powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Dwa i pół koszmaru

Drugiego dnia Opolskich Konfrontacji Teatralnych "Klasyka Żywa" widzowie mogli zobaczyć dwa przedstawienia konkursowe: "Sposób na Alcybiadesa" Edmunda Niziurskiego w reż. Piotra Ratajczaka z Teatru im. J. Osterwy w Lublinie oraz "Słowo o Jakóbie Szeli" Bruna Jasieńskiego w reż. Michała Kmiecika z Teatru Śląskiego w Katowicach - pisze Piotr Urbanowicz z Nowej Siły Krytycznej.

Pierwszy koszmar, czyli sen Ciamci

"Sposób na Alcybiadesa" (na zdjęciu) w reżyserii Piotra Ratajczaka wykorzystuje niemalże uniwersalną, czytaną przez wiele pokoleń fabułę napisaną przez Edmunda Niziurskiego w 1961 roku, aby przedstawić współczesne problemy szkoły w niezobowiązującej, aczkolwiek energetycznej i czytelnej formie. Przeniesienia tej opowieści w dzisiejsze szkolne realia podjął się Piotr Rowicki i trzeba przyznać, że bardzo dobrze wczuł się w klimat powieści dla młodzieży. Choć trudno jednoznacznie stwierdzić jak bawili się przybyli licznie na widownię Teatru Kochanowskiego w Opolu młodzi widzowie, można było zaobserwować, że żarty nie padały w próżnię, a dzieci żywo reagowały na przebieg akcji. Poczynając od scenografii, którą tworzyła prosta konstrukcja z tablic szkolnych (dobra robota Matyldy Kotlińskiej), kostiumy (grupa Mixer), po wykorzystywanie popowej muzyki, przeplatanie scen mówionych prostymi a zarazem żywiołowymi układami tanecznymi (Arkadiusz Buszko), a kończąc na wyrazistych kreacjach aktorskich, sztuka ta sprawiała wrażenie dobrze wypracowanej i próbującej trafić w gusta młodzieży.

Twórcy przenieśli świat przedstawiony powieści w realia lubelskiej szkoły im. Biernata z Lublina. Grono pedagogiczne hołduje twardej dyscyplinie powołując się na uświęconego wręcz przez nich patrona oraz innych historycznych absolwentów. Te trącące myszką a zarazem kruche wzorce postaw moralnych zostaną jak wiemy przewartościowane przez, wydawałoby się z początku, krnąbrną młodzież, która ostatecznie odnajduje wartość w nauce historii. Takie szkolne uniwersalia, które trafnie karykaturował w swojej powieści Niziurski, w lublińskiej realizacji nabierają głębszego wymiaru. Wszak uczenie historii nie tylko związane jest z nudą. Grozi jej coś więcej niż niechęć uczniów, mianowicie ideologiczna poprawność. Dlatego pakt między Alcybiadesem a paczką przyjaciół: Ciamcią, Słabą, Pędzlem i Zasępą ma swój pedagogiczny i zarazem nonkonformistyczny wymiar - przełamania kultu historii spod znaku Biernata z Lublina, czy męczeńskiej śmierci kapitana Pucia, który nic nie osiągnął oprócz tego, że dał się zjeść tubylcom z innej części świata, Sposób na Alcybiadesa to nie tajemnicza formuła na unikanie zakuwania. Przenikliwy historyk traktuje "zapuszczanie wężów morskich" i "dryfy" jako narzędzia indywidualnego kształcenia. Odnajdywanie pasji do historii jest równoznaczne z dojrzewaniem. Po zawarciu paktu między nauczycielem a uczniami, Alcybiades w ramach wycieczki prowadzi ich do podziemi szkoły. Tam przekazuje uczniom najważniejszą lekcję: Bądź realistą - żądaj niemożliwego. To hasło, które towarzyszyło słynnym francuskim protestom z maja 1968 roku, było również częścią historii samego Tymoteusza Misiaka. Zachęca uczniów do nonkonformizmu i samodzielnego myślenia i proponuje, żeby poszli jego śladem i tak jak on w czasie protestów z marca 1968 roku, sporządzili manifest, w którym zawrą postulaty zmian, by żyło się lepiej w ich mieście.

Najbardziej wyrazistym momentem przedstawienia jest koszmar Ciamci. U Niziurskiego Ciamciarze przyśniło się, że razem ze swoimi przyjaciółmi nie podoła oprowadzaniu przyjezdnej młodzieży po Warszawie i że tym sposobem zawiedzie nauczyciela historii, który ze smutku umrze. W inscenizacji Ratajczaka ta scena skupia w sobie porozrzucane po spektaklu aluzje i przedstawia fantazję na temat triumfu systemowego nauczania historii. Podczas gdy nauczyciele wtłaczają Ciamci do głowy odpowiednie treści na scenie pojawia się widmo Sobieskiego. Za chwilę pedagodzy przybierają maski i tańczą triumfalnie do "Another Brick in the Wall" Pink Floydów a uczniowie wykonują zaprogramowane ruchy. Spektakl, podobnie jak jej literacki pierwowzór, zachęca do liberalnego modelu kształcenia, opartego na głębszej relacji nauczyciel-uczeń. Jednocześnie reinterpretuje wątek dyscypliny, którą Edmund Niziurski krytykował w swojej książce jako chybioną metodę pedagogiczną. Twórcy przedstawienia idą krok dalej i rozpatrują ją w szerszym kontekście - dyscypliny ideologicznej.

