powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Co było, a nie jest

Rychcik położył nacisk na słowo. Spektakl opiera się na komunikacji, a raczej pozornych kontaktach między ludźmi. Akcji jest tu stosunkowo niewiele - o "Kartotece rozrzuconej" Tadeusza Różewicza w reż. Radosława Rychcika w STUDIO teatrgalerii w Warszawie pisze Katarzyna Bekielewska z Nowej Siły Krytycznej.

Już na początku coś nam się nie zgadza: Bohater i Dziennikarka rozpoczynają spektakl wywiadem, którego w tekście "Kartoteki rozrzuconej" nie ma. To właśnie wtedy Bohaterowi brutalnie zostaje wyrwana z dłoni kartka z życiorysem - zdaje się, że Goście weszli na scenę tylko po to (pomiar jego legowiska wydaje się być jedynie pretekstem). Radosław Rychcik poszedł za wskazówką Tadeusza Różewicza i swobodnie przestawił sceny dramatu, ale nie ograniczał się do jednej jego wersji. Połączył fragmenty "Kartoteki" i "Kartoteki rozrzuconej", wymieszał ich kolejność, tworząc własną wersję scenariusza. Ujednolicił tekst, zredukował bohaterów. Pojawiają się tylko te postaci (różne, ale grane przez tych samych aktorów), które w toku akcji są niezbędne.

Przestępujący "próg" pokoju Bohatera, zostają w nim na jakiś czas, nie mamy wrażenia, że to uliczni przechodnie. Każdy przynosi prezent w formie wspomnień, których Bohater nie chce mieć. O ile nie wchodzą na z kulis, to wkraczają na scenę przez konstrukcję, która kształtem przypomina szklarnię. Skojarzyła mi się nie tyle z Różewiczowską Bramą Wdzięku, ile z portem z i do zaświatów. Miejscem, z którego przybywają wszyscy odwiedzający Bohatera, ale też miejscem, do którego on jeszcze się nie wybiera. On ma plany, choć niesprecyzowane, na pewno coś zamierza zrobić. Nawet gdyby miałoby to być pójście spać.

Postać grana przez Bartosza Porczyka chce nam uzmysłowić, że współczesne pokolenie Niemców nie jest winne grzechom przodków. Młodzi muszą być szczęśliwi, oczyszczeni z wojennych wspomnień. Należy się odciąć od tego, co stare, zrobić miejsce nadchodzącym wydarzeniom, czyste karty kartoteki zapisywać nową historią. Bohater w rozmowie z Dziewczyną sugestywnie przedstawia człowieka zmęczonego własną egzystencją, tym samym podkreśla świeżość dziewiętnastolatki. Dziewczyna symbolizuje nowy początek. Postać grana przez Dominikę Biernat jest beztroska, roześmiana. To przecież miłośniczka "ptysia i pół czarnej". Ale jej uniesienie nie trwa długo, miła pogawędka grzęźnie w powracającej raz po raz nostalgii Bohatera.

Rychcik położył nacisk na słowo. Spektakl opiera się na komunikacji, a raczej pozornych kontaktach między ludźmi. Akcji jest tu stosunkowo niewiele, może oprócz sceny "Szumu informacyjnego" oraz rozmowy Bohatera z Chłopem (Mateusz Smoliński). Reżyser bardzo sprytnie odniósł się w niej do teraźniejszych wydarzeń na polskiej scenie politycznej. Postaci ustawiają się w stronę kamery, która przez cały czas im towarzyszy. Widzimy ich jako dziennikarzy przekazujących na bieżąco obrady Sejmu, bądź jako znudzonych i poirytowanych obywateli RP rzucających w ekran popcornem. Aktorzy wyrzucają z siebie słowa szybko, co nadaje tempa przedstawieniu, które dotąd płynęło bardzo spokojnie.

Rozmowa z Wroną wyprowadza Bohatera z równowagi. Chodzi o wydarzenie, którego nie jest w stanie sobie przebaczyć. W tej scenie postać grana przez Mateusza Smolińskiego jest ubrana dokładnie tak, jak Bohater. Gdy obaj padają na scenę, ich postaci łączą się w jedną: Wrona "znika", zostaje Bohater, wchłaniający wszystko, co znajduje się dookoła niego - ludzi, wydarzenia, wspomnienia, emocje. Jest jak gąbka. W scenie czytania programu telewizyjnego w gazecie, twarz Bohater czerwienieje, brakuje mu tchu. Zdradza się, że szybko da się go wyprowadzić z równowagi, że łatwo opada z sił. W scenie z Nauczycielem (tu również widzimy Mateusza Smolińskiego) chodzi jak pijany. Porczyk świetnie odnalazł się w roli, która łączy luźne sceny w płynną całość. Przy czym zagrał tak, by nie odwracać uwagi widzów od innych aktorów i ról.

Rychcik pokazał dobitnie, że słowa mają bardzo dużą moc - mogą z człowiekiem zrobić absolutnie wszystko. Wiele partii tekstu jest śpiewanych. W pierwszej chwili przyszła mi na myśl muzyka liturgiczna. Ale czy dostrzegamy świętość w działaniach Bohatera? Dopomina się on raczej o święty spokój. Później skojarzyłam te fragmenty spektaklu z musicalem, muzyką rozrywkową. Utwór Różewicza zostaje tym zabiegiem wyniesiony na wyższym poziomy ekspresji. Tym bardziej, że wokal Bartosza Porczyka i Natalii Rybickiej jest naprawdę miły dla ucha, a wykonanie nie budzi zastrzeżeń.

Reżyser odchodzi od Różewiczowskich didaskaliów. Na scenie mamy pled, popielnicę, wspomnianą szklarniową konstrukcję i szklany namiot wypełniony watą, pręty, na które wspinają się postaci. Nie ma łóżka, centralnego punktu dramatu. W przedstawieniu Studia Bohater nie znajduje się na podwyższeniu, trzyma się sceny-ziemi. Życie sprowadziło go do parteru, to jest jego miejsce, nie ma sensu nic zmieniać. Dosłownie i w przenośni. I tak zostaje sam, mimo iż cały czas kręci się wokół niego mnóstwo osób - czy to "prawdziwych", czy też mar. Pozostaje mu walka ze stagnacją, beznadzieją, wybuchami gniewu czy żalu. Przyglądamy się człowiekowi, który nie ma ochoty żyć, jest mu zupełnie wszystko jedno, leży i rozmyśla, a resztki sił witalnych zabierają mu goście przychodzący "w odwiedziny".

Czy można się przejrzeć w sylwetce Bohatera? Jak najbardziej. Wojna i jej konsekwencje w dramatach Różewicza i w spektaklu Rychcika pobrzmiewa raz po raz, podkreślając osadzenie jednostkowej egzystencji w historii. Trzeba patrzeć zarówno w przeszłość, jak i żyć teraźniejszością i mieć wgląd na przyszłość - jeszcze wiele zostało do opowiedzenia. Otwartość przedstawienia ma skłaniać widza do wglądu we własne "ja", do próby podjęcia z nim walki.

***

Katarzyna Bekielewska - studentka V roku polonistyki na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, studiuje specjalizację edytorską i teatrologiczną.