powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Junkopia

Miło poznać w teatrze nowe twarze, choćby na małą skalę poczuć się częścią procesu przemieszania się środków ciężkości w sztuce. Dobrze zobaczyć coś innego; docenić, że komuś jeszcze się chce dłubać w teatralnych konwencjach, nawet gdy ma się wątpliwości, czy udało się pójść w poszukiwaniach kilka kroków dalej. Trzeba brać, co jest i nie kręcić nosem - o spektaklach Teatru Grupa z Wrocławia pisze Kinga Kurysia z Nowej Siły krytycznej.

Miło poznać w teatrze nowe twarze, choćby na małą skalę poczuć się częścią procesu przemieszania się środków ciężkości w sztuce. Dobrze zobaczyć coś innego; docenić, że komuś jeszcze się chce dłubać w teatralnych konwencjach, nawet gdy ma się wątpliwości, czy udało się pójść w poszukiwaniach kilka kroków dalej. Trzeba brać, co jest i nie kręcić nosem.

Teatr Grupa powstał niemal rok temu z inicjatywy absolwentów wrocławskiej filii Akademii Sztuki Teatralnej w Krakowie w ramach "Programu podyplomowej samoformacji aktorskiej". Klucze, którymi zespół próbuje dobrać się do współczesnych przemian w sztuce są ciekawe i niezwykle proste, nie narzucają się widzowi i niczego od niego nie oczekują. Grupa podejmuje współpracę z różnymi instytucjami kultury, ale nie próbuje na stałe wbijać się w repertuary teatrów, krążą w labiryncie instytucyjnych podpięć. Pokazuje, że istnieją drogi, które mogą rozmiękczyć myślenie o mobilności teatru. O swojej "Trylogii wojny" piszą: "składa się z historii o młodości, wolności i walce o idee" w czasach, w których "nie ma już nic do stracenia" (powstały dotychczas dwie części - "Utopia" i "Jakoś to będzie. Spektakl o robotach") .

Utopie, dystopie są odmieniane przez wszystkie przypadki i rozmieniane na drobne w cyberpunkowym i niewesołym XXI wieku. Tendencje kryzysowe w owianym aurą końca świata trzecim millenium są codziennością - od celebracji kultury przegrywu w kulturowym mainstreamie (wcześniej opiewał on raczej jednostkowy sukces), po aktywizm z obrzeży resztek wiary i chęci (a i ten często uprawiany dla siebie, by dzielnie przegrywać). Marcowy numer "dwutygodnika.com" (wydanie 234) jest spięty hasłem "przegryw". Znajduje się w nim między innymi fragment ważnej dla tego nurtu książki Jacka "Judith" Halberstama "The Queer Art of Failure" (2011; w Polsce ukaże się w maju w Wydawnictwie "Krytyki Politycznej"). W "Przegrywie: Odmieńczej sztuce porażki" czytamy: "Wszyscy przegrani są dziedzicami pokoleń, które przegrały już wcześniej, a porażka lubi dobre towarzystwo".

"Utopia" w reżyserii Michała Siegoczyńskiego za pomocą prostych środków inscenizacyjnych (rzutnika, słownych inskrypcji, które zamiast obrazów towarzyszą na ekranie jako tło kolejnym kwestiom) i trójki aktorów przygląda się praktyce robienia czegokolwiek albo nierobienia niczego jako formom depresyjnego oporu wobec pękających złudzeń. Są to działania typu: palenie trawy, napady na banki rodem z filmu Jean-Luca Godarda "Amatorski gang", podążanie za obsesjami dotyczącymi nieznajomych ludzi, fascynacje Che Guevarą, Adolfem Hitlerem, kontrkulturą, surfowaniem, wirtualnym życiem, miłością, picie świeżo palonej kawy na werandzie co poranek z ukochaną osobą w ciepłych krajach, aż po poliamorię czy powroty do dzieciństwa. W monologach aktorów zwróconych do publiczności, przypominających konwencję studenckich dyplomów - Zofia Schwinke (Mia), Kacper Pilch (Paul), Kacper Sasin (Alan) - pobrzmiewają zarówno momenty wyjałowienia życia, jak i jego chwilowe przebłyski, choćby w chwilach chemicznego odczuwania ciała. Dzieje się to w dobie algorytmów i wirtualnych utopii, które wcale nie unieważniły rzeczywistości, choć ją poszerzyły.

