powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Erotyczna operetka Marii Sartovej

"Orfeusz w piekle" Jacquesa Offenbacha w reż. Marii Sartovej w Operze Bałtyckiej w Gdańsku. Pisze Oskar Świtała na stronie SympatycySztuki.pl.

Jacques Offenbach w roku 1855 skomponował pierwszą operetkę świata pt. "Dwaj ślepcy". Wystawił ją na otwarcie swojego małego teatrzyku, nazwanego Bouffes-Parisiens, mieszczącego się na obrzeżach Pól Elizejskich w Paryżu. W tym samym teatrze - potocznie nazywanym bombonierką - 21 października 1858 roku odbyła się prapremiera jego najbardziej znanej operetki czyli "Orfeusz w piekle". Libretto do niej napisali Henri Cremieux oraz Ludovic Halevy.

Opera Bałtycka w Gdańsku, w czwartkowy wieczór (12 kwietnia 2018r.), w ramach swojego "sezonu francuskiego", również wystawiła to najczęściej obecnie grane przedstawienie "Ojca Światowej Operetki" w reżyserii wybitnej polskiej śpiewaczki operowej Marii Sartovej.

Reżyseria i libretto

Maria Sartova wystawiła "Orfeusza w piekle" w wersji rozbudowanej (przerobionej przez Offenbacha w roku 1874), a obecnie najczęściej wystawianej w Paryżu.

Dawno nie oglądałem tak przemyślanej reżyserii. Maria Sartova w sposób nadzwyczajny poprowadziła akcję libretta, które zresztą sama przetłumaczyła na język polski. Tłumaczenie to prawdopodobnie jest lepsze niż sam paryski oryginał, gdyż lekko i inteligentnie dostosowane do dzisiejszych czasów. Niezwykle trafnie wpisało się w obecną sytuację społeczną, lecz to wszystko nie wykraczało poza logikę dzieła.

Odczuwało się, że libretto było dla Marii Sartovej motorem napędzającym do tworzenia poszczególnych scen. Każda z nich miała w sobie niezliczoną ilość ciekawych pomysłów, a co najważniejsze słowa odzwierciedlały akcję odbywającą się na scenie.

Reżyseria aż kipiała od erotyki, lecz z najwyższym tego słowa uznaniem i smakiem. Widać to było, nie tylko w sexownych kostiumach, ale także w ruchach i gestach poszczególnych scen chóralnych jak i solistycznych.

Jednak nie obyło się bez mankamentów:

Czerwona rekamiera w pierwszej scenie spektaklu - dlaczego na polu pełnym zbóż jest współczesna sofa?;

Przemiana Arysteusza w Plutona - postać powiedziała, że się zmieniła, a poza tym na scenie, w jego ubiorze i wyglądzie nic się nie zmieniło;

Brak gromu i tronu dla Jowisza w scenie Olimpu - zamiast tego Jowisz siedzi na złotym wysokim rusztowaniu z drabinką, niczym ratownik na plaży;

Sceny zbiorowe z chórem - w każdym akcie były podobne, trochę chaotyczne i zbyt abstrakcyjne, jak chociażby strajk bogów na Olimpie, gdzie chór biegał dookoła sceny z jakimiś znakami drogowymi w rękach (sic!);

Niezrozumiała obecność biskupa w Hadesie - czy to też nawiązanie do dzisiejszych czasów?

Na szczególnie pozytywne wyróżnienie zasługują fragmenty:

Umieszczenie w rękach muzyka Orfeusza dwóch rekwizytów: smyczka i skrzypiec;

Wyjazd eleganckiego skrzypka z orkiestronu na podnośniku, który grał solo na swoim instrumencie (znakomity Tomasz Kulisiewicz), zamiast śpiewającego w tym czasie Orfeusza;

Sceny z niewidomą Opinią Publiczną - za każdym razem budzące uśmiech;

Pozostawienie przez Plutona liściku dla Orfeusza w imieniu Eurydyki - tu pszczelarz wypuszcza wielki papierowy rulon, który rozwija się przez całą scenę, z tekstem: "Nie smućcie się mym zgonem, ja świata się wyrzekłam, bo pszczelarz jest Plutonem i zabrał mnie do piekła";

Symboliczne, lecz zaznaczone sekretne drzwi do komnaty, gdzie Pluton ukrył Eurydykę;

Niezwykle zabawna scena zamiany Jowisza w muchę i duet z Eurydyką - Scena ta była najbardziej komiczna i dostała największe owacje. Reżyserka wspaniale oddała naturalne ruchy owada (pocieranie rąk i nóg czy obmywanie głowy). Nie obyło się oczywiście bez komicznie-erotycznych gestów;

Dziwne, lecz dowcipne przemieszczanie się postaci na krzesłach z kółkami za tylną ścianę (obejmującą tylko 3/4 sceny) w II akcie;

Założenie maski na oczy Eurydyki w scenie Hadesu, aby nie została rozpoznana;

Ładny obraz, gdy Orfeusz i Eurydyka zmierzają w kierunku Styksu - tu drzewa się przemieściły na przekątną sceny, a bohaterowie zygzakiem szli pomiędzy nimi. Mądry zabieg dający wrażenie dłuższej podróży.

