powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Nie musiało do tego dojść

Farsowe zagrania sprawiają, że spektakl traci moc, sypie się dramaturgicznie. Zachwycają natomiast sceny z dobrze zbudowaną psychologią wewnętrzną postaci - o spektaklu "Gra w życie" Maxa Frischa w reż. Aleksandra Kaniewskiego w Teatrze Ateneum w Warszawie pisze Marta Żelazowska z Nowej Siły Krytycznej.

"Gdyby tak zacząć życie na nowo! Gdyby jedno życie można było przeżyć na brudno, a drugie na czysto! Gdybym mógł zacząć życie od początku, nigdy bym się nie ożenił, nigdy. Nigdy." Słowa Wierszynina z "Trzech sióstr", zapisane na bocznej ścianie scenografii "Gry w życie", przyciągają uwagę widzów ostatniej premiery Teatru Ateneum. Max Frisch uczynił z nich motto dramatu z 1967 roku, znanego także pod tytułem "Biografia".

To opowieść o pięćdziesięcioletnim profesorze dostającym szansę podjęcia życia na nowo. W inscenizacji Aleksandra Kaniewskiego cytat z Antona Czechowa pełni rolę wstępu, zapowiedzi wydarzeń scenicznych. Warto wspomnieć, że sztuka wraca na deski stołecznego Ateneum po pięćdziesięciu latach, polska prapremiera w reżyserii Janusza Warmińskiego odbyła się 4 maja 1968 roku.

Szwajcarski pisarz traktuje swojego bohatera ironicznie. Hannes Kürmann (Grzegorz Damięcki) zajmuje się psychologią behawioralną. Nauka ta zakłada, że zachowania są wyuczonymi reakcjami na bodźce, a co za tym idzie każdy człowiek, bez względu na uwarunkowania osobowościowe, społeczne, kulturowe oraz iloraz inteligencji, w określonej sytuacji, w zetknięciu z określonym bodźcem zareaguje dokładnie tak samo. Wprowadzenie zmian w życie Hannesa zdaje się więc niemożliwe. Protagonista jest innego zdania, wierzy, że drobne korekty w biografii odmienią los, zapewnią szczęście i uchronią przed śmiertelną chorobą. Momentem przełomowym w życiu Kürmanna jest przyjęcie z okazji nadania mu tytułu naukowego, to wtedy poznaje Antoinette Stein (Magdalena Schejbal). Kobieta ociąga się z wyjściem i w rezultacie zostaje u profesora na noc. Spotykają się coraz częściej, po roku wstępują w związek małżeński. Jednak wspólne życie, okazuje się być dalekie od ideału, a decyzja o ślubie postrzegana jest w kategoriach pomyłki.

"Nie musiało do tego dojść" - jak mantrę powtarza Postać I (Ewa Telega). Hannes Kürmann świadom możliwości, jakie daje gra, chce wymazać pannę Stein z życiorysu. Warunek jest jeden - musi przestrzegać ściśle określonych reguł. Modyfikacji mogą ulegać jedynie zachowania i reakcje na dane wydarzenie, natomiast inteligencja, osobowość nie. Hannes pozostaje więc niezmienną stałą. Może decydować wyłącznie o sobie, nie ma wpływu na wybory innych. Do znudzenia odtwarza "feralny" wieczór, próbując kolejnych opcji. Powtarzalność zdarzeń jest uporczywa, kompulsywna, jak we wspomnianym przez Antoinette zegarze z pozytywką, w której figurki "wykonują zawsze te same gesty na dźwięk zawsze tej samej melodyjki, a jednak za każdym razem czeka się na nie z ciekawością".

Korekty Hannesa Kürmanna nie przynoszą oczekiwanych efektów, każda zmiana w życiorysie prowadzi do konsekwencji, których nie może znieść. Próbuje więc wciąż od nowa. Przerywa grę, nie chce jeszcze raz przechodzić przez edukację, dojrzewanie, przeżywać upojnych chwil z Antoinette. W efekcie życie okazuje się sumą niezmiennych zbiegów okoliczności. W gestii profesora jest jedynie zajęcie stanowiska wobec nich i wybranie strategii działania, które jako behawiorysta opiera na doświadczeniu, wiedzy i pamięci. Uporczywe powracanie do wydarzeń z przeszłości pozwala na lepszy wgląd w siebie, uświadamia motywy działań, pomaga zrozumieć emocje. W efekcie Hannes staje się lepszą wersją siebie (nie policzkuje żony, nie czyta jej korespondencji, nie pije), mimo że nie udaje mu się uniknąć raka, zapobiec rozpadowi więzi z ukochaną kobietą i nie staje się bardziej szczęśliwy. Uświadamia sobie, że tak naprawdę nie pragnie życia bez Antoinette (w ostatniej scenie chce ją zatrzymać przy sobie). Przywiązanie do żony okazuje się arbitralne. Bez względu na wybrany wariant, kobieta zostaje częścią jego biografii - przeznaczeniem, od którego nie może i nie chce uciec.

