powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Skandynawska irytacja

"Ktoś tu przyjdzie" Jona Fossego w reż. Katarzyny Łęckiej w Teatrze WARSawy. Pisze Monika Balińska w Teatrze dla Was.

Nowy spektakl Teatru WARSawy jest kolejną ciekawą propozycją na stołecznej mapie teatralnej. "Ktoś tu przyjdzie" w reżyserii Katarzyny Łęckiej to inscenizacja, która w centrum zainteresowania stawia zwyczajność. Spektakl nie porusza w ogóle wątków politycznych, próżno szukać w nim ambicji adaptacji kanonicznych tekstów. Zręcznie omija obecnie panujące teatralne mody, zwraca się raczej ku tradycyjnemu teatrowi. I w ten sposób może obciążać nieco widzów, którzy w ostatnim czasie mają okazję spotykać się z różnymi bardziej śmiałymi produkcjami. Nic w tym dziwnego, biorąc pod uwagę, że polska prapremiera utworu norweskiego dramaturga Jona Fossego była efektem współpracy Teatru WARSawy i warszawskiej AT, co nieco tłumaczy akademickość tego spektaklu.

Historia jest prosta, dotyczy dwojga szukających szczęścia i intymności ludzi (w tych rolach Sławomir Pacek oraz Alicja Pietruszka), którzy decydują się przeprowadzić na zupełne odludzie, żeby odciąć się od świata. Na miejscu pojawia się człowiek (w interpretacji Mirona Jagniewskiego), który burzy ich spokój i doprowadza do rewizji wyobrażeń na temat ich relacji oraz potrzeb. Całej materii dramatu nie należy jednak brać zbyt dosłownie chociażby ze względu na jego utopijność. Gdyby zdecydować się na branie tej sztuki jeden do jednego, otrzymalibyśmy raczej historię o dwojgu schizofreników, którym udaje uciec się w odludne miejsce. W rzeczywistości spektakl obnaża ludzką naiwność, która bierze się z desperackiej potrzeby uporządkowania świata. Konsekwentnie realizowana koncepcja dramatu zwraca uwagę widzów na takie tematy, jak siła zwyczajności wspólnego życia, ograniczenia, które nakłada na siebie dwoje żyjących razem ludzi, czy wnikliwa analiza granic ludzkiej miłości. To wszystko dzieje się w otoczeniu ciekawej scenografii przygotowanej przez Barbarę Koczarową i Zofię Kochman. Piasek wysypany na całej scenie Teatru WARSawy, morska wizualizacja, zboże w tle i stelaż imitujący dom w oszczędny, ale wystarczający sposób tworzą teatralną przestrzeń. Klimat oddany zostaje również dzięki wykorzystaniu dźwięków morza, które słychać jeszcze przed rozpoczęciem spektaklu oraz oświetleniu, które zmieniając się, wyróżnia pory dnia podczas przedstawianych wydarzeń.

Aktorzy poruszają się po scenie niezbyt dynamicznie. Chociaż emocje wpadają ze skrajności w skrajność, tempo spektaklu jest dosyć stonowane. Teksty mają możliwość pełnego wybrzmienia, niejednokrotnie cisza buduje napięcie bardziej niż wypowiedziane wcześniej słowa. Kostiumy utrzymane w nieco skandynawskim stylu dobrze wpasowują się w całą konwencję i zaprojektowaną scenografię. Wydaje się, że taka poetyka spektaklu determinowana jest częściowo przez styl i sposób narracji, jakim posługuje się autor dramatu, Jon Fosse.

