powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Chodźcie, udowodnię wam moc obrazu

"Lokis" w reż. Łukasza Twarkowskiego z Litewskiego Narodowego Teatru Dramatycznego w Wilnie na 38. Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Pisze Alicja Cembrowska na blogu Teatr dla Wszystkich (platformie zastępczej Teatru dla Was).

Spektakl "Lokis" Litewskiego Narodowego Teatru Dramatycznego na pewno namieszał w głowach warszawskiej widowni. Świadczą o tym reakcje po wyjściu ze spektaklu. Jedni zaniemówili z wrażenia, inni z zaskoczonymi minami powtarzali, że nic nie zrozumieli, było za głośno, za dużo i za szybko.

Litewskie przedstawienie to przede wszystkim eksperyment, zapis procesu tworzenia, wariacja, bomba wizualnych i dźwiękowych szaleństw. Warstwa językowa i fabularna stanowi w "Lokisie" jedynie punkt zaczepienia. Opowieść istnieje w tle, łatwo się w niej pogubić, jest raczej dramaturgicznie niedopieszczona. Reżyser, Łukasz Twarkowski, wraca do niej tylko wtedy, gdy jest to konieczne, zastępuje ją długimi sekwencjami wizualnymi - resztę doczytujemy z ekranów na scenie. Czy to źle? Może nie, jednak zawiedzeni mogą być ci, dla których słowo w teatrze jest kluczowe. Tutaj natomiast władzę przejął obraz.

Inspiracją dla twórców były trzy historie. Pierwsza to fantastyczne opowiadanie grozy Prospera Mériméego "Lokis", opublikowane po raz pierwszy w 1869 roku. Jego główną postacią jest hrabia Szemiot, o którym plotkuje się, że jest pół-niedźwiedziem. Druga przywołuje postać uważanego za pioniera fotografii konceptualnej na Litwie, zakochanego w swojej pracy, ekscentrycznego fotografa Vitasa Luckusa. Trzecia to przypomnienie pobytu Bertranda Cantata w Wilnie - wokalista francuskiego zespołu Noir Desir w 2003 roku dotkliwie pobił w pokoju hotelowym aktorkę Marie Trintignant. Kobieta zmarła.

Sednem, głównym hasłem w "Lokisie" jest "imagine is everything". Przypomina, że rządzi nami obraz, wyobrażenie, a dotarcie do prawdy jest niemożliwym do spełnienia marzeniem. Bez wątpienia najbardziej fascynujące w spektaklu jest budowanie niepokoju, napięcia, tworzenie atmosfery psychodelicznej, halucynogennej. Na ten proces składa się transowa, głośna muzyka, stroboskopowe światła, plastyczna dynamika scenografii (wielki ekran zmieniający położenie, rusztowania z roślinami, makieta pokoju i korytarza realnej wielkości), ujęcia zapośredniczone przez kamerę, przez co nie wszystko widzimy, nie każdy szczegół jest dla nas dostępny. Zdaje się, że celem było swego rodzaju zagubienie widza w tym natłoku. Byśmy poczuli się nie tylko jak aktorzy na scenie, ale również jak postaci, które przywołują.

Twórcy przeprowadzają zmasowany i regularny atak na zmysły, bombardują bodźcami, zachęcają do patrzenia, by za chwilę oślepić wpatrzoną widownię wielkimi lampami. Stosowane metody od razu skojarzyły mi się z twórczością Gaspara Noego. Miało być brutalnie i było. Miało być ogłuszająco i oślepiająco, wyraźnie, kolorowo - i tak właśnie było. W tym wszystkim udało się jednak dostrzec ludzki dramat, szaleństwo, rozbicie, rozedrganie wewnętrzne. Bo Szemiot, Luckus i Cantat to bohaterowie w pewnym sensie tragiczni, postawieni w sytuacjach skrajnych, oszalali i zagubieni w tym swoim szaleństwie.

Byłam po "Lokisie" zmęczona psychicznie i fizycznie, wytarmoszona, ale i pobudzona, zahipnotyzowana tym, co zobaczyłam. Ta ambiwalencja uczuć była jednak... przyjemna.