powiększwersja do drukupoleć znajomemu

"Puszkin to nasze wszystko"

"Kyś" Tatiany Tołstoj w reż. Igora Gorzkowskiego w Teatrze Soho w Warszawie. Pisze Anna Czajkowska w Teatrze dla Was.

W repertuarze stołecznego teatru Soho pojawił się kolejny spektakl w reżyserii Igora Gorzkowskiego, dramaturga, współzałożyciela warszawskiego Studia Teatralnego Koło, w którym zrealizował on większość swoich przedstawień. Wysoko cenię styl tego reżysera, jego zaskakujące, trafne wybory literackie, szczegółowo dopracowane realizacje sceniczne, które silnie angażują widza - emocjonalnie i zmysłowo. Tym razem Gorzkowski sięga po powieść z 2000 roku pod tytułem "Kyś", autorstwa rosyjskiej pisarki i dziennikarki Tatiany Tołstoj. Jej dzieło to rodzaj opowieści, w stylu zbliżonej do klechdy, pełnej mitów, zabobonów, przepełnionej aluzjami i wspomnieniami związanymi z przeszłością pewnego miasta czy grodu. W niewielkiej przestrzeni Teatru Soho wyrazisty teatr opowieści i teatr psychologiczny mieszają się ze sobą, a reżyser zaprasza do poszukiwania filozoficznego sensu w nierealnym, absurdalnym świecie. Choć zdaniem Gorzkowskiego "powieść nie pozostawia nadziei, ale autorka daje nam pewną receptę, jak sobie z taką rzeczywistością poradzić".

Akcja przedstawienia ma miejsce w Moskwie, 200 lat po Wielkim Wybuchu. Nędzną osadę zamieszkują prymitywni ludzie, a rozwój cywilizacyjny cofa się znacznie, nie tylko w dziedzinie myśli technicznej, lecz także w rozwoju wrażliwości, myśli, duchowości i kultury. Po atomowej apokalipsie pozostali Dawni (ludzie sprzed Wybuchu), którzy pamiętają jeszcze, kim był Puszkin, gdzie stał Kreml, jak smakowały ogórki. Oprócz nich żyje rzesza mutantów z effektami. Mają uszy pod pachami, kogucie grzebienie zamiast oczu, ogonki, wielkie i ostre pazury. Są też zezwierzęceni do szpiku kości wygeneraci, czyli niewolnicy, siła robocza i środek transportu dla bogaczy. Ludzie wiodą bardzo proste, wręcz prostackie życie, pomału upodabniają się do bezrefleksyjnych stworzeń: jedzą myszy, handlują czym popadnie i gną kark przed Najwyższym Baszą, Fiodorem Kuźmiczem. Wielki wódz i przywódca rzekomo pisze wiersze, bajki, które ciemny ludek skrupulatnie przepisuje. Okazuje się jednak, że to wszystko kłamstwo, prawdziwe księgi sprzed Wielkiego Wybuchu przetrwały, choć pamięć o autorach wkrótce wygaśnie. Cóż z tego, skoro ludzie mają zakaz czytania i przechowywania książek w domach. Stary świat i cywilizacja odeszły, nowego jeszcze nie ma...

Ponad dwugodzinny "Kyś" nie nuży. Przewrotny, nasycony specyficznym, zaskakującym humorem, cały czas trzyma uwagę widza. Igor Gorzkowski wraz ze scenografem Honzą Polivką stworzył świat pełen metafor, symboliczny i wymowny. Sama historia, opisana przez wnuczkę pisarza Aleksieja Tołstoja, jest niezwykle ciekawa i warto ją pokazać w teatrze. Historia została nieco inaczej opowiedziana niż w powieści. Wprawny reżyser i dramaturg użył teatralnych środków wyrazu, które znakomicie oddają groteskowość i brzydotę opisaną przez autorkę. Gorzkowski zachowuje klimat, archaiczny język, aluzyjny styl narracji, żonglerkę konwencjami literackimi oraz dialogi parodiujące dyskusje inteligentów. W spektaklu nie ma Fiodora Kuźmicza, osady z nędznymi, drewnianymi chatami, ciągnącej się wśród rozległych bagien i błotnistych ścieżek. Zastępuje ją umowna przestrzeń: drewniany pomost, a pod nim klatki. To wszystko symbolizuje zgliszcza, które po Moskwie pozostały. Mieszkańcy odziani są w szare, podarte kufajki, nawet ci zamożniejsi. Tylko Fiodor Kuźmicz paraduje w bogatym, nieco kiczowatym stroju, z błyszczącą koroną na głowie. Liczba bohaterów też jest ograniczona, aktorzy wcielają się w wiele różnych postaci. To potęguje jeszcze wrażenie symboliczności i "pozaczasowości" oraz wyizolowanej rzeczywistości. Tak naprawdę ta historia mogłaby się dziać wszędzie.

