Miłość w kosmiczej perspektywie

"Płuca" Duncana Macmillana w reż. Anny Wieczur-Bluszcz w Teatrze im. Solskiego w Tarnowie. Pisze Beata Stelmach-Kutrzuba w Temi.

«W repertuarze tarnowskiego teatru w okresie ostatnich kilku sezonów znakomicie zapisały się kameralne sztuki brytyjskich autorów w dwuosobowej obsadzie, by wspomnieć chociażby "Blackbirda" Davida Harrowera w reżyserii Tomasza Gawrona czy "Konstelacje" Nicka Payne'a w reżyserii Natalii Sołtysik. Najnowsza realizacja teatralna na Małej Scenie - inscenizacja dramatu Duncana Macmillana "Płuca" - wpisuje się w ten szczęśliwy ciąg. To wspaniały spektakl oparty na mądrym tekście, wyreżyserowany przez Annę Wieczur-Bluszcz z ogromną wrażliwością na refleksję w nim zawartą i niemal perfekcyjnie zagrany przez parę młodych aktorów - Ewę Jakubowicz i Filipa Kowalczyka.

Tekst "Płuc" przełożony na język polski przez Annę Gujską polskiej prapremiery z prawdziwego zdarzenia doczekał się dopiero w Teatrze im. L. Solskiego w Tarnowie, Dramat opowiada historię pary zakochanych, ale czyni to w sposób niebanalny. Miłość bohaterów nie jest łatwa, przechodzi różne fazy - od upojenia, przez odrzucenie, po dojrzały powrót. W osobach K. i M. autor sportretował przedstawicieli współczesnego pokolenia ludzi wykształconych, wychowanych w kulturze europejskiej, którzy troszczą się o środowisko naturalne, przyszłe losy planety, świadomie rozwijają się intelektualnie, czytając książki. Obydwoje chcą być "dobrymi ludźmi" - dla innych i siebie nawzajem. W rozmowach wielokrotnie wracają do definicji "dobrego człowieka". Ale jednocześnie ich życie naznaczone jest niepewnością o przyszłość zarówno w wymiarze osobistym, jak i globalnym, toteż stając w obliczu wyborów, trawieni są licznymi wątpliwościami.

I takich ich oglądamy od pierwszej sceny, gdy zastanawiają się nad posiadaniem dziecka. Czy sprowadzanie potomka na ten świat to przypadkiem nie egoizm? Jak będzie wyglądało jego życie? Jak wpłynie na losy świata? Kto powinien mieć dzieci, a kto nie i co do tego mają nasi rodzice i dziadkowie? Mimo ciężaru poruszanych tematów dialogi bohaterów skrzą się humorem, jedną bowiem z wielkich zalet sztuki jest dowcip, przez którego pryzmat autor spogląda na dylematy portretowanego pokolenia, nie ujmując nic z ich wagi.

Tekst Macmillana przypomina współczesny moralitet. K. i M. to everymani w wydaniu męskim i żeńskim. Każdy z widzów odnajdzie w nich cząstkę siebie. Ich zmaganie z miłością, pełne upadków i wzlotów, jest jak wyboista wędrówka przez życie typowego bohatera tego średniowiecznego gatunku. Tym bardziej że nie zamyka się w kręgu prywatnych problemów, lecz dzieje się w kosmicznej perspektywie.

Wydaje się, że właśnie takim tropem kierowała się Anna Wieczur-Bluszcz, biorąc na reżyserski warsztat sztukę Brytyjczyka. Pod jej ręką bowiem tekst nabiera bardzo uniwersalnego wydźwięku. Spektakl rozpoczyna krótki pokaz teatru tańca według świetnej choreografii Leszka Bzdyla (notabene znanego tarnowianom z prezentacji Teatru Dada von Bzdülöw w ramach Sceny Otwartej). Bez słów, mową ciał i ruchem aktorzy opowiadają o swojej namiętności, miłości, skomplikowanych relacjach i wychodzi im to naprawdę wspaniale - pomysłowe preludium do opartego głównie na dialogach dramatu. Jak zapowiadała reżyserka, przedstawienie jest rzeczywiście aktorskie, bo na barkach pary artystów spoczywa cały ciężar utrzymania publiczności w ciągłym zainteresowaniu, rozbawiania i wzruszania. Ale...

Ogromną rolę w budowaniu nastroju ma w spektaklu scenografia Ewy Gdowiok - na scenie nie ma sprzętów ani rekwizytów, za to jest cały kosmos. Wszystko, co rozgrywa się między dwojgiem bohaterów, otula rozgwieżdżone niebo, otwierając swoją nieskończoność dla maleńkich ludzkich istot. Do tego muzyka, wcale nie lekka, łatwa i przyjemna, mająca surową melodykę, ale też liryzm i podniosłość uzyskaną przy pomocy pogłosu. Dobrze współgra z kosmiczną scenografią.

W tak zaaranżowanej przestrzeni poruszają się Ewa Jakubowicz i Filip Kowalczyk. Ona - bardzo kobieca, intelektualistka ciągle zatroskana o kondycję planety, dzieląca włos na czworo i nieustannie poddająca drobiazgowym analizom otaczającą rzeczywistość, a przy tym szczera do bólu. On - typowy facet stąpający mocno po ziemi, racjonalizujący to, co wyolbrzymia jego partnerka, i ciągle zagubiony w próbach zrozumienia jej. Słowem on jest z Marsa, a ona z Wenus - postaci zostały celowo nieco przerysowane przez autora. Aktorzy jednak znakomicie się w nich odnaleźli i to dzięki ich grze bohaterowie sztuki zyskują prawdziwość i naturalność, a także ogromną sympatię widzów od pierwszych kwestii. Może właśnie dlatego, że obydwoje postarali się dogłębnie poznać grane postaci i zwyczajnie je polubić? Brzmi niby prosto, ale w przełożeniu na aktorski warsztat wcale proste nie jest. Stąd nieczęsto zdarza się w teatrze, by w odczuciu widza identyfikacja bohatera z aktorem była tak oczywista.

Źródłem komizmu w przedstawieniu jest psychologiczny kontrast między bohaterami i ich nieustanne wysiłki w celu dogadania się. Salwy śmiechu zrywają się na widowni, gdy K. i M. toczą rozmowy o rodzicach lub gdy ona ma pretensje, że on patrzy na nią jakoś lubieżnie. Rozbawiają publiczność ich opinie na temat konsekwencji rodzicielstwa czy okoliczności "robienia dzidziusia" m.in. w parku. I wiele, wiele innych stwierdzeń, sytuacji, nieporozumień. Wzrusza natomiast łączące ich uczucie i ciepły stosunek do siebie. Czy ich związek przetrwa mimo straty? Jak ułożą się ich losy?

Spektakl Anny Wieczur-Bluszcz należy do tych, które zapadają w pamięć. W znaczeniu zresztą absolutnie pozytywnym. Od mądrego tekstu, w który warto się wsłuchać, przez trafną obsadę, po każdy inny element teatralnego wystawienia - to" widowisko bez słabych stron, niepozostawiające widza obojętnym.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego