Boga mordu da się stłumić na chwilę...

"Bóg mordu" Yasminy Rezy w reż. Lecha Mackiewicza w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze. Pisze Zdzisław Haczek w Gazecie Lubuskiej.

«To nie jest prosta rzecz: wziąć na warsztat sztukę, której ekranizacja była nominowana do Złotych Globów, Europejskiej Nagrody Filmowej i dostała francuskiego Cezara za "najlepszy scenariusz adaptowany". Lech Mackiewicz, reżyserując "Boga mordu" Yasminy Rezy na zielonogórskiej scenie, film "Rzeź" Romana Polańskiego miał nie tylko z tyłu głowy. Związany z Lubuskim Teatrem artysta wręcz rzucił obrazowi słynnego reżysera wyzwanie. Określił dzieło Polańskiego za "w najlepszym wypadku poprawne", a aktorski koncert w wykonaniu Kate Winslet, Jodie Foster, Christopha Waltza i Johna C. Reilly'ego uznał za słabość filmu. Bo? Bo te postacie grają na siebie i dramaturgicznie "nie styknęły". A w zielonogórskim spektaklu? "Styknęły" aż miło!

Oto małżeństwo przychodzi do małżeństwa. Powód? Między ich synami doszło do bójki. Jeden sięgnął po bejsbolowy kij, drugi stracił dwie jedynki. Wypada się spotkać, wyjaśnić okoliczności incydentu, może określić skalę wydarzenia, może przeprosić, zadośćuczynić... Tak chyba dyktują cywilizacyjne normy. Nieważne, czy to Nowy Jork, Londyn czy Zielona Góra. Twórcy zielonogórskiego spektaklu celowo umieszczają akcję wszędzie, czyli nigdzie, bo w jakimś mieście gdzie istnieje i pl. Reagana, i park Tysiąclecia.

Kurtuazyjna rozmowa przy kawie i cieście szybko nabiera temperatury. Bójka chłopców? To tylko powracający motyw bitwy, jaką zaczynają toczyć ich rodzice. Pękają i opadają maski tzw. kultury. Bóg mordu, mimo tysięcy lat starań ludzkości, objawia swoją twarz wykrzywioną w grymasie nienawiści, pałając pierwotną żądzą walki, zemsty i obrony plemiennego terytorium. Plemiennego?

Tu właśnie Mackiewicz inaczej odczytuje sztukę Rezy niż Polański. Pozwalając aktorom na szarżę, nie gubi poszczególnych postaci. W efekcie dostajemy wielogłos, gdzie raz prawnik, zamieszany w matactwo w sprawie trefnego leku, bierze się za bary ze sprzedawcą dolnopłuków, to znów tych samych dwóch panów za chwilę udowadnia samczą wyższość nad swoimi partnerkami. A te nie pozostają dłużne. Bluzgiem słownym i dosłownym. W efekcie mamy kipiącą niekontrolowanymi emocjami wojenkę, gdzie czwórka bohaterów co minutę zmienia sojusze.

Efekt? Na "Bogu mordu" w Lubuskim Teatrze można się bawić jak na najlepszym kabarecie. W czym udział mają oczywiście aktorzy, którzy na początku przypominają uśpione wulkany, by w finale zalać wszystkich wokół (i siebie) lawą zła: Alicja Stasiewicz, Marta Frąckowiak, Ernest Nita i Radosław Walenda. Ale po trzecim czy czwartym zejściu oklaskiwanych aktorów ze sceny przychodzi refleksja. Przecież bóg mordu wcale nie zniknął. Uśpiony - w każdym z nas - czeka na dogodną chwilę, kiedy każe nam rzucić się do gardeł. Wybudowany przez nas zamek norm zachowań może runąć w każdej chwili.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego