powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Gdy jest bardzo smutno, to kocha się zachody słońca

"Murzyni we Florencji" Vedrany Rudan w reż. Iwony Kempy w Teatrze Nowym Proxima w Krakowie. Pisze Tomasz Domagała na stronie DOMAGALAsieKULTURY.

Bohaterem powieści Vedrany Rudan Murzyni we Florencji jest chorwacka rodzina. W jej skład wchodzą cztery pokolenia: Babcia, Matka, Ojciec, Syn, Córka oraz - co może wydać się ekstrawagancją - poczęte właśnie w łonie córki z serbskiego ojca bliźniacze Płody. Oglądamy ich wszystkich kilkanaście lat po bałkańskim piekle lat 90-tych ubiegłego wieku. Syn pragnie po nieudanym pobycie w USA napisać książkę o sobie i swojej tożsamości, jednak kiedy zaczyna, nachodzą go wątpliwości: co chciałem opowiedzieć? Początek wojny? Sens i bezsens życia, sens i bezsens wojny? Ilu pisarzy zapłaciłoby złotem za możliwość życia w kraju, nawiedzonym przez taką wojnę? Z wojny mam tylko ojca wariata. Tysiące zabitych, setki tysięcy wypędzonych, dym, łzy, krzyk, trupy. Nie mogąc się zdecydować, co dalej, wpada wreszcie na pomysł, żeby poprosić wszystkich członków rodziny o nagrania: jeśli ja mam swoją opowieść, ma ją też moja babunia, i moja mama, ma ją siostra, i mój ojciec. Niech mówią. I zaczynają mówić. Przekonani, że biorą udział w jakimś amerykańskim eksperymencie (syn płaci im za to 50 euro) opowiadają o sobie, swoich przeżyciach, wojnie, o wszystkim. Z brutalną szczerością, która przeradza się w gwałtowny, niczym nieskrępowany słowotok, uwalniający tłumione do tej pory myśli, uczucia, emocje. Słowotok pełen agresji, frustracji i żalu, stający się w momencie werbalnej materializacji rodzajem terapii, balsamu na wciąż otwarte i niezabliźnione wojenne rany. Oto stoją przed nami pokiereszowani, pogubieni bohaterowie, niemający oparcia w nikim, nawet w członkach swoich rodzin, którzy przeżywają w samotności swoje dramaty i tragedie; wszyscy pozostawieni przez los sami sobie, wydani na pastwę bólu i cierpienia. Trzeba przyznać, że obraz tej rodziny (a przez nią złożonego z takich rodzin chorwackiego społeczeństwa) jest wstrząsający. Koniec tej historii, niczym książka Syna, pozostaje otwarty - każdy z nas musi dopisać go sobie sam, wszak jesteśmy również w jakimś sensie bohaterami tej książki,a opowieść wciąż trwa.

Żeby nie było jednak tak jednorodnie i minorowo, Vedrana Rudan nakłada na ową brutalną rzeczywistość filtr humoru i dystansu, którego nośnikiem staje się punkt widzenia przyszłego, dopiero co poczętego pokolenia, zapisanego w rozmowach rozwijających się w łonie matki Płodów. Owe filozoficzne prawie dyskursy, prowadzone lekkim i beztroskim tonem, pozbawione ciężaru, który mogłaby wprowadzić odziedziczona po matce wojenna trauma, przewijają się w powieści niczym refren. Dają jej tak potrzebny oddech, oświetlając opowieści dorosłych często z zupełnie nieoczekiwanej strony. To z kolei sprawia, że historia rodziny staje się niejednoznaczna, zawikłana, a przez to jeszcze bardziej ludzka i głęboka. Wprowadza też do portretu owej rodziny jakiś niezwykle melancholijny i liryczny rys. Widzimy oto miotających się i cierpiących bohaterów, którzy w swej samotności pozostają uwięzieni nie tylko na planie realistycznym - w swoich losach, lecz także na planie historiozoficznym - niczym pokolenie Hamletów, których młodzi Fortynbrasowie zupełnie inaczej odbierają i postrzegają, za bardzo się nimi nie interesując i nie przejmując.