Prowadzący (Krzysztof Tyniec) jest instancją kontrolującą jak Freudowskie superego. Czuwa nad przebiegiem gry, przestrzeganiem reguł. Ingeruje w biografię Kürmanna, wydaje polecenia, instruuje. Jest "metafizycznym" autorytetem. Reżyser określa go mianem Alter ego, tym samym czyniąc nierozerwalną częścią wewnętrznego "ja" protagonisty, fragmentem rozdwojonej jaźni. Ten swoisty mistrz ceremonii, sterujący światłem (symbol zmiany rzeczywistości), wyraża bowiem jedynie to, co Hannes sam wie lub wiedzieć może. Jest zimny, zdystansowany, racjonalny do bólu. Ten mroczny towarzysz snuje się za profesorem, wyłania z zakątków laboratoryjnie czystej, neutralnej scenografii (Paweł Dobrzycki) - rzec by można przestrzeni bez właściwości, ozdobionej jedynie elementami niezbędnymi do odtworzenia zdarzeń z przeszłości: szezlong, kilka plastikowych krzeseł, stolik barowy na kółkach.

Kaniewski podkreśla teatralność wydarzeń scenicznych. Postać I, zerkając do scenariusza, uzupełnia cytat umieszczony na bocznej ścianie scenografii, ustala chronologię wydarzeń. Wraz z Postacią II (Nikodem Kasprowicz) pełni rolę asystentki Alter ego, wcielając się w osoby wpływające w znaczący sposób na życie protagonisty. Na czarne kostiumy aktorzy zarzucają elementy ubioru będące atrybutem danej postaci: fartuszek obszyty koronką - Pani Hubalek; biały fartuch i stetoskop - lekarz; marynarka i szal - Egon; czapka, sweter - kolega z dzieciństwa, Smarczyński; welon i bukiet białych kwiatów - Brigitte. To przerysowane przedstawianie rzeczywistości, udawanie. Teatr staje się więc innym rodzajem gry -z widzem, z możliwościami.

Reżyser sięga po wersję dramatu z 1984 roku, nieco zmienioną przez autora, który ograniczył liczbę postaci. Nie ingeruje w tekst z wyjątkiem kilku skreśleń. Wystawia go zgodnie z założeniami Frischa w sposób komediowy, choć to raczej tragikomedia ukazująca groteskową, paradoksalną powtarzalność przeżywania kolejnych wariantów zdarzeń. Kaniewski uwypukla komizm sytuacji. Lekarz, wygłosiwszy przemowę dotyczącą zasad zdrowego trybu życia, podekscytowany zrzuca fartuch i rozpina koszulę ukazując nagi tors i prężąc się jak kulturysta. Pani Hubalek przybiera zdegustowany wyraz twarzy, przewraca oczami, gdy w jej pobliżu pojawia się nielubiana Antoinette, a wykonując polecenia pracodawcy, karykaturalnie dyga. Pannie Stein w pierwszych scenach bliżej do słodkiej idiotki niż wyrafinowanej damy; śpiewającego, wykonującego ćwiczenia baletowe i rzucającego butami Kürmanna trudno traktować poważnie. Farsowe zagrania sprawiają, że spektakl traci moc, sypie się dramaturgicznie. Zachwycają natomiast sceny z dobrze zbudowaną psychologią wewnętrzną postaci: rewelacyjnie zagrana rozmowa Hannesa z Edgarem (kochankiem żony), spotkanie z Krolewskim, czy scena w której profesor dowiaduje się o zdradzie. Aktorzy wówczas zawłaszczają uwagę widzów.

"Gra w życie okazuje się zatem niemożliwa i nierealna" - czytamy w zapowiedzi spektaklu. Czy na pewno? Wprawdzie nie możemy zmienić psychofizycznych uwarunkowań organizmu, cofnąć czasu, ale tak jak Kürmann możemy przeanalizować reakcje, uświadomić motywacje naszych działań i dokonanych wyborów, nazwać emocje, następnie wyciągnąć wnioski i zmodyfikować zachowania, a co za tym idzie zmienić swoje życie, stać się nowym, doskonalszym "ja". Hannesowi w autoanalizie pomógł Prowadzący, w realnym świecie taką osobą będzie psycholog, trener motywacyjny. "Twoje życie, twój wybór" - słyszymy ze sceny. To ty decydujesz, czy zaakceptujesz zastaną rzeczywistość, podniesiesz komfort własnej egzystencji. Warto próbować, nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, gdy będzie to tylko "kolejny wariant banalności"...

(spektakl obejrzany 28 kwietnia 2018)

---

Marta Żelazowska - pedagog, absolwentka studiów podyplomowych Wiedza o teatrze i dramacie z elementami wiedzy o filmie w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk oraz Laboratorium Nowych Praktyk Teatralnych.