powiększwersja do drukupoleć znajomemu

To kupi każdy nastolatek

"Balladyna. Wojna wewnętrzna" wg Juliusza Słowackiego w reż. Justyny Łagowskiej w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Pisze Anita Nowak.

Inscenizacja Justyny Łagowskiej "Balladyna. Wojna wewnętrzna", to interesujący performens oparty na tekście Juliusza Słowackiego. Ponieważ "Balladynę", niczym "Pana Tadeusza", gros zainteresowanych literaturą i teatrem dorosłych zna prawie na pamięć, nietrudno im się więc domyśleć, o czym śpiewa wcielająca się w postać rockmenki-celebrytki na jaką ustylizowano tu Balladynę, oplatając ją też postacią Goplany, Dagmara Mrowiec-Matuszak. A kilkunastominutowy koncert rozpoczynający spektakl jest rewelacyjny. Wibracje emocji z ciał artystów poprzez bardzo silne elektroniczne wzmacniacze wdzierają się w sensie dosłownym do serc i innych organów widzów. Jesteśmy porażani pulsacją dźwięku i melodią wyśpiewywanej poezji. Mixowany rock Roberta Piernikowskiego stanowiący tło dla psychodelicznego tańca postaci; oryginalna choreografia Mileny Czarnik, to zespalająca się z rytmem tekstu, to łamiąca go gwoli przydania nowych znaczeń, sprawiają, że jest klimatycznie i supernowo.

I tym sposobem imię Balladyny na długo przyswoi sobie nie tylko młody wrażliwiec czy kujon. To kupi każdy nastolatek. A resztę o bohaterce tego dramatu dopowiedzą realizatorzy na organizowanych wokół spektaklu warsztatach; no i panie od polskiego w klasie.

Interpretacja tekstu przez Dagmarę Mrowiec-Matuszak, środki artystyczne służące do przekazu treści, to nie tylko ultranowoczesne granie twarzą. Wiele emocji związanych z noszeniem w sobie piętna morderczyni aktorka wypowiada poprzez taniec, odpowiednie napinanie mięśni, konwulsyjne ruchy ciała. Jakby w ten sposób chciała wyrzucić z siebie emocje. Taka Balladyna to istota żywcem wyjęta z marzeń współczesnej młodzieży. Każda dziewczyna w wyobraźni z jej zewnętrznością się utożsamia a każdy chłopak, chciałby ją mieć. Dla młodych jest wizualną inspiracją, w starych budzi smutne refleksje o przemijaniu, zazdrość i żal.

To poczucie smutku i żalu wzmagać może jeszcze genialnie zagrana przez Alicję Mozgę postać Wdowy. Zwłaszcza w swym końcowym monologu. Ale to tylko pierwsze wrażenie. Bo czy tak na pewno warto jej żałować? Ta postać ma i drugie dno. Jest główną sprawczynią tragedii swej starszej córki i śmierci młodszej. Gdyby nie jej szatański pomysł wzbudzenia w dziewczynach chęci rywalizacji, Alina by nie umarła, a Balladyna nie stałaby się morderczynią. I Mozga ciekawie pokazuje owo podwójne cierpienie matki. Są bowiem w jej mimice równolegle pokazane- ból odrzucenia i poczucie winy.

Aktorsko w ogromnej mierze spektakl opiera się właśnie na kreacjach - Dagmary Mrowiec-Matuszak i Alicji Mozgi. Ale ciekawe postaci tworzą też Andrzej Jakubczyk, Paweł Paczesny, Jakub Ulewicz i Marcin Zawodziński.

Prześladująca Balladynę pamięć o jej pierwszej ofierze, siostrze Alinie, pojawia się niespodziewanie w różnych momentach. I to nie w postaci krwawej plamy na czole, ale małej dziewczynki przechodzącej przez scenę, albo przyglądającej się w milczeniu zbrodniarce z ekranów nad sceną. Sytuacje wywierające ogromne wrażenie.

A cały dramat rozgrywa się na dwóch poziomach - współczesnego drobnomieszczańskiego salonu z dywanami i zestawami wypoczynkowymi z ekoskóry oraz rockowej estrady, na którą z domu chciałby wyrwać się każdy nastolatek.

O lepszy pomysł zafascynowania młodzieży Słowackim byłoby chyba trudno.