Z podobnych rozczarowań twórcy "Utopii" czerpią garściami. Porzucają logikę obrazowej reprezentacji. Obrazy wracają tylko w przypadku skontrastowania ich z realnością, która w konstruowaniu wirtualnej utopii nie odejmuje ciała, a jeśli już, to nie na zawsze (jeszcze). Tak jest z obrazem Luciana Freuda, na którym Kate Moss wcale nie wygląda jak na okładce "Vogue'a", malarz na przeestetyzowany świat wyobrażeń nakłada rysę. Końcowy monolog Alana bierze się z nadwyżki wyczerpania i niemocy, Sasin opowiada o zamkniętych etapach życia postaci, jednocześnie przywołuje swoją przeszłość, posługując się prywatnymi zdjęciami.

W obu częściach "Trylogii wojny" aktorzy przebywają niemal cały czas na scenie, jakby ich ciała nie musiały już znikać i być niejako udzielane publiczności. Hubert Sulima ("Jakoś to będzie. Spektakl o robotach") i Maciej Siegoczyński z Jarosławem Murawskim ("Utopia") napisali scenariusze bez literackich pierwowzorów, co pomaga im operować prostotą i banałem. Ciało jest narzędziem pracy albo jak w przypadku "Utopii" przetwarza długie kwestie, które brzmią jak słowotok na imprezie czy w telefonie. W "Jakoś to będzie. Spektaklu o robotach" ciało to zestaw śmiesznie dyndających kończyn, miejsce dla ucha, nosa i ust - nic więcej. Narratorka-gynoidka (Pola Błasik) w białej lateksowej sukience komunikuje się, odtwarzając logikę i ton aparatów mowy projektowanych przez sztuczną inteligencję na podstawie wtłoczonych w nie schematów porozumiewania się. Rzuca polecenia zaczerpnięte z krótkometrażówki "Człowiek idealny" Jorgena Letha (1967), a Zofia Schwinke, Kacper Sasin i Kacper Pilch je wykonują. W filmie to reżyser był narratorem i animował ruchy postaci, tutaj dowodzi ona, poruszając się niczym humanoid.

Druga część trylogii, "Jakoś to będzie. Spektakl o robotach" (na zdjęciu) w reżyserii Jana Hussakowskiego, składa się z tekstów, które powstały dzięki sztucznej inteligencji, samozwrotnym aplikacjom czy innym rekonfigurującym się pętlom informacji. Jednak to wciąż nasza mowa, którą wtłoczyliśmy zero-jedynkowo w maszyny. Twórcy przedstawienia w imieniu maszyn, jak wynika z manifestu odczytywanego pod koniec spektaklu, chcą powiedzieć, że teraz my będziemy im służyć. A jeśli nie, to chociaż pozwolimy, by wyzwoliły się spod naszej ciężkiej ręki kontrolera. Jeszcze chwilę będą do nas mówić w naszym języku, którym ich lepimy wraz z naszą warstwą kulturową. Ale jej kres jest oczywisty, nie nadąża już za technologią, hamuje wiele z możliwych jej zastosowań, a przecież mogłaby działać z nimi relacyjnie, w kooperacjach, a nie w układach władzy.

Wiemy, że "istota idealna", jak określana jest jednostka gatunkowa "człowiek" w filmie Letha, wcale już taka nie jest, a projektowana idealność jest całkowicie podejrzana! Widać to szczególnie w "Pięciu nieczystych zagraniach", filmie Larsa von Triera z 2003 roku. Reżyser rozdaje w nim swojemu nauczycielowi Jorgenowi Lethowi karty i narzuca zasady gry. Powrót do "Człowieka idealnego" pod czujnym okiem von Triera ma posłużyć jako punt wyjścia do opowieści o człowieku "idealnym" w różnych kontekstach współczesności. W każdej z pięciu kolejnych wersji musi pojawić się charakterystyczne zdanie z pierwowzoru: "Dzisiaj wydarzyło się coś, co zrozumiem dopiero za jakiś czas". Można by jeszcze w tym kontekście przywołać inne filmy - krótkometrażową "Junkopię" Chrisa Markera (1981) i nihilistyczną elegię odrazy Harmony'ego Korine'a o wiele mówiącym tytule "Trash Humpers" (2009). O ile Korine nie daje szans na potraktowanie świata w inny sposób poza odrazą, o tyle Marker proponuje zespolenie utopia-dystopia-junk (czyli śmieci, na wzór choćby junk foodu, czyli śmieciowego jedzenia) i przygląda się dziwnemu pięknu straszydeł-rzeźb z recyklingu.

Wymyślić coś poza obsesją przyszłości (co nie znaczy, że jutro nie wstaniemy z łóżka), nie akumulować czasu, ale akomodować - jak pisze Franco Berardi w "After the Future" (2011). Znaleźć nowe historie, a nie powielać konstrukt klęski, wydobyć się z tego koziego rogu. Na koniec "Utopii" aktorzy stają na przeciwko widowni i może nieco banalnie (ale co to znaczy "banalnie" wobec tych wszystkich teorii?) mówią, że lepiej robić cokolwiek. To nie jest optymistyczne stwierdzenie, raczej zdroworozsądkowe, istnieje przecież duża szansa, że jutro rano też się obudzimy. A więc bardziej coś niż nic, ale kwestia celu to sprawa indywidualna. Jak go nie ma, to nawet łatwiej. A to już dużo!

Dylogia Grupy nadużywa słów i przechyla się czasem w stronę wizjonersko optymistyczną, ale skoro potrzebujemy nowych historii, niech to będą na początek te dwie, z całą świadomością, że są próbami. Może strategia kulturowa spod znaku "jakoś to będzie" to faktycznie droga wyjścia, a jeśli nie, to po prostu szansa na zmianę narracji. Może zamiast utopii i dystopii, wychodzenia poza czarno-białe opozycje, to właśnie junkopia pomogłaby przeformułować błędne założenia z zero-jeden na właściwsze możliwości dużo-więcej. To samo chce zrobić Thierry Bardini w projekcie z 2011 roku "Junkware" (metafora śmieciowego oprogramowania), w którym przepisuje niewidzialne, wadliwe i śmieciowe kody DNA na sieciowe pole współczesności (jego książka "Junkware czyli do odzysku" ukazała się w Polsce dwa lata temu).

Ostatecznie, istnieje jeszcze pierwiastek przypadkowości, a w zaplanowanym, zrozumiałym i nakierowanym na katastrofę świecie, to właśnie brak jej nadejścia może okazać się największym ciosem. No, chyba jakoś to będzie, a jak nie, to dla planety Ziemia też dobrze.

Teatr Grupa z Wrocławia

"Trylogia wojny"

prezentacja na Scenie Miniatura Teatru imienia Juliusza Słowackiego w Krakowie, 7 i 9 marca 2018

"Utopia"

reżyseria: Michał Siegoczyński

dramaturgia: Michał Siegoczyński, Jarosław Murawski

występują: Zofia Schwinke, Kacper Pilch, Kacper Sasin

premiera wrocławska: 25 maja 2017, Instytut imienia Jerzego Grotowskiego; premiera warszawska: 10 września 2017, Teatr Powszechny imienia Zygmunta Hübnera

"Jakoś to będzie. Spektakl o robotach"

reżyseria: Jan Hussakowski

scenariusz i dramaturgia: Hubert Sulima

występują: Pola Błasik, Zofia Schwinke, Kacper Pilch, Kacper Sasin

premiera krakowska: 8 lutego 2018, Teatr imienia Juliusza Słowackiego; premiera wrocławska: 14 lutego 2018, Instytut imienia Jerzego Grotowskiego

Kinga Kurysia - studiuje wiedzę o teatrze z performatyką na Międzywydziałowych Indywidualnych Studiach Humanistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.