Jednak najważniejsze było doskonałe obsadzenie śpiewaków w głównych rolach: Orfeusz młodzieńczy, Eurydyka piękna, Pluton do wzięcia, Jowisz komiczny.

Maria Sartova wręcz wybitnie poprowadziła każdą postać. Nadała im swój indywidualny, wyrazisty charakter, niezwykle pasujący do ich osobowości. Widać było, że ruchy, gesty, a nawet mimika twarzy oraz interpretacja każdej partii były mocno przez Marię Sartovą przemyślane.

Całe przedstawienie - mimo, że uwspółcześnione i momentami bardzo symboliczne - było logiczne i trzymające w napięciu do opadnięcia kurtyny. Jeśli tak ma wyglądać "uwspółcześnianie" klasycznych dzieł - ja, zwolennik tradycji - przyjmuję to z ogromnym zadowoleniem.

Scenografia i oświetlenie

Scenografia nie była ładna, lecz widać było, że jej twórca Yves Collet starał się wpisać w konwencję reżyserską przedstawienia. Była ona kompatybilna z akcją spektaklu, ciekawa, momentami tylko rażąca i również bardzo symboliczna, jak np:

Symboliczne pole - 4 brązowe postumenty z wbitymi źdźbłami zbóż i makami;

Symboliczny sen - poduszki rozrzucone na całej scenie w podczas snu bogów na Olimpie;

Symboliczna noc - znakomicie podświetlony księżyc w scenie snu Olimpu;

Wyświetlanie symbolicznych obrazów na opuszczanej ścianie, zdecydowanie za małej (3/4 okna sceny): pola z makami, płomienie w Hadesie, mgła na Olimpie, uchylane okna, czy obramowania drzwi, przez które artyści przechodzili;

Rażąca i niezrozumiała dziecięca kolejka postawiona na okręgu z torów w scenie Olimpu;

Zmyślnie wykonane, mobilne drzewa w scenie Hadesu.

Oświetlenie również nie było nadzwyczajne, lecz w większości przypadków akceptowalne. Fantastycznie oświetlona była scena hadesu - na czerwono - ze znakomicie wyróżnionymi mrocznymi drzewami. Niestety brzydkie były tandetne jarzeniówki, powieszone na ścianie w jednej ze scen II aktu. I gdyby nie tego typu akcenty świetlne, można by oświetlenie w pełni zaakceptować.

Kostiumy

Kostiumolog Anna Chadaj stworzyła ciekawe kreacje. Tak jak w przypadku scenografii, nie specjalnie ładne, ale w charakterze przedstawienia. Były one jednocześnie:

erotyczne (czerwona suknia Eurydyki, Wenus w białym wdzianku z widocznymi pończochami na jej długich nogach czy przypięte maki w intymnych miejscach ciał tancerek);

komiczne (kostium Jowisza przebranego za muchę);

symboliczne (Amor ze skrzydłami);

zbyt współczesne (zielona suknia Eurydyki, rażąco czerwony garnitur Plutona, czy jasnoszary garnitur Orfeusza);

nazbyt dziwaczne (Jowisz - cały na biało - z krótkimi spodenkami, podkoszulkiem, tenisówkami i skarpetkami po kolana, czy chór (bogowie) w dziwnych, równie białych strojach, z jakimiś napletkami na głowie, gorsetami i sukienkami z firanki, jak również perwersyjno-barokowy kostium Johna Styksa z gołym torsem, dużą kryzą na szyi, fartuszkiem i czarnymi spodenkami).

Jednak żaden z kostiumów nie był tandetny ani skandaliczny, a wręcz przeciwnie, wymyślony i wykonany profesjonalnie i każdy z osobna budujący jakość spektaklu.

Choreografia

Choreografia, którą stworzył Jarosław Staniek, była najzwyczajniej kiepska. Momentami uzupełniała styl reżyserii Marii Sartowej, lecz w większości przypadków była mało ciekawa.

Podobał mi się zabawny taniec towarzyszek Arysteusza w arii "Moi, je suis Aristee", a także pojedyncze, krótkie wstawki występujące w różnych scenach pomiędzy ariami, nawiązujące do dziwaczno-komicznego charakteru spektaklu oraz fragment, gdzie tancerki siedząc na biodrach leżących tancerzy ruszały górną częścią tułowia, a oni nogami - niezwykle zabawne złudzenie i za to brawa.

Pominę już nieciekawie zrobionego menueta w II scenie II aktu, ale nie pominę katastrofalnie zniszczonego słynnego Kankana, gdzie zamiast pięknej choreografii mieliśmy jakieś straszydła, co na siebie wskakiwały. Raz na plecy, raz na biodra, raz do góry nogami, kładły się na podłodze, trzepotały nogami i pozowały zamiast tańczyć. Z każdym kolejnym ruchem bezcześciły tę najbardziej znaną muzykę z całego spektaklu oraz obnażały - całkiem niezłych - tancerzy.

Orkiestra i dyrygent

Dyrygent Warcisław Kunc poprowadził orkiestrę przeciętnie. Ani nie zachwycająco, ani nie rażąco. Orkiestra była tłem spektaklu - zbyt nijaka.

Za to dyrygent bardzo dobrze wyczuwał tempa śpiewaków podczas arii oraz ich możliwości wokalne jak chociażby fermaty, które przetrzymywał czy nośność i siłę ich głosów, gdzie w razie potrzeb ściszał orkiestrę.

Chór i balet

Artyści chóru zaśpiewali bardzo dobrze. A swoje abstrakcyjne role wykonali z pełnym zaangażowaniem. Brawo!

Artyści baletu to świetni tancerze, którzy mimo że zadania mieli nieciekawe, to swoje role wykonali perfekcyjnie i ze znakomitą energią. Gratulacje!

Śpiewacy

Dawno nie widziałem tak mocno zaangażowanych artystów w całe przedstawienie. Widać było, że swoje partie wykonują z niezwykłą radością, bawiąc się przy tym w pełni i bawiąc przy tym publiczność. Wszyscy byli wspaniali zarówno głosowo, a jak i aktorsko:

Maria Malinowska (mezzosopran) - Junona

Paweł Faust (tenor) - Merkury

Leszek Kruk (bas) - Mars

Wiktoria Wizner (sopran) - Minerwa

Zuzanna Klemańska (sopran) - Wenus

Anna Potyrała-Listwon (sopran) - Amor

Joanna Wójcik (sopran) - Diana

Adam Woźniak (baryton) - Jowisz

Przemysław Baiński (tenor) - Pluton

Dawid Kwiecieński (tenor) - Orfeusz

Jednak na szczególne wyróżnienie zasługują trzej artyści:

Katarzyna Nowosad (Opinia Publiczna) - Zaśpiewała znakomicie technicznie swoim ciepłym altowym głosem. Z wielką swadą wykonała arię z I aktu "Qui, c`est l`Opinion Publique". Postać nadgorliwej, roztrzepanej i nieustępliwej niewidomej wykreowała świetnie. Równie znakomicie operowała rekwizytem czyli laską i budowała postać niewidomej w sposób przekomiczny. Wielkie brawa!

Łukasz Ratajczak (John Styks) - Swoją tenorową partię technicznie zaśpiewał bardzo pewnie i wyraźnie, a postać służącego (byłego barona) zagrał wprost genialnie. Wspaniale zaśpiewał arię "Quand j`etais roi de Beotie". Nie ma, co się rozwodzić tylko należy powiedzieć, że stworzył partię nadzwyczaj pięknie tak, jak tylko można sobie to wymarzyć. Wielkie gratulacje!

Maria Domżał (Eurydyka) - Fantastycznie zaśpiewała tę sopranową partię, niezwykle wyraźnie wypowiadając wszystkie słowa. Z początku miała lekko zaciśnięty głos - co słychać było szczególnie w wysokich dźwiękach - jednak z każdą następną sceną było coraz lepiej, a arię z aktu II "Ah, quelle triste destinee" wykonała brawurowo. Aktorsko ta młoda śpiewaczka przeszła samą siebie. Każdy moment spektaklu - nawet, gdy stała w tle - grała na granicy swoich najwyższych możliwości: komicznie lub poważnie, powściągliwie lub erotycznie - tak jak sobie reżyser zażyczył. Oprócz tego wygląda na scenie tak, że wzroku od niej nie można oderwać. Jest zgrabna, urodziwa - po prostu piękna. Każdy wierzył, że Eurydyka jest postacią, którą wszyscy mężczyźni pragną. Czyżby rośnie nam przyszła Maria Callas? Wielkie gratulacje! I jeszcze raz szczególne brawa za erotyczny i jednocześnie dowcipny duet z muchą "Il m`a semble sur mon epaule" (wspaniały w tej scenie Adam Woźniak).

Podsumowanie

Spektakl w reżyserii Marii Sartovej jest przykładem tego, jak klasyczne dzieła można inteligentnie uwspółcześnić, jednocześnie szanując założenia twórców dzieła. To wspaniała produkcja Opery Bałtyckiej, która zaangażowała zespół młody, lecz już niezwykle profesjonalny.

Dyrekcja gdańskiej opery prezentując na swoich deskach "Orfeusza w piekle" pokazała jednocześnie, że operetka wystawiana profesjonalnie, na którą nie żałuje się kosztów, czasu, i którą wykonują najlepsi śpiewacy potrafi górować nad operą. Tak też się stało i w tym przypadku, o czym świadczyć mogą powszechne głosy zachwytu i ogromny aplauz wśród publiczności.

Zachęcam wszystkich do przybycia na "Orfeusza w piekle" do Opery Bałtyckiej w nadmorskim Gdańsku.