powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Prawdy nie ma

"Sekretne życie Friedmanów" Daniela Sołtysińskiego i Marcina Wierzchowskiego w reż. Marcina Wierzchowskiego z Teatru Ludowego w Krakowie na 38. Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Pisze Konrad Wysocki na blogu Tytuł roboczy WOT.

Sceniczna opowieść duetu Wierzchowski/Sołtysiński zaczyna się dość niewinnie. Na ekranie umieszczonym na scenie widzimy filmik stylizowany na powstały w latach 80, w którym dwóch mężczyzn prowadzi beztroską, żartobliwą rozmowę. Młodszy z nich za moment pojawi się na żywo i stanie tuż przed widownią. Po kilku słowach wstępu, chłopak, który przedstawił się jako Jesse, prosi widzów o zamknięcie oczu i przywołanie wspomnień z okresu, kiedy mieli oni 18 lat. Zabieg odnosi sukces, cała widownia podąża za instrukcjami Jessego. Na sali panuje cisza, skupienie i atmosfera rozmarzenia. Jesse mówi, że to właśnie w tym wieku, jego życie zostało zniszczone na zawsze.

Okazuje się że w tym czasie zostaje on oskarżony o pomoc w brutalnych gwałtach na dzieciach dokonywanych przez lata podczas zajęć komputerowych prowadzonych przez jego ojca. Jeden z aktorów, pełniący rolę m.in. mistrza ceremonii (Ryszard Starosta) zaprasza nas w trzygodzinną podróż podczas której poznajemy historię amerykańskiej rodziny Friedmanów. Arnold Friedman, szanowany nauczyciel informatyki oraz jego 18-letni syn zostają aresztowani. W niezwykle głośnym, medialnym procesie zarzuca im się wielokrotne, pedofilskie gwałty. Historię procesu poznajemy bardzo dokładnie - jesteśmy świadkami nocnego policyjnego nalotu na dom Friedmanów, przesłuchań oskarżonych, ich pierwszej nocy w areszcie. Odwiedzamy także salę komputerową w której miało dochodzić do gwałtów,

pokój sędziny prowadzącej postępowanie, aż wreszcie uczestniczymy w rozprawie. Wszystkie odwiedzone przez nas przestrzenie mają sprawiać wrażenie możliwie jak najbardziej realistycznych.

Konwencja zaproponowana przez Wierzchowskiego i Sołtysińskiego jest niesłychanie atrakcyjna. Reżyser umiejętnie wykorzystuje elementy dokumentu, paradokumentu, reportażu i brukowych narracji. Z połączenia tych gatunków tworzy swój unikalny świat sceniczny. Wśród około 40 widzów obecnych w teatrze przez zdecydowaną większość spektaklu trudno było dostrzec oznaki zniechęcenia, znużenia czy zobojętnienia. To rzadka sytuacja podczas trwających ponad trzy godziny przedstawień.

Reżyser skrupulatnie prezentuje nam niezliczoną ilość informacji dotyczących przebiegu procesu i zeznań. Mimo wszystko, wina Friedmanów do końca pozostaje niejasna. Bo nie o to tutaj chodzi. Nie jest to przedstawienie teatru dokumentalnego. Jest to bardziej opowieść o sile mediów niż o pedofilii, analiza społecznego linczu i publicznej nagonki niż detektywistyczna zabawa w szukanie winnego. To opowieść o rozpadającej się rodzinie i skazanym z góry na porażkę poszukiwaniu jednej prawdy, a nie sceniczna rekonstrukcja sądowego procesu.

Trudno nie wspomnieć o świetnych kreacjach aktorskich, które choć przeplatają się z tymi nieco mniej udanymi, są mocną stroną przedstawienia. Pozytywnie wyróżniają się przede wszystkim główni bohaterowie - Piotr Pilitowski i Piotr Franasowicz, którzy nawet fizycznie przypominają realne postacie.

"Sekretne życie Friedmanów" niesie ze sobą powiew świeżości, tak potrzebnej nam obecnie w teatrze. Pełne jest ciekawych teatralnych rozwiązań, momentami dość odważnych jak np. scena podczas której aktorzy wykonując karkołomną choreografię stylizowaną na dziecięce zabawy podwórkowe, śpiewają wyliczankę o gwałtach.

Udał się ten spektakl krakowskiemu teatrowi. Co prawda w końcówce przedstawienia, zdarzają się momenty mniej wciągające, a wręcz zbędne, jak na przykład ostatnia wizyta u Friedmanów - niepotrzebnie rozciągająca i tak już dłużącą się akcję. Jednak niemożliwe jest przez cały spektakl utrzymanie takiego napięcia jak na początku, kiedy widzowie energicznie przeszukują dom Friedmanów w poszukiwaniu pism pedofilskich.

W spektaklu nie pada informacja, że film dokumentalny Andrew Jareckiego, na którym została oparta fabuła przedstawienia, ostatecznie nie otrzymał Oscara. Można się zastanawiać, czy to ze względu na list otwarty ofiar do członków Akademii Filmowej, którego treść poznajemy w ostatniej scenie spektaklu. Ale czy autorzy listu naprawdę są ofiarami? Prawdy nie sposób odnaleźć.