Iwona Kempa, w swojej scenicznej adaptacji powieści Rudan, podąża za autorką wiernie, eliminując jednak wszystko to, co z punktu teatru wydaje się niepotrzebne. Trzon jej adaptacji stanowią zatem rozmowy bliźniaków, przeplatające się z monologami poszczególnych członków rodziny. Dzięki takiej kondensacji literackiej materii, sprowadzonej tu do starannie wydestylowanego fabularnego ekstraktu, z owej plątaniny monologów i rozmów wyłaniają się głębokie, niejednoznaczne postaci, stanowiące znakomity materiał dla teatru. Wściekłość zaś, ziejąca z genialnie napisanych monologów, skontrastowana tutaj z pełnym ironicznego humoru stylem dyskursu Płodów, daje rzadko spotykaną szansę na głębokie teatralne przeżycie, będące tutaj efektem drastycznych i ciągłych zmian konwencji z serio na buffo i odwrotnie. Iwona Kempa nie kombinuje. Swoją reżyserską rękę przykłada delikatnie i prawie niewidocznie. Scenograficznie jesteśmy niby w mieszkaniu bohaterów, w którym każdy z nich ma swoje miejsce i w którym w gruncie rzeczy znajduje się sam. Co ciekawe, wszyscy aktorzy są przez cały spektakl na scenie. Gdy kończą swoją wypowiedź, próbują sobie znaleźć jakieś miejsce, aczkolwiek tak naprawdę go nie mają. Dotyczy to zwłaszcza młodych, którzy muszą ustępować miejsca starszym. W ten sposób ich dom - czy to rozumiany dosłownie czy jako ojczyzna - staje się dla nich więzieniem. Kończąc swoją grę w danym momencie nie mogą opuścić sceny, mogą się tylko przykryć kołdrą i pójść spać. To jedyna metoda ucieczki. Płody w pewnym momencie siadają nawet wśród widzów, ale gest ten nie ma znaczenia, nie uwalnia bohaterów od rzeczywistości: wszak wszyscy jesteśmy wciąż zamknięci w przestrzeni sceny. Fakt ten generuje także nowe, nieoczekiwane znaczenia tekstu - jak w przypadku Syna, który - ponosząc spektakularną życiową porażkę, nie zrobiwszy oczekiwanej kariery za oceanem - kilkakrotnie tłumaczy się rodzinie, że musiał wrócić z USA, gdyż "nie mógł żyć bez chorwackiego zachodu słońca". W spektaklu Kempy to niemożliwe także nieomal fizycznie, żyjemy przecież - że zacytuję znakomitego humanistę angielskiego, Johna Bergera - w świecie bez horyzontu, niczym w Piekle z tryptyku Boscha. Słońce tam nie wschodzi i nie zachodzi niczym w teatrze. A w nim Iwona Kempa jest mistrzynią "niereżyserowania". Polega to na tym, że jej pomysły są na pierwszy rzut oka niewidoczne. Dopiero gdy się przyjrzeć dokładniej, widać, jak precyzyjnie i starannie są one obmyślone i wcielone w życie. I jaki potencjał i teatralną siłę generują! Mistrzostwo!

Ostatnim elementem tej Rudanowo-Kempowej układanki są aktorzy. Bez ich oddania, absolutnej dyscypliny pilnowania zarówno ról, jak i przypisanych im konwencji o dobrym spektaklu nie ma mowy, o katharsis nie wspominając. Na szczęście zespół, zebrany przez Iwonę Kempę, jest wyborny. I wybornie wyreżyserowany. Znakomite, ironiczne, świetnie skomunikowane ze sobą są Płody Juliusza Chrząstowskiego i Sławomira Maciejewskiego; cudownej drapieżnej metamorfozy doznaje poczciwa w głębi serca Babcia Elżbiety Karkoszki; konsekwentna i tragiczna w swoim dziedzictwie braku empatii i umiejętności okazywania uczuć jest Anna Tomaszewska w roli Matki czy znakomity, rozsypujący się na naszych oczach jak domek z kart, były żołnierz - Ojciec Jacka Romanowskiego. Królową wieczoru jest zaś Martyna Krzysztofik w roli Córki. Bezczelna, okrutna, swobodnie operująca trudną, pełną brutalności frazą Rudan - wręcz hipnotyzuje. Tworzy pogubioną, głęboko ludzką postać młodej dziewczyny, która zachodząc w ciążę odkrywa, że piekło w jej głowie, jej rodzinie i kraju, to jedna i ta sama upiorna rzeczywistość, przed którą nie ma ucieczki. Jedyne, co można zrobić, to wywrzeszczeć wszystko do utraty tchu, bo własna opowieść to jedyne, co człowiekowi w naszym bezdusznym świecie pozostało, gdy się ją wywrzeszczy, można się uratować. Krzysztofik patrzy nam, widzom, głęboko w oczy, krzyczy, rzuca się, miota się, płacze. A my z nią, w środku, robimy to samo, bojąc się o nią, jej dzieci, decyzje, przyszłość, a tym samym o nas, nasze decyzje, naszą przyszłość. Jej rola to odkrycie sezonu.

Iwona Kempa zrobiła spektakl według "internetowego przepisu na interesującą książkę", który znalazł w sieci chcący zostać pisarzem Syn z powieści Rudan: "musi być i wesoła, i smutna, i zawierać różne skomplikowane intrygi. Trup, seks". Takie właśnie jest przedstawienie w Teatrze Nowym, z tą tylko różnicą, że "Murzyni we Florencji" Kempy to nie tylko spektakl interesujący, ale i pod względem teatralnym znakomity. Jego największą wartością są poruszające, autentyczne przeżycia, których zapomnieć nie sposób, niczym naiwnego, choć uroczego obrazu uśmiechniętych Murzynów, sprzedających kolorowe parasolki na ulicach Florencji...