Utopijna wizja zakładająca, że dwoje ludzi może uciec przed całym światem, oczywiście się nie spełnia i nie zaskakuje to żadnego widza. Jednak wydaje się, że celem spektaklu było odwołanie się do wyidealizowanych i abstrakcyjnych emocji. I właśnie na tym polu spektakl wykłada się najbardziej. Uczucia, które próbują przekazać aktorzy, paradoksalnie są zbyt wydedukowane. Można doskonale zrozumieć to, co starają się przekazać ze sceny, jednak nijak nie można tego poczuć albo skonfrontować z własną wrażliwością. Coś, co miało być największa siłą tej realizacji, przerodziło się w jej najsłabszy punkt. Powtarzane ciągle partie tekstu, które momentami zamieniają się niemal w kakofonię, rzeczywiście otwierają pewne pola interpretacji. Jedno z nich dotyczyć może zagubienia bohaterów, którzy poprzez nieustanne wypowiadanie tych samych zdań starają się ukonstytuować rzeczywistość, nie mającą prawa się jednak zrealizować. Zarówno On, jak i Ona tworzą świat, jednak trudno doszukiwać się prób organizacji nowej przestrzeni. Wszystko zostaje im nadane z góry, nawet wyposażenie domu, o którym dowiadujemy się z dialogów, zostaje odziedziczone po poprzednich właścicielach. Bohaterowie początkowo nie sprawiają nawet wrażenia, że się przeprowadzają. Swobodne wylegiwanie się na plaży kobiety wskazuje raczej na początek jakiegoś urlopu niż na tak ważny moment w życiu ich obojga. Sytuacja zmienia się nieco po pojawieniu się mężczyzny. Zarówno Sławomir Pacek, jak i Alicja Pietruszka mieli okazję zaprezentować swój aktorski warsztat, co udało im się znakomicie. Postacie w ich interpretacji przechodziły od jednych skrajnych emocji do innych. Nie przeszkadzało im wypowiadanie tych samych słów, wręcz przeciwnie, znakomicie je ogrywali. Jednak jeżeli chodzi o sam tekst, pozostawia on niestety wiele do życzenia. Być może dramat Jona Fossego, norweskiego geniusza porównywanego do Henryka Ibsena, nie do końca sprawdził się w inscenizacji Katarzyny Łęckiej.

Ciągle powtarzane teksty są tym samym dla teatru, czym poezja konkretna dla literatury. Sposób delimitacji jest w tym przypadku kluczowy, nadaje właściwy sens całemu utworowi. Wydaje się, że w przypadku "Ktoś tu idzie" wybrane teksty były albo zbyt mało atrakcyjne, albo za słabo emocjonalne. Trudno powiedzieć, czy jest to zarzut skierowany przeciwko dramatowi, czy raczej samemu spektaklowi. Jeżeli zaś oszczędność słów miała wpłynąć na zaakcentowanie tego, co robią bohaterowie, nie udało się niestety poprzez ich czyny wystarczająco dobitnie wyrazić wszystkich emocji mimo świetnego przygotowania aktorów.

Na pewno ciekawym elementem spektaklu jest motyw kuszenia przez pojawiającego się mężczyznę, który burzy porządek ustalony przez parę. Miron Jagniewski doskonale ogrywa butelkę, próbując nakłonić kobietę do napicia się z niej. Jego przerysowane ruchy, wynaturzony śmiech i ostentacyjne zachowanie burzą estetykę całej sztuki. Jest skrajnie inne od zachowania pozostałej dwójki bohaterów, którzy mimo pewnej egzaltacji pozostają jednak bardziej opanowani. Rola Jagniewskiego została więc zbudowana w ten sposób, żeby na wielu różnych płaszczyznach akcentować burzenie zastanego ładu. Wszystko nabiera wymiaru uniwersalnego. Nie poznajemy imion bohaterów, miejsca akcji ani żadnych szczegółów, które umożliwiłyby umiejscowienie wydarzeń w konkretnym czasie. Cała fabuła opiera się na próbie wyciągania silnie humanistycznych elementów. Dzięki temu najbardziej zyskuje ostatnia sekwencja dramatu, podczas której na scenie zostaje mężczyzna i kobieta, oboje stojący w ciszy. Jest to najbardziej przejmujący fragment inscenizacji, bo widać, że doświadczenia związane z przeprowadzką doprowadziły do przewrotu w ich świadomości. Otwarte zakończenie spektaklu jest jego dużą zaletą. Nie tylko umożliwia wybrzmienie zaakcentowanym emocjom, lecz także stawia nieco postapokaliptyczne pytanie o życie, które następuje po opadnięciu złudzeń i doświadczeniu tego, czym ludzie mogą się dla siebie stać mimo wzajemnej miłości i zaangażowania.

Właściwie trudno jest powiedzieć, co poszło nie tak w spektaklu Katarzyny Łęckiej. Nie chodzi na pewno o świetnie przygotowanych aktorów, tekst pochodził od jednego z najbardziej docenianych dzisiaj dramaturgów na świecie, scenografia była przyzwoita, a konwencja przedstawienia wydaje się dobrze przemyślana i skutecznie zrealizowana. Mimo wszystko inscenizacja "Ktoś tu przyjdzie" nie należy do najciekawszych premier sezonu. Element powtarzania tekstów, chociaż miał wywołać największe wrażenie i był pewną dominantą spektaklu, niestety bardziej irytował, aniżeli skłaniał do refleksji. Przypuszczam, że w tym przypadku nie takie było założenie twórców i sztuka nie miała odnieść akurat takiego quasi-partycypacyjnego efektu.