Inscenizacja Gorzkowskiego to rodzaj refleksji nad naszą cywilizacją - jacy jesteśmy, do czego dąży ten świat i co mogłoby wyrosnąć na zgliszczach naszej myśli i kultury? W zamkniętej, kameralnej przestrzeni Teatru Soho, w realiach tworzonych przez reżysera znakomicie odnajdują się aktorzy, a dzięki nim metaforyczną rzeczywistość zapełniają barwne postacie, niektóre zabawne, inne przerażające i smutne. Głównym bohaterem i narratorem zarówno powieści, jak i scenicznej adaptacji jest Benedikt. To prostaczek, równie niemądry jak pozostali wygeneraci. Cóż z tego, że namiętnie czyta książki, skoro nic nie rozumie, nie potrafi korzystać z przeszłości, z kultury poprzednich epok? W jego postać wciela się młodziutki aktor Igor Kowalunas. To trudna rola, jednak Kowalunas radzi sobie znakomicie, partnerując doświadczonym aktorom, pokonując meandry dykcyjne tekstu, wiodąc widzów przez ten utopijny, niezbyt ładny świat. Aktor często zwraca się bezpośrednio do publiczności, łatwo nawiązuje kontakt wzrokowy i przekazuje myśl przewodnią reżysera. Bezbłędnie oddaje gwałtowne emocje, namiętności, ale i rozterki Benia. Naprawdę świetna rola. A ile w tej kreacji utajonej - mniej lub bardziej - prawdy o nas samych?

Znakomita jest również Anna Smołowik, która z aktorską wytrawnością radzi sobie z kilkoma odmiennymi rolami - na początku jest matką Benia, elegancką kobietą, inteligentką pamiętającą dawne czasy. Potem wciela się w mutantkę z kogucimi grzebieniami na głowie i w oku, towarzyszkę pracy Benedikta. To smutna, uczuciowa i wzruszająca postać, mocno pokiereszowana przez życie i pięknie zagrana przez aktorkę. Na koniec Anna Smołowik staje się kimś zupełnie innym - babą o nienasyconym apetycie i specyficznym podejściu do życia, czyli groteskową, karykaturalną żoną głównego sanitarza. Kolejna bardzo dobra rola kobieca to Oleńka Julii Trembeckiej. Ola jest córką Madeja Madejowicza, panną z bogatego rodu, przyszłą żoną Benedikta. Jej bohaterka to dziewczyna przebojowa, z charakterkiem; nieodrodna córka swych żarłocznych rodziców. Aktorka gra tak zmysłowo, ostro, z pazurem, że nie sposób oderwać od niej oczu. I jeszcze Bartłomiej Bobrowski, aktor, którego cenię za różnorodne, bogate, wysmakowane kreacje. Tu gra wspaniałego Najwyższego Rozpalacza Nikitę Iwanowicza, inteligenta, a równocześnie nieżyciowego, melancholijnego wielbiciela Puszkina, dawnej sztuki i kultury, w dodatku niezniszczalnego i nieśmiertelnego. Z uśmiechem, lekkością oddaje charakter swego bohatera i rzeczywiście wydaje się niemal "wieczny", choć jego czasy i chroniona za wszelką cenę pamięć o nich mijają bezpowrotnie. Budzi szacunek, ale i lekki uśmiech pobłażania. Obok niego Janusz R. Nowicki, przezabawny, groteskowy w roli bezmyślnego władcy, Najwyższego Baszy Fiodora Kuźmicza. Gestem, spojrzeniem, odpowiednim akcentem trafnie odmalowuje bezdenną głupotę i pyszałkowatość władzy. Teścia Benedikta, głównego sanitarza Madeja Madejowicza, gra Wiktor Korzeniewski. Aktor kreśli bardzo dosadny, realny portret władcy uzurpatora, zachłannego, pełnego agresji i bezwzględnego ciemiężyciela, gorszego niż poprzednik. Korzeniewskiemu udaje się oddać cechy postaci oraz strach i bałwochwalczy szacunek, który budzi w otoczeniu. Tomasz Borkowski to z kolei kwintesencja "wygeneratów" - obrzydliwych, prymitywnych, chamskich stworzeń, które można ujarzmić tylko batem. Jest nieobliczalny i gwałtowny, przeraża i śmieszy, a jego głupota bawi. Borkowski gra brawurowo, w szalonym tempie, zgodnie z charakterem i "zwierzęcością" swego bohatera.

Warto podkreślić, że spektakl jest apolityczny, choć opowiada o władzy, społeczeństwie, więc mógłby mieć inny charakter. Ale nie u Gorzkowskiego. W centrum zainteresowania reżysera (nie po raz pierwszy zresztą) stoi człowiek i jego duchowość. Oczywiście w adaptacji można szukać odniesień do współczesności, jednak nie dopatrujmy się ich za wszelką cenę. Główny bohater w najmądrzejszych książkach chce odnaleźć gotową receptę na życie. Gorzkowski idzie jeszcze dalej, zadając kolejne pytania - o szeroko pojętą rolę sztuki, literatury. Jak stwierdzić, kiedy stanowią one zagrożenie, a kiedy szansę na odrodzenie? Czy nałogowo czytane książki wzbogacają, czy raczej dają fałszywy obraz rzeczywistości? Próbuje odpowiedzieć, czym się różni wolna sztuka słowa od tej oddanej władzy. Przewrotnie pyta, która książka ma większą wartość - ta o robótkach na drutach czy filozoficzna? Mimo tych wątpliwości nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w spektaklu jest sporo nadziei - to właśnie literatura pozwala przetrwać marzycielom i życiowym outsiderom, chroni przed zniewoleniem i zezwierzęceniem, nie pozwala umrzeć temu, co w nas najpiękniejsze.