powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Pułapka zmyśleń

"kalifornia nieśmiertelni" Justyny Litkowskiej w reż. Szymona Kaczmarka w Teatrze Współczesnym w Szczecinie. Pisze Adam Karol Drozdowski, członek Komisji Artystycznej XXIV Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Jedną z ciekawszych ostatnio propozycji szczecińskiego Teatru Współczesnego jest zrealizowany z aktorskiej inicjatywy dzięki miejskiemu stypendium monodram Macieja Litkowskiego do tekstu Justyny Litkowskiej. Spektakl "kalifornia nieśmiertelni" zwyciężył między innymi na festiwalu Fanaberie Teatralne - i bardzo słusznie, bo fanaberią zdecydowanie jest. Ale jakąż smakowitą!

Wydawałoby się, że rzecz będzie czymś w rodzaju fabularyzowanego wykładu, szukającego nowych kontekstów dla polskich kontrkulturowych (jak przykro określa to sam teatr: "celebryckich") legend. I jest to część prawdy o nim. Zaczynając od obrazu Krzysztofa Komedy i Marka Hłaski podczas ich pobytu w Ameryce, poprzez opowieści o polskiej szkole filmowej, o nowej fali, podpierając się kilkoma na krzyż rekwizytami i projekcjami archiwalnych nagrań, aktor poprowadzi nas z powrotem do Komedy i jego bezsensownej śmierci po upadku ze schodów podczas przyjęcia. Tyle tylko, że po drodze wybije całe pokolenie, bliskich Komedy, Hłaskę i jego znajomych, Sharon Tate razem ze zmarłym w więzieniu Charlesem Mansonem, wszystkich. Wszystkich, którzy faktycznie zginęli w 1969 roku i wszystkich z nimi powiązanych, którzy w tajemniczych okolicznościach ginęli później. I połączy to w przedziwną, oniryczną narrację, umożliwiającą snucie przeróżnych teorii spiskowych, choć nie dającą konkretnego rozwiązania; nawet jeśli z jednej strony w centrum tych wydarzeń był faktycznie Szatan, zaklinający bluźniercze przepowiednie w piosenkach puszczanych od tyłu, to z drugiej - patrzyły na wszystko unoszące się nad pustynią duchy Indian, przedwieczne i groźne jak niemo ścierające się w centrum tejże pustyni płyty tektoniczne.

Brzmi dziwnie?

Spodziewam się, że twórcy spektaklu, wraz z reżyserem Szymonem Kaczmarkiem, naoglądali się w sąsiedzkiej Kanie teatralnej gawędy śledczej Janka Turkowskiego "Margarete" - formuła jest w "kalifornii" bardzo zbliżona. Ale o ile Turkowski pracując na faktach i źródłach wychodzi od fantazji i dociera do prawdy, o tyle Litkowski wychodząc od źródeł rekonstruuje zmyślenia. Robi to wspaniale! Jest rzeczowy i godny zaufania, jego postać wykazuje się obsesyjną wręcz znajomością czasów, o których opowiada, gdzie owa obsesja, początkowo mało zauważalna wobec imponującej umiejętności oddawania sposobem bycia stylu ówczesnych bitników, wraz z upływem czasu rośnie, wyrodnieje, prowadzi go do przeistoczenia się w rodzaj medium, odprawiającego na swoich idolach czarną mszę. Fascynacja narratora fatum, ewidentnie, jak wynika z jego opowieści, ciążącym na całym pokoleniu powojennej polskiej bohemy, wiedzie go ku obłędowi stawiania tez, składających się w upiorną teorię spiskową, zakładających udział demonicznych sił w upadku opisywanych artystów. Maestria Litkowskich polega tu na tym, że zarówno w materii literackiej scenariusza, jak w sposobie poprowadzenia roli, szaleństwo bohatera rośnie powoli, każąc widzom rewidować prawdopodobieństwo rzucanych przezeń anegdot post factum, dopiero, kiedy kolejne zdadzą się już zbyt naciągane. W efekcie łatwo złapać się na przynętę tej opowieści, równocześnie chcąc wraz z narratorem wierzyć w niestworzone ciągi przyczynowo-skutkowe i broniąc się przed tą wiarą ostatkami nadwerężonego zdrowego rozsądku. Tym łatwiej, że grunt pod taki odbiór został przygotowany przez popkulturę - któż nigdy nie zetknął się chociażby z urban legend o związku satanistycznych wątków w "Dziecku Rosemary" Polańskiego z mordem dokonanym na jego rodzinie przez bandę Mansona? Tak tworzyły się ikony kontrkultury, rozpalające wyobraźnię do dziś. Tak trzeba o nich opowiadać. Poprzez mity.

Ja się na mit tworzony na scenie przez Litkowskich godzę - idę za nim, ten świat zadziwia mnie, pociąga i przeraża. Fascynuje. Ale jeśli coś jest rzeczywistą, głęboką wartością tego spektaklu, to rosnące wraz z jego przebiegiem poczucie obrzydzenia do samego siebie, że dałem się porwać tej brudnej fascynacji, wraz z Litkowskimi żerując de facto na cudzych nieszczęściach, śmierciach, na losach żywych ludzi. Bo choć sama sceniczna kreacja jest bez dwóch zdań porywająca, to na głębszym poziomie spektakl obnaża ohydne mechanizmy działania chociażby plotkarskich portali, sposoby wzbudzania niezdrowego zainteresowania cudzymi historiami poprzez drobne nawet koloryzowanie, przesuwanie akcentów, sugerowanie kontekstów. Pytanie, jakie zostaje więc po obejrzeniu "kalifornii nieśmiertelnych" i na jakie warto odpowiedzieć samemu sobie, to: jak szybko dałem się przekupić czyjąś krzywdą? Ile by to nie trwało, było to za szybko.