Podczas gdy u Niziurskiego Ciamciara w finale nabiera wiary w swoje możliwości i stawia czoło gronu pedagogicznemu pokazując przy tym zalety systemu nauczania Alcybiadesa, w realizacji Piotra Ratajczaka to przełamanie jest swoistym wyznaniem etyki niezłomności. Za gestem udowodnienia własnej wartości stoi głębszy postulat wolnościowy. Apel o tolerancję i zachowanie kulturowego znaczenia Lublina jako miejsca spotkania i harmonijnego współżycia wielu nacji usłyszymy explicite jeszcze raz, podczas odczytywania manifestu ukrytego w podziemiach szkoły przez paczkę przyjaciół. To rozwiązanie może wydawać się dorosłemu widzowi nieco banalne, ale tylko dlatego, że adresowane jest do młodszych widzów. Przyjmując za punkt wyjścia stanowisko twórców, że traktują młodego widza po partnersku, zamiast uprzedmiatawiać młodzież i twierdzić, że biernie asymilują treści, spektakl ma tę zaletę, że w otwarty, dialogiczny sposób sygnalizuje potrzebę na otwartość wobec obcych i proponuje nonkonformistyczne postawy.

Półtora koszmaru, czyli Jakub Szela i Michał Kmiecik

Poemat Bruna Jasieńskiego "Słowo o Jakóbie Szeli" w poetyckiej formie wyraża pewien sprzeciw wobec bagatelizowania postaci Szeli w kulturze (końca XIX i pierwszego dwudziestolecia XX wieku). Zamiast tego proponował, żeby spojrzeć na niego jako na złożoną i barwną postać osadzoną w kontekście bezlitosnego systemu pańszczyźnianego i dzięki temu zrozumieć jego motywacje do wszczęcia chłopskiej rebelii w 1846 roku. "Gdyby nawet Szela historyczny nie istniał - pisał w przedmowie do poematu - to, w interesie o cały świat świadomości klasowej wzbogaconej kultury polskiej, należałoby go wymyślić". Twórcy przedstawienia zabrali się więc ochoczo za ten zakurzony i trudny poemat, by spróbować przedstawić koszmar systemu chłopskiego poddaństwa. Chcieli nakreślić tyleż osobiste motywacje chłopów, co strukturalne problemy systemu. Refleksja nad tym zagadnieniem, jak mówił na dyskusji po spektaklu dramaturg Piotr Morawski, wyróżnia tekst Jasieńskiego. Poeta sportretował iluzoryczną odpowiedzialność państwa za sprawy regulacji dóbr z jej przerośniętą biurokracją i znikomą sprawczością. Trzeba pochwalić pomysł. Szkoda, że nie udało się go przenieść na scenę.

Trudno napisać cokolwiek dobrego na temat tego przedstawienia. Scenografia to półtorej tony ziemi wysypanej na planie kwadratu na scenie opolskiej Malarni, ponad którą wznosiła się zbita z drewnianych belek konstrukcja. Dzięki temu dosłownie prześwietlamy to, co dzieje się w tak wyobrażonej chłopskiej chacie. Nie da się jednak ukryć, że ani zbita w ten sposób chałupa, ani tym bardziej kostiumy nie sprawiają wrażenia celowo zaprojektowanych (duet Iga Słupska, Szymon Szewczyk), lecz przypadkowo wyjętych z magazynu rupieci. Strój Marysi wygląda jakby aktorka zapomniała się przebrać. Białą koszulę rozumiem - niech to świadczy o zaprzęganiu zgranej symboliki do jej kreacji - ale dlaczego ma krótkie, dżinsowe spodnie? Taka grobowa sceneria - chata to miejsce, w którym rzeź galicyjska się rozpoczyna i która ostatecznie pogrzebie Szelę - zostaje dodatkowo okraszona muzyką zespołu Nagrobki, który w swoim punkowo-rockowym repertuarze wykorzystuje motywy eschatologiczne, a na potrzeby katowickiej produkcji rymuje wersami Jasieńskiego. Dymiarka wypluwa co jakiś czas nieco dymu. Wszystko to ma za zadanie wprowadzić nas w groźną, senną rzeczywistość. Zamiast tego wyszedł zgrany koszmar-półprodukt.

