powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Gdy je nazwiesz, znika - o milczeniu w spektaklu Agaty Dudy-Gracz

"Będzie pani zadowolona, czyli Rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk" w reż. Agaty Dudy-Gracz z Teatru Nowego w Poznaniu na LVIII Kaliskich Spotkaniach Teatralnych. Pisze Tomasz Domagała na stronie DOMAGALAsieKULTURY.

Spektakl Agaty Dudy-Gracz to klasyczna tragedia zemsty. Matka i siostra zabitego chłopaka, na weselu tej drugiej żądają w prezencie ślubnym głowy sprawców zbrodni i w finale ją dostają. Rzeczywistość wsi Kamyk ukazana jest zarówno w perspektywie realistycznej, jak i metafizycznej, łącznikiem zaś między tymi światami staje się centralna postać spektaklu - Widząca zwana Czarcią Pizdą (wybitna Anna Mierzwa), nasza ludowa wersja rosyjskiego jurodiwego. Snuje ona swoją narrację w języku znakomitej muzyki Jakuba Ostaszewskiego. Spektakl zachwyca dzięki zderzeniu kiczowatego, nieco przesadnego obrazu polskiej wsi z tragiczną, traktowaną z namysłem i powagą uniwersalną opowieścią o ludzkiej nienawiści, która - raz obudzona - rośnie w siłę, zmiatając z powierzchni ziemi kolejne ofiary. Agata Duda-Gracz próbuje wrzucić nas, widzów w samo centrum swojej historii i zmusić nas, żebyśmy ją nie tyle zrozumieli, co poczuli. Poczuli ból i cierpienie niewinnych ofiar, gorycz i rozżalenie katów, dowiadujących się, że się mylili. Obserwując wczoraj na widowni kaliskiego teatru widzów, ocierających ukradkiem łzy, mniemam, że jej się to udało.

Wielka w tym zasługa jej aktorów, którzy na wczorajszym spektaklu odsłonili przed nami tajniki swojej pracy nad tym poruszającym spektaklem. Polegała ona na żmudnym i drobiazgowym, opartym na pisaniu i improwizacjach tworzeniu wewnętrznego świata bohaterów. Owa zakończona sukcesem praca dawała mocną bazę do kolejnego etapu aktorskiego przeobrażenia, polegającego z kolei na fizycznym znalezieniu w sobie postaci, jej gestów, rytmu, sposobu wyrażania się czy innych oznak charakterystyczności. Wczorajszy pokaz Wesela we wsi Kamyk był absolutnym dowodem mistrzostwa, jakie osiągnęli aktorzy wraz z reżyserką i całym zespołem teatru, doprowadzając pracę nad spektaklem do końca.

Aby dać Państwu próbkę ich wirtuozerii, posłużę się przykładem jednej ze scen. Gabriela Frycz, grająca epizodyczną postać Pani Dziuchy, ma swój aktorski moment, gdy bezwzględnie i w sposób wstrząsająco prawdziwy rzuca prosto w twarz miłości swojego życia, Panu Dziobkowi, brutalne słowa prawdy o tym, kim on w rzeczywistości jest. Aktorka te kilkanaście zdań gra znakomicie, tym jednak, co we wczorajszym spektaklu wstrząsnęło mną najbardziej, jest kamienna, z pozoru chłodna twarz grającego Dziobka Michała Kocurka, który - słuchając swojej partnerki (to wielka u aktora umiejętność!) potrafił w dwie minuty samymi właściwie oczami stworzyć postać człowieka, który - niczym Edyp - dokonuje tragicznego rozpoznania swojego losu. Nie dość, że stworzyć, to jeszcze odmalować wszystkimi możliwymi emocjami poruszający, wewnętrzny portret duszy swojego bohatera w tym momencie. Odmalować w taki sposób, żebym ja, widz w ósmym rzędzie, patrząc na niego i smakując słonego smaku własnych łez, poczuł, że jedyne, na co mam ochotę, to wtargnąć teraz na scenę i oboje bohaterów po prostu przytulić. Ten fragment roli Kocurka pokazuje, co w teatrze i w pracy aktora jest najcenniejsze: to milczenie, które może być jednym z najpiękniejszych języków teatru, gdy potrafi się je wypełnić kosmosem własnych, prywatnych emocji. Gdy próbujemy je sobie przełożyć na słowa - znika, podobnie jak magia teatru, gdy próbujemy o niej opowiadać