powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Andrzej Beya-Zaborski: Benefis!

Andrzej Beya-Zaborski - to wielkie nazwisko w Białymstoku. To i Wielki człowiek. Jego wizerunek zrósł się silnie z policyjną czapką. Pewnie dlatego też budzi respekt i dystans. Ale Zaborski to przede wszystkim lalkarz, aktor i pedagog.

Kilka godzin temu w Białostockim Teatrze Lalek dobiegł końca benefis Andrzeja Zaborskiego (Beya). Na afiszu "Krótki kurs piosenki aktorskiej - reprapremiera" Wojciecha Szelachowskiego. Spektakl sprzed ponad ćwierć wieku, wielokrotnie zmieniany, przerabiany, wznawiany, bez wątpienia jednak należący do najświetniejszych BTL-owskich przedstawień z przeszłości. Beya (pamiętny Karolek) występuje w nim już rzadko, gra w dublurze z Adamem Zielenieckim, który przejął rolę Karolka. Podczas benefisu Zaborski wyszedł w drugiej części, w pamiętnej scenie smażenia kaszanki. Spotkała go żywiołowa reakcja publiczności, tym razem złożonej głównie z kolegów, przyjaciół i sympatyków jego talentu. A talent to niepośledni, choć obecna wersja Kursu jest tylko cieniem dawnego spektaklu.

Zaborski z teatrem związał się na całe życie. Głównie z Białostockim Teatrem Lalek, gdzie debiutował przed czterdziestoma laty w Schillerowskiej Pastorałce w reżyserii Jana Wilkowskiego i do końca bieżącego sezonu pozostanie etatowym aktorem. Będzie oczywiście pojawiać się w kilku tytułach, ale jego kariera od lat łączy się już niemal wyłącznie z licznymi aktorskimi spektaklami impresaryjnymi, z którymi objeżdża całą Polskę, z występami w filmach fabularnych oraz telewizyjnych, których nazbierało się niemal tyle, ile jego ról w przedstawieniach BTL-u.

Kariera Andrzeja Zaborskiego odpowiada dokładnie losom polskiego lalkarstwa ostatniego czterdziestolecia. Na początku grał lalkowe role w spektaklach przygotowywanych przez lalkarskich mistrzów: Joannę Piekarską, Jana Wilkowskiego, Krzysztofa Raua, Michała Zarzeckiego, Piotra Tomaszuka. Nawet jeśli nie były to już spektakle parawanowe, należały do gatunku wielkich inscenizacji, którymi słynął ówczesny teatr. Nikt kto widział "Baśń o pięknej Parysadzie", "Słowika", "Polowanie na lisa", "Nim zapieje trzeci kur", "Złoty kluczyk", "Zwyrtałę Muzykanta", "Leć głosie po rosie" nie zapomni tych przedstawień, choć pewnie tylko nieliczni będą umieli wskazać role Andrzeja Zaborskiego. To był teatr zespołowy, ze świetnymi animatorami i coraz lepszymi aktorami, rekrutującymi się głównie z absolwentów nowopowstałego Wydziału Lalkarskiego w Białymstoku warszawskiej PWST. Zaborski należał do grupy pierwszego rocznika absolwentów i zarazem świetnych techników, zwłaszcza lalek tradycyjnych, poddawanych rozmaitym udoskonaleniom. Miał dziką energię, precyzyjnie ukształtowaną technikę animacji, wrażliwość na partnerów i intuicję. Doskonale wpisał się w silny już w BTL-u zespół aktorski i szybko został jednym z jego filarów. Ukształtował go teatr zespołowy. "Kiedyś rzeczywiście byliśmy połączeni bardziej takimi więzami przyjacielskimi, spotykaliśmy się na rozmaitych imprezach, w domach - mówił w 2013 roku. - Teraz ludzie są zaganiani, czasy są inne, te więzy się rozluźniły. Ale to nie oddziałuje na to, co się dzieje w teatrze. Czasem przychodzę, patrzę jak moi koledzy grają i ciary po plecach mi przechodzą. I to nie ma nic do sympatii osobistych, z niektórymi kolegami nigdy się nie spotykam poza teatrem, z niektórymi czasem się przemówi, ale to nie ma nic do teatru. Na scenie obowiązują inne prawa. Kiedy patrzę na Barbarę Muszyńską, która z mojej perspektywy była w BTL-u od zawsze, która mnie przecież uczyła i patrzę na jej energię, która nigdy nie maleje, to widzę wciąż tę profesję, pokorę wobec zawodu, dokładność, uczciwość w traktowaniu widza, partnera. Widzę jak ona stoi w kulisach i obserwuje jak grają koledzy, zamiast pójść do garderoby, bo skończyła się jej scena i olać wszystko. To jest właśnie ten standard, który wyznacza zespołowość. I tak postępują tu wszyscy. Zwracamy sobie uwagę na rozmaite rzeczy, rozmawiamy o naszych działaniach na scenie i nie są to uwagi złośliwe. Chcemy wciąż poprawiać naszą pracę i jakość spektakli. My się po prostu szanujemy, potrafimy szanować naszą własną pracę i widza. Podstawą jest gra na partnera, nie myślenie o sobie. To kwestia świadomości, że nie ja, ale że partner. Jeśli ja pracuję na niego, a on na mnie - razem idziemy do góry. Jeśli pracuję na siebie - nie mamy o czym rozmawiać."

Ale teatr lalek systematycznie się zmieniał, w Białymstoku może troszkę szybciej, głównie za sprawą Wojciecha Szelachowskiego, mało czy nawet wcale nie interesującego się lalkami, za to wrażliwego, niezwykle utalentowanego artysty, który nosił w sobie swój własny teatr i znalazł w BTL-u sposobność do jego realizacji. W 1984 roku powstał "Pan Fajnacki" wg scenariusza i w reżyserii Szelachowskiego z Zaborskim w roli tytułowej. To była "pierwsza rola - wspominał Zaborski kilka lat temu - która sprawiła, że poczułem siłę, że mogę zawładnąć widzem []. Publiczność się utożsamiała z tą postacią. Jako Fajnacki zrobiłem karierę." Fajnacki był rolą aktorską, w przedstawieniu dla dzieci wprawdzie, ale nie mającym nic wspólnego ze sztuką lalkarską. Po nim przyszły kolejne role aktorskie, często w repertuarze dla dorosłych: Pie w "Scenariuszu dla trzech" aktorów, Gruby w "Kabarecie Dada", Szewc w "Mieczu", role w "Żywej klasie", potem w całej serii "Kusrów", "Cyrano de Bergerac", "Jedź", "Zamku", "Scrooge'u", "Płaszczu", wreszcie tytułowa w "Szwejku", główna w "Krzywej wieży". Praca z Szelachowskim, Pecką, Kobrzyńskim, Rozhinem, Nosalkiem, Dąbrowskim rozwinęła jego aktorskie umiejętności. Film, do którego wkrótce trafił, zwłaszcza seria Jacka Bromskiego U Pana Boga, przyniósł mu rozpoznawalność, popularność i nowe satysfakcje. Zawsze przyznaje się, że jest z teatru lalek, że tu się wszystkiego nauczył, choć - szczere mówiąc - z lalkami nie miał do czynienia jako aktor od lat. To jego korzenie, teatralny rodowód.

Lalkami zajmował się za to nieprzerwanie przez czterdzieści lat w białostockiej szkole teatralnej. Tu do ubiegłego roku uczył studentów gry lalką. Dziesiątki roczników absolwentów wyszły spod jego ręki i pewnie nie zapomną lekcji Zaborskiego. Ta lekcja przyda się z pewnością także aktorom, którzy nie wiążą swoich losów z teatrem lalek. Ta lekcja służy budowaniu zespołowości, uwrażliwieniu na partnera, a przy okazji wyposaża w umiejętności animacyjne, które dziś przydają się nie tylko w lalkarstwie.

Andrzej Beya-Zaborski - to wielkie nazwisko w Białymstoku. To i Wielki człowiek. Jego wizerunek zrósł się silnie z policyjną czapką. Pewnie dlatego też budzi respekt i dystans. Ale Zaborski to przede wszystkim lalkarz, aktor i pedagog. Wrażliwy - choć wybuchowy, wspaniały komik - choć pozuje się na silnego macho, wielbiciel i znawca lalek - choć karierę zrobił jako aktor. Same sprzeczności! Żywy artysta!