Koszmarna w pełnym tego słowa znaczeniu okazała się za to sama realizacja przedstawienia. Wiadomo nie od dziś, a na pewno od poprzedniej edycji OKT, podczas których reżyser prezentował swoich "Krakowiaków i Górali", że najgorzej jest u Michała Kmiecika nie z konceptami, lecz ze znalezieniem odpowiednich środków wyrazu dla ich realizacji, czyli z... reżyserią. Nie wiem też kto wpadł na pomysł, żeby na siłę przyczepiać mu łatkę teatralnego buntownika, ale czytając opis spektaklu w programie znowu się z nią spotykam. "Jeden z najważniejszych kontrowersyjnych (sic!) twórców młodego pokolenia w teatrze"? Sława wyprzedziła reżysera i pogrzebała w tonach piachu jego teatralną wrażliwość. Wiersz Jasieńskiego sprawia aktorom taką trudność, że staje im niemal kością w gardle. Muzyka zamiast podbijać napięcia zagłusza aktorów. Jaki stan emocjonalny miała wyrażać? Że jest mocno, transowo - cokolwiek wymyślimy, to się nie udało. Miało być szybkie tempo, a wyszło na to, że aktorzy ledwo nadążali przebierać się w kulisach i wcielać w inne role. Zadeptywali kwestie i bezsensownie biegali. Ta ziemia, symbolizująca nieurodzaj, ale i materialne świadectwo chłopskiej męki, to miała być chyba ziemia rozgrzana do czerwoności, na której bose stopy ledwo mogą ustać. Jest to scena dramatu ludzkiego. Czy dlatego aktorzy wiercą się na niej niespokojnie? Czy dlatego po wypowiedzeniu dwóch kwestii wybiegają w kulisy? Te zmiany są tak częste, ta bieganina tak absurdalna, że aż śmieszna.

Szkoda że reżyser dobierając środki wyrazu kieruje się głównie tym, czy coś lubi lub czegoś nie lubi (Nagrobki lubi). Znam twórczość tego zespołu i mogę potwierdzić, że zaiste jest tak, jak mówił Michał Kmiecik, to znaczy że są super. Aczkolwiek samo bycie "super" nie tłumaczy dlaczego rockowo-punkowa muzyka ma uruchomić siermiężny poemat Jasieńskiego. Miało być "super", ale nie było - może dlatego, że Michał Kmiecik życzeniowo chce otwierać wielopoziomowy poemat Bruna Jasieńskiego stylizowany na pieśń ludową wtórnymi środkami niedorobionej estetyki grozy. Może dlatego, że jak wynika z innych jego przedstawień, zdaje się nie rozumieć, że ruch sceniczny nie służy li tylko przemieszczaniu się, interakcje między postaciami też trzeba reżyserować i warto unikać quasi-formalnych układów walki, które prawdopodobnie ustawiali na szybko aktorzy.

Podsumowując ten drugi dzień festiwalu widzowie obejrzeli nowoczesny spektakl dla młodzieży z dość wyraźną tezą, wynikającą ze słusznego moim zdaniem lęku przed falą ksenofobii, która rośnie nie tylko w postawach społecznych, ale jest niejako wmontowywana w system kształcenia. Jakkolwiek niektóre sceny mogły być ujęte zbyt stereotypowo, a niektóre kreacje aktorskie potraktowane zostały zbyt ekspresywnie (wszak twórcy chcą z młodzieżą rozmawiać, a nie traktować ich z góry), to trzeba uznać to przedstawienie za udane. Koszmarne, w negatywnym sensie, okazało się "Słowo o Jakóbie Szeli". Podobnie jak w zeszłorocznych "Krakowiakach i Góralach" całkiem dobry pomysł inscenizacyjny na przedstawienie klasyki w obliczu współczesności spalił na panewce.

***

43. Opolskie Konfrontacje Teatralne "Klasyka Żywa"

Edmund Niziurski

"Sposób na Alcybiadesa"

adaptacja i dramaturgia: Piotr Rowicki

reżyseria: Piotr Ratajczak

obsada: Lidia Olszak, Edyta Ostojak, Jowita Stępniak, Wojciech Dobrowolski, Daniel Dobosz, Paweł Kos, Wojciech Rusin, Daniel Salman, Marek Szkoda, Sebastian Węgrzyn

premiera: 6 października 2017, Teatr im. J. Osterwy w Lublinie.

--

Bruno Jasieński

"Słowo o Jakóbie Szeli"

adaptacja i reżyseria: Michał Kmiecik

dramaturgia: Piotr Morawski

obsada: Dorota Chaniecka, Violetta Smolińska, Bartłomiej Błaszczyński, Jerzy Głybin, Mateusz Znaniecki

premiera: 10 lutego 2017 roku, Teatr Śląski im. S. Wyspiańskiego w Katowicach.