Żal za dwudziestym piątym. Jubileuszowy Bydgoski Festiwal Operowy to już historia

XXV Bydgoski Festiwal Operowy. Pisze Alicja Polewska w Gazecie Pomorskiej.

«Dwa tygodnie, siedem wieczorów, dwa balety, trzy opery, jedna opera-balet i jeden musical. Zachwyt, porządna robota i rozczarowanie. Taki był XXV Bydgoski Festiwal Operowy.

Tłumy. Tak najprościej można opisać popularność BFO. Zajęte wszystkie fotele i schody między sektorami. Cisza i huragan braw. Publiczność Bydgoskiego Festiwalu Operowego miała okazję skorzystać ze wszystkich swoich praw do oceny tego, co zaprezentowali nam zarówno gospodarze - bardzo udany wieczór otwarcia z baletem "Romeo i Julia", jak i goście - magiczny wieczór (znów baletowy!) przygotowany przez Dansk Danseteater, zachwyt nad "Nais" w wykonaniu II Giardino d'Amore. I niestety smutek z niewykorzystanej okazji w musicalu "Trzej muszkieterowie".

Przyznam od razu, że zawładnęła mną muzyka wykorzystana przez Duńczyków w "Czarnym diamencie" [na zdjęciu]. To nie było tło do fenomenalnego tańca, pełnego niezwykłej ekspresji i kunsztu baletowego, to był byt sam w sobie. Magia w czystej postaci. Dość powiedzieć, że kiedy umilkły dźwięki, większość z nas na widowni nie bardzo wiedziała co się dzieje, dlaczego czary się skończyły. To było coś niezwykłego.

Przydarzyło mi się to wcześniej podczas jednej z poprzednich edycji BFO, kiedy pieśni barokowe wykonywała Simone Kermes, a nad gmachem Opery Nova szalała burza z piorunami. Efekt był spektakularny. Tym razem nie potrzebne były efekty specjalne, wystarczyło aż nadto to, co działo się na scenie zdobnej w minimalistyczną scenografię, bez wielkiej gry świateł.

Nadzwyczajny był także wieczór z "Nais" Jeana-Philippe'a Rameau. Orkiestra, a właściwie cały zespół prowadzony przez Stefana Plewniaka, to przedsięwzięcie polsko-francusko-austriackie z elementem brytyjskim.

Byliśmy świadkami widowiska w pełnym tego słowa znaczeniu: orkiestra na scenie, chór powyżej na tle zmieniających się obrazów bogów i żywiołów, na proscenium soliści i balet. I znów muzyka była na pierwszym miejscu, a dyrygent niczym czarnoksiężnik (cóż za niekonwencjonalny strój!) powoływał do życia kolejne dźwięki, pieśni i suity taneczne. Barok w czystej postaci - zdobny, a jednak nie przytłaczający, uwodzący, ale nie drażniący koturnowością interpretacji.

Bydgoscy artyści mają gorzej niż goście festiwalowi. Raz, że występują jako pierwsi, dwa - że bydgoska publiczność jest już przez ten zespół przyzwyczajona wręcz do występów wyjątkowych. Pisałam po pierwszym wieczorze, że wybór baletu na otwarcie jubileuszowej edycji to było ryzyko, ale opłaciło się. I zdania nie zmieniłam.

Było w naszej inscenizacji coś świeżego, innego w spojrzeniu na klasyczny taniec. Urzekali odtwórcy tytułowych ról, podziwialiśmy przygotowanie scen pojedynków szermierczych.

Tym trudniej jest mi się pogodzić z tym, co przywiózł do nas zespół Teatru Muzycznego Capitol z Wrocławia. "Trzej muszkieterowie" to był pewniak na udany wieczór. A jednak coś nie zagrało, w uszach nie została ani jedna melodia, a o żartach typu "rosół-srosół" w wykonaniu Portosa lepiej szybko zapomnieć.

Nie można mieć jednak wszystkiego. Były spektakle wyjątkowe i mniej spektakularne, aż żal, że to już za nami. Z drugiej strony oznacza to, że właśnie ruszyły przygotowania do XXVI BFO.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego