powiększwersja do drukupoleć znajomemu

OFF krzyczy, a Komuna milczy i wygrywa

We wzniosłych przemowach rozpoczynających drugą edycję TopOFFFestiwalu - ogólnopolskiego konkursu najlepszych offowych spektakli sezonu teatralnego - usłyszeć mogliśmy, że off to nie jest gorszy teatr. Przedstawiono go jako ruch, który przetrwa każdy kryzys, że niczym zapalona pochodnia kroczy pół kroku przed innymi a w dodatku posiada walor roztrząsania rzeczy ważnych - o II TopOFFFestivalu w Tychach pisze Sławomir Szczurek z Nowej Siły Krytycznej.

Offowy teatr poszukujący nie odszedł nazbyt daleko od mainstreamowego. Czyżby jednak z podziemia chciał wedrzeć się na główne sceny?

Na wzniosłych słowach pierwszego dnia się skończyło. Każdy kolejny dzień przynosił pogłębiającą się frustrację i pytanie, czy ktoś widział sześć przedstawień konkursowych i dwa mistrzowskie pokazy (w tej roli Teatr Chorea z Łodzi) przed zaproszeniem do udziału? Off w tym wydaniu nie ma nic do zaoferowania, przynosi hańbę określeniu, które w ostatnich latach zaczęło odnosić się do czegoś elitarnego, zdawało się nazywać to, co stanowi odskocznię od codzienności i przeintelektualizowania mainstreamu. Wielbiciele offu poszukują nowych doznań, chcą być świadkami nowych środków wyrazu, uczestnikami nowych przedsięwzięć, czegoś, co spogląda w przód. W Tychach w zamian dostali tematykę, która nie schodzi z głównych scen polskich teatrów. Całą gamę narzekania na: rasizm, nietolerancję, pełne krzyków i "kurew" tanie schlebianie chwilowym uśmieszkom widzów, sporą dawkę feminizmu i nawiązań do politycznej rzeczywistości oraz ogranych teatralnie motywów. Na domiar złego wszystko to (nieliczne wyjątki) było bardzo źle zagrane, pełne młodzieńczej nadekspresji, masy błędów językowych, artykulacyjnych i dykcyjnych.

Apogeum nieszczęść spadło wraz z pojawieniem się Teatru Brama z Goleniowa. Namnożenie dramatów, narodowości, kiepskiej próby "aktorstwa" (przodowała Anastasja Miedwiediewa), krzyków i tanich gestów sprawiło, że powtarzam za nimi: "I give a fuck". Ich taniec musiał podzielić los rytualny tańca ducha Indian w Ameryce Północnej. Niepowodzenia "Ghost Dance" nie powstrzymał nawet hipnotyzujący śpiew i skrzypce Lesji Szulc, której głos jako jedyny mógłby zostać usłyszany w walce o przywrócenie umierających wartości.

Wspomnieć należy o tych, dla których warto było spędzić prawie tydzień w Tychach. "Zła matka" warszawskiej Dzikiej Strony Wisły to coś, z czym kojarzy mi się teatr offowy. Kameralny, osobny, bazujący na indywidualnych doświadczeniach, nienachalny i dobrze zagrany przez Małgorzatę Bogdańską i Karolinę Porcari spektakl. Nagrodzono reżyserkę Karolinę Porcari "za odwagę w traktowaniu teatru jako przestrzeni podmiotowej wypowiedzi i umiejętność syntezy tego, co formalne i co osobiste. Za radykalność i czułość". Nieidealne matki wciąż robią na nas wrażenie, mają cywilną odwagę, by się przyznać, że takie są i powalczyć z powszechnymi bredniami o tym, że "matki mogą wszystko". To te, którym przechodzi przez usta fraza: "gdy pojawiłeś się na świecie nastąpił koniec mojego dotychczasowego życia. Dlatego cię czasem nienawidzę". Jest w tym przedstawieniu prawda obu autorek, widać, że jest on dla nich ważny i osobisty. Stoi w opozycji do większości propozycji konkursowych, które za wszelką cenę i wszelkimi środkami chcą zmienić świat. Nie ma dalekosiężnych aspiracji, opisuje rzeczywistość, konfrontuje się z nią w niejednoznaczny sposób, dzieli się przemyśleniami.

