powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Niezłożone składanie

"Zew Cthulhu" Howarda Phillipsa Lovecrafta w reż. Michała Borczucha w Nowym Teatrze w Warszawie. Pisze Anna Piniewska w Teatrze dla Was.

Na samym początku należałoby zaznaczyć, że miłośnicy H. P. Lovecrafta liczący na wierne odtworzenie jego prozy, nie będą usatysfakcjonowani propozycją Nowego Teatru. Wizja "Zewu Cthulhu" Michała Borczucha, stworzona na podstawie scenariusza Tomasza Śpiewaka, jest w rzeczywistości bardzo swobodną wariacją, wykorzystującą aktorskie improwizacje i wyselekcjonowane motywy z opowiadań amerykańskiego pisarza. Mitologia Cthulhu, która mówi o cywilizacji odwiecznych bogów, poprzedzających pojawienie się człowieka, jest jedynie pretekstem do refleksji, jak wygląda i jak będzie wyglądała nasza przyszłość. A podobno ma być tak, jak w horrorze.

Spektakl można zamknąć w słowach Różewicza: "To wszystko jest składanie /które się złożyć nie może". Największa wada przedstawienia to jego nierówność i momentami niespójność, brak klucza spajającego poszczególne etiudy w całość. Nierówność osadza się na tym, że ponaddwugodzinny spektakl zawiera sceny, podczas których widz się zastanawia, czy na pewno przeczytał dobry program. Myślę o sekwencjach, które po prostu są - w moim mniemaniu - nieporozumieniem. Nie sądzę, by obecność przydługiego dialogu córki z ojcem o urokach seksu analnego i przyjemności dominacji można było jakkolwiek uzasadnić, zwłaszcza przy eksponowaniu nazwiska Lovecrafta. Podawać w wątpliwość można też scenę ewokującą skojarzenia "koła różańcowego". Przedmiotem rozmowy stają się w niej dewiacje seksualne, a dialog jest dość jałowy. To, co trzeba oddać tej scenie, to ciekawa realizacja. Postaci siedzące w zamkniętym kole natarczywie śledzi kamera, dzięki czemu możemy przyglądać się bohaterom z dwóch perspektyw.

Zaryzykowałabym stwierdzenie, że o spektaklu (a także o Nowym w ogóle) można powiedzieć jedno: zachwyca grą przestrzeni i maksymalnie wykorzystuje możliwości techniczne. Scenografię zaproponowaną przez Dorotę Nawrot wzbogaciła rzeźba "Üsküdar" Jana Domicza oraz prace z cyklu "Long day's journey into the night" Mateusza Choróbskiego. Aspekt wizualno-przestrzenny został najpełniej wykorzystany, gdy do ilustracji miasta Arkham posłużyła duża i precyzyjnie skonstruowana makieta. Tutaj znów kamera stała się filtrującym medium, które w odpowiednim świetle pozwala zobaczyć najmniejsze szczegóły projektu miasta, co wniosło dodatkowy kontekst do rozgrywanej przez postaci akcji. Ogromna hala teatru jest zagospodarowana w każdym calu, a aktorzy na własne potrzeby manipulują przestrzenią, na przykład zasuwając i odsłaniając kotary. Nowatorskim zabiegiem była scena nawiązująca do opowiadania "Muzyka Ericha Zanna". Okazuje się w niej, że powierzchnia budynku teatru to za mało... Dystans pomiędzy rzeczywistością a teatrem zostaje całkowicie zniwelowany. Szesnastolatek z egzystencjalnym problemem (Bartosz Gelner), sterowany przez pozostałych niczym w grze komputerowej, obserwowany przez zamieszczone na zewnątrz kamery, w sztucznej desperacji kładzie się na jezdni, jeździ na rowerze i z krótkofalówką biega dookoła budynku.

Gelner dobrze wywiązał się ze swojego zadania, aczkolwiek troje innych aktorów "ukradło" mu scenę. Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, po rewelacyjnym występie w "Opowieściach afrykańskich" Warlikowskiego, po raz kolejny pokazała szerokie spektrum swoich aktorskich umiejętności. Jej monolog w roli samego Lovecrafta o powrocie do rodzinnego Providence jest zdecydowanie jednym z najmocniejszych punktów spektaklu. Nikt nie poczuje się rozczarowany, śledząc kreacje aktorskie Krzysztofa Zarzeckiego. Jest ich bowiem kilka: raz, gdy ktoś z widowni zwróci na siebie uwagę, ironicznie powie: "Kto tam czym szeleści", by za chwilę wcielić się w polską, jakże stereotypową wersję wieśniaka Gardnera. Najbardziej można docenić Zarzeckiego za finałową scenę, gdy z nienachalnym smutkiem mówi dwoma głosami - syna oraz ojca, umierającego w przekonaniu: "Ja nie jestem człowiekiem". Scena ta była paralelą do rozbitego na dwa głosy (ojca i syna), poruszającego monologu Piotra Polaka. Nieoczekiwanie światła gasną, a my zostajemy z gorzką refleksją, że horrorem przyszłości okaże się maszyna utrudniająca życie.

"Zew Cthulhu" w reżyserii Borczucha okazuje się sinusoidą wzlotów i upadków, przedstawieniem trudnym do opisania, nierównym i zarazem operującym szeroką gamą motywów i konwencji. Mamy tu jałowe i przegadane dialogi, a także trzy świetne monologi końcowe; godne docenienia wizualizacje i rozwiązania przestrzenne, które są tłem dla scen momentami monotonnych i pozbawionych napięcia, dynamizmu. Gdzieś w tle słyszymy echa dwudziestowiecznej mitologii Lovecrafta, a nieco bliżej niesie się echo słów o Kaczyńskim, Rydzyku i homoseksualizmie. Tym razem - powiedziałabym nieprofesjonalnie i lakonicznie - Teatr Nowy przedobrzył.