powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Balladyna zanurzona w muzyce

"Balladyna. Wojna wewnętrzna" wg Juliusza Słowackiego w reż. Justyny Łagowskiej w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Pisze Agnieszka Kuca w Teatrze dla Was.

Pomysłów na "Balladynę" Juliusza Słowackiego było całkiem sporo. Tekst, choć tak bardzo charakterystyczny dla swojej epoki, prowadzi na wiele ścieżek interpretacyjnych. Justyna Łagowska na scenie Teatru Polskiego w Bydgoszczy postanowiła wykorzystać jego muzyczność i stworzyła widowisko, w którym słowo wybrzmiewa dzięki muzyce właśnie.

Choć często o "Balladynie" mówimy w kontekście arcydzielności całej twórczości Słowackiego, warto zaznaczyć, że utwór ten opowiada o tym, co atrakcyjne w każdej współczesnej historii, których wiele w popkulturze: miłości, zbrodni, kłamstwie czy obsesyjnym dążeniu do zdobycia władzy.

Bydgoski spektakl rozpoczyna się od kilkunastominutowego muzycznego preludium, które przypomina próbę garażową jakiegoś rockowego zespołu. Biorą w niej udział kluczowe postaci dramatu: Balladyna/Goplana, Kirkor, Grabiec oraz Fon Kostryn. Już początek spektaklu udowadnia, jak bardzo melodyjny jest tekst napisany przez Juliusza Słowackiego. Nowoczesna, elektroniczna muzyka doskonale zdaje się współgrać z XIX-wiecznym dramatem. Scenografia przywołuje natomiast współczesne, niczym niewyróżniające się wnętrze. Goplana, królowa jeziora, zamiast w blasku porannych promieni słońca budzi się na zużytej sofie w nastroju wyraźnie poimprezowym. Młodzieży, która wypełniła widownię spektaklu, z pewnością taka interpretacja może się podobać. Bohaterowie są zresztą bardzo dzisiejsi. Balladyna w brokatowej sukni i białych adidasach wydaje się być jedną ze współczesnych ikon popkultury: trochę groźną, trochę pociągającą. Grabiec to mało rozgarnięty muzyczny gwiazdor, a Kirkor - hipster w bordowych rurkach - najbardziej zakochany jest w sobie. Postaci, choć mówią tekstem Słowackiego, mają być bliżej młodych odbiorców. Podobnie jak oni wydają się być jednak gdzieś "obok siebie": z jednej strony dużo w nich niepewności i znudzenia. Z drugiej natomiast, chęć eksperymentowania, przekraczania granic.

Na scenie elektryzuje przede wszystkim jedna postać: Balladyna/Goplana, w którą wcieliła się Dagmara Mrowiec-Matuszak. Zabieg połączenia tych dwóch bohaterek świetnie się zresztą sprawdził. "Wojnę wewnętrzną", która pojawia się w tytule przedstawienia, widać również na scenie. Główna bohaterka raz jest bezlitosną władczynią, zaraz potem znudzoną życiem dziewczyną. Mrowiec-Matuszak świetnie się porusza po scenie i naprawdę dobrze śpiewa. Z pewnością jest najmocniejszym aktorskim punktem spektaklu.

Justyna Łagowska w dramacie Słowackiego skupia się przede wszystkim na tytułowej bohaterce i jej wewnętrznych konfliktach. Zamiast zbierania malin jest partia szachów, zamiast Aliny - zaledwie jej symboliczna obecność w osobie małej, niewinnej dziewczynki. Ciekawie mogłaby wypaść relacja Balladyny z mężczyznami. Żaden z jej kochanków nie wydaje się jednak być tak bardzo interesujący, jak ona sama. Być może wynika to z nie do końca wyrazistych kreacji aktorskich. Bardzo dobrze wypadł natomiast Andrzej Jakubczyk w roli Pustelnika.

Kluczem do przeżycia spektaklu, jest natomiast "zanurzenie się" w muzyce, którą skomponował Robert Piernikowski. Poszczególne fragmenty muzyczne mogłyby stanowić osobne utwory - brzmią naprawdę świetnie: hiponotyzują i potęgują, nomen omen, wydźwięk poszczególnych wersów dramatu.

Najsłabszy punktem spektaklu jest chyba jego zakończenie, w którym zamiast Słowackiego pojawia się Leśmian. Balladyna recytuje jego "Wiosenne zmory". Jest jakoś cicho i spokojnie. A może tak właśnie miało być. Może czasem warto, pomimo tego, co serwuje nam współczesna sztuka, po prostu ostudzić emocje?