powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Człowiek lub posłuszeństwo

"Zakonnice odchodzą po cichu" Marty Abramowicz w reż. Darii Kopiec z Teatru im. Kochanowskiego w Opolu na XXXVIII Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Pisze Wojciech Giczkowski w Teatrze dla Was.

Pani, którą poznałem w Puerto de la Cruz, miała na imię Hermana. Dopiero po chwili zrozumiałem, że hermana to siostra zakonna. Ta, z którą się zaprzyjaźniłem, chodziła w dżinsach, a jej prawdziwe imię brzmiało Guadelupe. Pochodziła z Meksyku. Swoboda, jaką cieszą się związki wyznaniowe w krajach latynoskich, może nas zaskoczyć. Przedstawienie przygotowane w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu "Zakonnice odchodzą po cichu" mogło zadziwić nawet przygotowanego na niespodziankę widza. Jego forma i estetyka przemawia do każdego. Świeżość spektaklu, wynikająca z doskonałej obsady i tematyki w nim podjętej, przemawia do każdego wrażliwego człowieka. Przecież o tym myślimy w duchu, obserwując na ulicy młode dziewczyny w habitach, które sądząc po wieku, właśnie zostały zakonnicami. Dlaczego poszły do zakonu? W tytule przedstawienia nie chodzi o to, w jaki sposób umierają kobiety zamknięte w klasztorach, ale o to, jak odchodzą one z zakonów i z jakich dzieje się to powodów.

W 2016 roku w ramach I konkursu Modelatornia nagrodzona została propozycja przedstawienia "Zakonnice odchodzą po cichu" autorstwa Darii Kopiec, wówczas studentki Wydziału Reżyserii Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie, i Martyny Lechman, absolwentki dramaturgii na Wydziale Reżyserii Dramatu Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. L. Solskiego w Krakowie. Wybrane do realizacji projektu aktorki musiały same wykreować postaci granych przez siebie bohaterek. Otrzymaliśmy w efekcie bardzo prawdziwy obraz młodych wierzących i niewierzących dziewczyn, które z różnych pobudek postanowiły pójść do zakonu. Jedne zrobiły to z powołania, inne z biedy, a jeszcze inne - z powodów rodzinnych. Wszystkie łączyło jedno - były bardzo młode i niedoświadczone.

Prześliczne aktorki: Cecylia Caban, Karolina Kuklińska, Joanna Sokołowska i Małgorzata Mikołajczak, dzielą się z widzami swoją wrażliwością i pokazują odczucia młodocianych kobiet, które trafiły za klasztorna furtę. Ich opowieści dokumentują, że w tym opisanym przypadku nie było to miejsce, w którym dawano świadectwo wierze, ale tylko i wyłącznie poprzez narzucone ślepe posłuszeństwo tworzono układ uzależnień personalnych i marginalizowania każdej inaczej myślącej lub lepiej wykształconej osoby. Piątą postacią w tym perfekcyjnym zespole jest moderatorka przedstawienia, która tworzy nastrój wykonywaną przez siebie muzyką i śpiewem. Natalia Czekała jest laureatką ogólnopolskich i międzynarodowych konkursów pianistycznych, grała także w zespole Silage Quintet. Tym razem wspiera aktorsko i muzycznie projekt autorstwa Kopiec i Lechman. Jej muzyka elektryzuje i wypełnia przestrzeń teatru dodatkową kobiecą wrażliwością.

Przedstawienie nie jest feministycznym manifestem. Pokazuje, jak w dzisiejszych czasach kobiety stają się otwarte i już nie pozwalają sprowadzać się do roli niewolnicy, która nie ma prawa do niczego, nie posiada własnych pieniędzy, je inaczej, czyli gorzej niż miejscowy wikary. Jednak najbardziej żałują utraty prawa do miłości. Jedna bohaterka odkrywa, że może kochać Boga poprzez stworzenie rodziny, a inna - przez bycie w związku z kobietą, jeszcze inna chce się kształcić, aby móc lepiej pomagać potrzebującym. Takich możliwości podczas pobytu w klasztorze nie mają, bo tam nie liczy się człowiek, a tylko ślepe posłuszeństwo.

Obecnie, także w Polsce, trwa dyskusja na temat roli kościoła katolickiego w naszym życiu. Ten ważny głos w dyskusji, jakim jest przedstawienie Teatru im. Kochanowskiego w Opolu, udowadnia, że kobiety także chcą mieć coś do powiedzenia w środowisku wierzących katolików. Już nie boją się mówić, choć jak dotychczas z zakonu odchodzą po cichu. Dzięki takim przedstawieniom ta cisza nie będzie trwała długo. W kościele potrzeba partnerstwa i to nie tylko na poziomie zakonu.