Nie fair byłoby nie wspomnieć o dziewczętach ze skierniewickiego Teatru Realistycznego: Iwonie Koneckiej, Ilonie Paluchowskiej, Katarzynie Pągowskiej i Annie Sadowskiej. Natrudziły się, by w swym "Bum" wywalić Polskę w powietrze z kobiecym wdziękiem, za co otrzymały nagrody indywidualne. Wniosły impet, impertynencję i ironię, której brakowało na festiwalu. Trochę kurzu i piór uleciało nad publicznością. Bez zarzutu i jawnie kpiły z polskości, narodu, przywar i religijności rodaków.

Jeden z lepszych spektakli zagrała publiczność. "Come True" w reżyserii Michała Stankiewicza. Propozycja Sceny Roboczej z Poznania przywodziła na myśl teatr Anny Karasińskiej i w dobitny sposób pokazała, że czasem lepiej zrezygnować z aktorów na rzecz pomysłu. Głos puszczony z głośnika, trzy rzędy widzów naprzeciw siebie i kilka butelek wina wystarczą, by przedstawienie określić mianem udanego. Ci, którzy chcieli spędzić miło wieczór nie zwątpili w to ani przez chwilę. Przedstawienie do poskładania we własnym zakresie okazało się orzeźwiające, zabawne i po prostu ciekawe. Pokazało to, do czego samo zachęcało. Teatr to fantazjowanie. Wyobrażaj sobie coś, bądź kimś, kim jeszcze nie byłeś. Możesz zrobić to, czego nie możesz, czego się boisz, czego pragniesz, co się nadaje tylko do fantazji i nie chciałbyś robić tego naprawdę.

Długo przyszło nam czekać na zwycięski spektakl, cierpliwość widzów została wystawiona na wielka próbę. Zwycięzca i w zasadzie jedyny spektakl, który zasadnie brał udział w OFFFestivalu zaprezentował się jako ostatni. Komuna// Warszawa już nie raz pokazywała, że teatralne podziemie ma się lepiej niż niejedna wielka scena w kraju. To off czystej postaci. Sto procent offa w offie. Jest temat jasny i klarowny, zwrócenie się ku konkretnym wartościom, prosty i czytelny przekaz oraz układ, świetna scenografia, dobre kostiumy, właściwa aktorska ekspresja - minimalne środki do uzyskania maksymalnego efektu, wow, czegoś nowego, czego jeszcze nie było. Rzecz konsekwentna i przemyślana od początku do końca. Nawiązująca do dobrych tradycji (Władysław Strzemiński, Stanisław Ignacy Witkiewicz) i wnosząca nową jakość. Czyż to właśnie nie jest off? Przywracanie wiary w proste rzeczy, o które najtrudniej? Cisza - nikt nie krzyczy, nie rzuca się, nie przeklina, nie mami tanimi chwytami. Tu każdy jest po coś.

Czasem trzeba zrobić krok do tyłu, by później móc uczynić dwa w przód. O tym chyba mówił dyrektor programowy, Łukasz Drewniak, podczas rozpoczęcia festiwalu. Komuna// Warszawa właśnie ten ruch uczyniła. Cofnęła się do postulatów awangardy, by okazać się najbardziej offową, nowoczesną i zachwycającą grupą. Wszystkie teatry konkursowe walczyć chciały w obronie wszelkich możliwych wartości, ale jedynie Komuna coś obroniła. "7 pieśni o awangardzie" (na zdjęciu) stanowi doskonałą pointę oraz przesłanie festiwalu. Sztuka winna opowiadać o przyszłości. Gdy nie idziemy ku przyszłości, dogania nas przeszłość. W tym wypadku to przyszłość zbudowana, paradoksalnie, na fundamentach przeszłości. Czas na nową awangardę. Czas na nowego OFF'a, pełnego dobrych spektakli konkursowych, większej ilości widzów i lepszej organizacji. Tego życzę trzeciej edycji festiwalu.

***

Sławomir Szczurek - mieszka w Katowicach, z wykształcenia filolog polski (Uniwersytet Warszawski), wielki miłośnik teatru.