym córkom złej macochy oczy.

Pommerat przepisał Kopciuszka, by tak rzec, jeśli nie na ciemność, to na szarość, na cienistość. Przyprawił stareńką fabułę czarnym pieprzem. Portretuje samotność, portretuje ból uporczywej pamięci dziewczynki, co jest jak garść sadzy, pamięć dziewczynki o zmarłej matce, portretuje jej wciąż powtarzające się skulenia - jedyną formę obrony przed realnością obcą, zimną, kłującą. I podobny jest w smaku, w intonacji swojej dwugodzinny seans Smolar. Nic w nim z nachalnej edukacyjności, z pouczania, z tych zawsze nie do zniesienia ciągot umoralniających. Jest tylko opowieść podana spokojnie, klarownie, bez cudacznego inscenizacyjnego łapania się lewą stopą za prawe ucho. A nawet trochę więcej jest. Aktorstwo mam na myśli, grę, która wyżej zapisane, przecież ponure, cokolwiek spiżowe słowa - jakby w nawias bierze, odciąża je, nadając historii całej delikatny walor marionetkowej przypowieści o tym, co nieuchronne.

Poniedziałek

Może poza Jaśminą Polak, figurą tytułową, cała reszta - Małgorzata Gałkowska jako Macocha, Bartosz Bielenia w podwójnej roli Młodziutkiego Księcia oraz Wróżki, Małgorzata Gorol jako Młodsza Siostra, Marta Ścisłowicz jako Starsza Siostra, wreszcie Zbigniew W. Kaleta w roli Ojca i roli Króla - gra mocną formą, tworząc tyleż portrety psychologii głębinnej, co typy ludzkie wprost z prostych sztanc, figury zamknięte w strukturach kilku, kilkunastu charakterystycznych gestów, tonów, spojrzeń, figury właśnie marionetkowe. I to jest dobre. To zabija fatalną możliwość przepoczwarzenia się opowiastki całej w jakąś sążnistą gotyckość, która się czai w słowach "samotność", "trauma śmierci", "ból pamiętania", "czerń", "szarość", "cień". Inaczej mówiąc, lekka marionetkowość pozwala - mimo kilku zmian, mimo nowej intonacji, mimo paru świeżych przypraw i rytmów - pozostać Kopciuszkowi - Kopciuszkiem. Smolar nie gruchocze go i z gruzów jego nie kleci, dajmy na to, jakiegoś Ptifurka lub innego Widzimuszka. Bajka Smolar, na dnie swoim świeża - pozostaje bajką starą jak świat. Przeobrażanie wiecznej opowieści bowiem nie jest przeobrażaniem jej w konia, w którym nikt śladu wiecznej opowieści nie odnajdzie nawet za chińskiego boga. Co zatem z Szewcami, wiekową, szaloną, bezlitosną dla tak zwanej cywilizacji bajką Witkacego, na Małej Scenie Narodowego Starego Teatru wyreżyserowaną przez Justynę Sobczyk? Powtórzę: to ludzie umierają bajkom, a nie one ludziom. Owszem. Tyle że jak reżyserowi obumiera umiejętność czytania bajki ze zrozumieniem choćby jako takim - bajka nie ma wyjścia. Zdycha prędko. Prócz zwłok bajki - co wtedy na scenie sinieje? Rzeczony koń. Albo coś | innego, podobnie cudacznego oraz ni z gruszki, ni z pietruszki.

Czwartek

Rzecz oczywista, jeśli ktoś sprytny jest i majsterkować lubi - z czegokolwiek jest w stanie zmajstrować cokolwiek. Niech i tak będzie. Lecz nie da się zapomnieć o prostym pytaniu: Przepraszam, ale po co? Z Szewców Witkacego Sobczyk zmajstrowała coś na podobieństwo aktorskiego, autotematycznego dowcipu towarzyskiego, długawego scenicznego wica, w którym aktorzy (zupełnie bez znaczenia jest, co kto gra) - Michał Majnicz, Szymon Czacki, Martyna Krzysztofik, Małgorzata Zawadzka i Radosław Krzyżowski - bez j ustanku wychodzą z ról, z grania, wchodzą w prywatność i jakby na marginesie akcji, a raczej jej braku, na tyłach zdań Witkacego, zabawiają się snuciem kabaretowych monologów o aktorstwie jako takim, o smętnym losie aktorów drugorzędnych, o trudach udawania za pieniądze i o sztuce teatru w ogóle. A gdzie w tym narastającym bałaganie rozrywkowym Szewcy, gdzie kolosalny brak litości wiekowej bajki? Gdzie Witkacy? Jak wiadomo - zabił się w 1939 | roku. Trudno się więc dziwić, że go nie było... I można by tak długo jeszcze ironizować, lecz trzeba przestać. Oto bowiem Sobczyk wprowadza na scenę troje ludzi nieodwracalnie dotkniętych przez los, troje amatorów cierpiących na zespół Downa. Czyżby pełen godności szantaż uczuciowy to był i zarazem śmiałe etyczne pogłębienie seansu igrców z realnością i iluzją, prawdą i udawaniem, życiem twardym i wiotkim echem życia na scenie? I czy po to samo pojawia się w finale Krzysztof Globisz, któremu ciemny los odebrał mowę i swobodę gestów oraz kroków? Nie zamierzam odpowiadać.

Niedziela

Nie ma Witkacego. Nie ma Szewców. Nie ma opowieści. Jest parę tez Sobczyk, kilka banalnych pouczeń, wbrew pozorom zaserwowanych kawa na ławę. Kiedyś uczeń Zen zapytał Mistrza, dlaczego jak ma przekazać jakąś prawdę o świecie, nie przekazuje jej wprost, tylko snuje opowieść. Mistrz wziął jabłko do ręki i rzekł: A czy chciałbyś, abym dał ci to jabłko do zjedzenia, lecz przeżuwszy je wcześniej? Studentom reżyserii kazałbym tę anegdotę wykuć na pamięć i na głos snuć ją wciąż od nowa, dzień w dzień, przez bite cztery lata nauki.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego