powiększwersja do drukupoleć znajomemu

One woman show

Na scenie Teatru Śląskiego jest tylko Sandra Korzeniak. Nie ma tam dla mnie nikogo innego. Wniosła tam nową jakość. Aktorzy Śląskiego są wklejeni w rzeczywistość własnego teatru jak w życie Mabel i bynajmniej nie jest to celowy zabieg. Tak bardzo odstający i bezradni wobec osobowości Korzeniak - o spektaklu "Pod presją" wg scenar. Łukasza Chotkowskiego i Mai Kleczewskiej w reż. Mai Kleczewskiej w Teatrze Śląskim w Katowicach pisze Sławomir Szczurek z Nowej Siły Krytycznej.

Kurtyna wznosi się a naszym oczom objawiają się dwa równoległe światy, ten na teatralnych deskach i ten nad sceną w formie wideo. I to w zasadzie ustawia spektakl. Rzecz będzie o niewspółmiernych rzeczywistościach, o perspektywie, która z bliska wyjawia nam więcej niźli ta oglądana z daleka. O tym, że rzeczy, ludzie i emocje nie są takimi, jakimi je postrzegamy. A bynajmniej takie być nie muszą. O światach, które razem pod rękę iść nie mogą. Jeden w końcu musi ustąpić miejsca drugiemu.

Świat Mabel (szczęśliwie przetransportowana na śląską ziemię Sandra Korzeniak) jest pełen "czapeczek", "kurteczek" i "maleńkich zadraśnięć". Codzienna krzątanina i wyrzuty sumienia każdej matki - "Dlaczego ja je puściłam. Nie powinnam była" - sprawiają, że proza życia przygniotła mnie już na wstępie, a przedstawienie jeszcze się nie rozkręciło i to nie moje dzieci. Do tego nieszczęsna Mabel, nieumalowana, ze zwichrzonymi włosami przesiadująca w pokoju dzieci, które zabrała babcia, nie wiedząca co może ze sobą począć. Zapomniała już jak to jest być samą. Zaciąga się więc zachłannie papierosem, wystawia nogi na stół, wchodzi na sofę i po niej skacze. Ustawia kieliszek na szyjce od wina i sprawdza, czy ten złapie równowagę. Ma czas na małe szaleństwa. Patrząc na tą scenę przypominają mi się słowa piosenki Artura Rojka: "gdy nie ma nikogo, boję się siebie".

Pierwszy raz w teatrze nie przeszkadza mi obecność kamer i telebimu. Jest to wręcz niezbędne. Cudowne są zbliżenia stylizowane na serialowe ujęcia. To nie będzie o wielkiej sztuce a o codzienności. Obraz poszerza perspektywę, możemy się życiu przyjrzeć z bliska, z każdej strony. Poznajemy w ten sam sposób główną bohaterkę, w podrzędnym barze pije whisky niczym nałogowa alkoholiczka w towarzystwie nieznanego mężczyzny, z którym wyląduje w swoim mieszkaniu. Nim do niego trafi, wyrzuca z siebie urywane zdania: "nikt mnie nie zbawi", "wszyscy pójdziemy". Mabel porusza się w rzeczywistości, w której wszystko ma swoje miejsce, chodzi przetartymi szlakami, wie co gdzie jest i kto kim jest. Tę mechaniczność widzimy w scenie po przebudzeniu Mabel z kochankiem, gdy wskazuje, które miejsce zajmuje w łóżku ona, a które należy do męża. Przypadkowe spotkanie kończy się furią, bieganiem po mieszkaniu i rozpaczliwym wykrzykiwaniem: "gdzie są moje dzieci". Dzieci ukazane są jako te, które przynależą matce, na którą zawsze mogą liczyć, przysłania im ona resztę świata, a roli matki jest dla niej jedynie słuszną.

Codzienność to także sytuacje, w których mąż bez uprzedzenia zaprasza kolegów z pracy. Bezbłędna jest scena, gdy Mabel podejmuje gości, uprzednio się "oporządzając". Stara się jak tylko może wypełniać obowiązki pani domu. Dzielnie znosi opowiadane przez kolegów męża seksistowskie kawały. Dba jednocześnie o zasady, których winno się trzymać: buty w domu należy zostawić w przedpokoju a goście powinni usłyszeć "jedzcie póki ciepłe". Mabel wyrzuca z siebie wyuczone gesty, słowa, udaje, że wcale jej nie przeszkadza fakt, że mąż zaprosił kolegów do domu. Kobieta sprowadzona jest tu do roli półgłówka, jest niczym niepełnosprawna, stroi głupie miny, puszcza oczka, podnosi kciuk do góry na znak, że wszystko jest dobrze. Wznosi toasty "za radość i pełne brzuszki". Jej reakcje są mocno przerysowane. Podejmuje nieudaną próbę zwrócenia na siebie uwagi grą na trąbce. Chce być za stołem pełnoprawnym członkiem kompanii, zaznaczyć swoją obecność, mieć głos inny od przypisanej jej roli. Opowiada kawał, chcąc dorównać mężczyznom, ale nikt się nie śmieje. Wznosi toasty za błahe rzeczy, chce przemawiać wielokrotnie mówiąc "słuchajcie" i dyrygując tym, co się dzieje przy stole. Tak naprawdę jednak jest tylko tym, za kogo się podaje i przedstawia: "Mabel, żona Nicka". To jest jej rola w tym domu. Określa ją mężczyzna a nie ona. To on przerywa jej niesmaczne żarty i umizgi do kolegów z pracy, wpadając w furię i każąc jej "siadać na dupie". Sytuacja kończy się przewidywalnie, goście wolą niepoostrzenie wyjść, by nie musieć uczestniczyć w rodzinnej awanturze.

Mabel zwraca uwagę, że bardzo starała się być miła, że nie jest "taka jak te inne pizdy". Przygniatające wydaje się jej pytanie: "Jaka mam być? Mogę być każdą. Potrafię". I rzeczywiście tak jest. Mabel bywa czułą żoną towarzyszącą mężowi podczas odpoczynku; w ustach ma pełno banałów: "dzieci powinny być w szkole", "dzieci do szkoły"; organizuje wyjątkowy bal pełen zaskakujących zwrotów akcji; wychodzi na ulicę, zaczepia ludzi, stroi do nich głupie miny, wyskakuje pod tramwaj. Wypytuje własne dzieci, co o niej sądzą, docieka czy nie uważają jej za "dziwną". Szuka zaprzeczenia swojego wariactwa i potwierdzenia normalności. To przecież dzieci zawsze mówią prawdę, nie oszukują, mają patent na wiedzę i na to coś, co jako dorośli później gubimy. To one dają sobie prawo do marzeń, do zatracania się w swoim świecie i do przesuwania norm panujących w te rejony, które je interesują. To zatrważająca scena, gdy matka siedzi z nimi na podłodze w przedpokoju i mówi, że chciałaby, aby nigdy nie dorośli. Pobrzmiewają w tym echa tęsknot za tym co pierwsze, prawdziwe, że wszystko wypada, za wszystkim tym, co później obraca się w opcję "nie przystoi".

Z dorosłymi Mabel nie idzie już tak dobrze jak z dziećmi. Sąsiedzka relacja i bal zorganizowany dla dzieci, podczas którego miały odegrać scenę śmierci czarnych łabędzi, spotyka się z osłupieniem i niezrozumieniem ze strony dorosłych. Wiecznie wypytują Mabel, czy czuje się dobrze, czy wszystko w porządku. Nawet mąż podczas wizyty kolegów nazywa ją wariatką. A ona tylko chce dać sobie prawo do tego, by mogło być inaczej. Zaprasza sąsiada by usiadł, dmuchał balony i marzył. Daje mu szansę na powrót do dzieciństwa, na chwilę dla siebie, na posunięcie się w autorefleksji, na którą w codziennym życiu nie ma czasu. Usadza go tymi samymi słowami, które wcześniej słyszała od męża: "Chrzanić to. Siadaj na dupie, chuju". To musi skończyć się źle, wokół panuje artystyczny chaos a niezrozumienie prowadzi do jednej z najbardziej przejmujących scen w spektaklu. Próby zabrania Mabel do szpitala psychiatrycznego.

Otrzymujemy obraz "normalnej" rodziny, w której teściowa ma najwięcej do powiedzenia. To ta, która w normie społecznej tkwi od lat, zaprzestała walczyć o prawo do bycia sobą, a wyrażanie swojej osobowości ograniczyła do "wyglądania". Padają słowa, których żadna kobieta nie chciałaby usłyszeć od ukochanego: "zamknę cię w szpitalu dopóki nie wyzdrowiejesz". Mabel jednak ma swoją prawdę, widzi to inaczej. To mężowi winno być wstyd, bo się wygłupił. Ale ona to doskonale rozumie, daje mu na to przyzwolenie, gdyż sama robi to bez przerwy. Jest w niej sporo empatii do otaczającego świata. Potrafi nazywać swoje stany emocjonalne i wybaczać: "Uderzyłeś mnie. Pierwszy raz, ale nie jestem na ciebie zła". Apeluje o to, że trzeba się w życiu czegoś trzymać. Rodzinne awantury, z udziałem dobrych doradców dzieją się zazwyczaj za zamkniętymi drzwiami. Nasza bohaterka osaczona jest przez lekarza, teściową i męża w przestrzeni kuchennej, sprowadzona do roli kury domowej, kogoś, kto może jedynie zaglądać w garnki, nie ma prawa do innego siebie, do zaglądania w głąb siebie jako człowieka.

Ostatnie chwile w domu przed przymusowym oddaniem do szpitala to dla Mabel szansa na ujawnienie swojego świata, na wypunktowanie tego, czego się należy trzymać i tego, co jest dla niej ważne. Znajduje w sobie siłę, by w tej trudnej sytuacji zabrać głos i dowieść swoich racji. Wyjść poza schemat matki i żony a pokazać siebie jako człowieka. Niczym z karabinu hipnotyzująca Korzeniak wyrzuca z siebie kolejne punkty: "miłość", "przyjaźń", "spokój", "jestem dobrą mamą", "kocham cię, jestem twoja". To środkowy palec Mabel wymierzony w powątpiewających w jej normalność, to coś o czym większość już zapomniała. Gdyby przyszło im z marszu wymienić najważniejsze dla nich rzeczy, mieli by z tym ogromny problem, bo ludzie na co dzień się nad tym nie zastanawiają.

To właśnie codzienność przygniotła Mabel. O czym sama mówi: "To jest szaleństwo. To jest wariactwo. Kładź się, wstań i znowu się kładź". To bezmyślne rytuały, oddalające nas od zasad, którymi się kierujemy i te nowe, narzucane nam w miejsce wcześniejszych, sprawiają, że szalejemy. Nie trudno o obłęd, gdy ma się sprostać wszystkim życiowym rolom, w które jesteśmy wpychani. A dokładnie, w które kobieta jest wpychana. Ma być dobrą matką, ale nie zbyt opiekuńczą i kreatywną, bo wtedy posądza ją się o wariactwo. Ma być świetnie wyglądającą, oporządzoną żoną i dobrą gospodynią, by wszyscy mogli jej zazdrościć. Gdy okazuje się, że potrafi być dowcipna, kokietująca, żartująca i troskliwa, to nagle jest to za dużo. Znów sprowadzana jest do roli tej, która ma spełniać czyjeś oczekiwania i zajmować wskazywane miejsce.

Powrót Mabel ze szpitala jest bardzo problematyczny dla rodziny i najbliższych, bo sami ją tam przecież wsadzili, nie wiedzą jak się zachować, bo leczenie nie przynosi nic nowego, widzimy wrak człowieka. Wartości istotne nie uległy zmianie. Mabel chce zobaczyć dzieci. Opowiada ten sam kawał, który opowiadała kolegom męża. Padają przerażające słowa: "Nie wiem jaka mam być". W odpowiedzi słyszy od męża, że ma być sobą. Przecież przez cały czas była sobą. I przed, i po szpitalu. I nikomu to nie odpowiadało, nikt tego nie rozumiał, uznano ją za wariatkę.

Ostatni scena, w której Mabel wychodzi przed telebim i spogląda na siebie poraża. To luksus móc spojrzeć na siebie z boku. To odwaga jakiej nie ma prawie nikt. Jeżeli nie realizujesz społecznych norm i cudzych oczekiwań, zaserwują ci psychiczną i fizyczną lobotomię. Nie da się wymazać tego, kim się jest i co się w sobie nosi. Wierzę Mabel, że można oszaleć, nosząc w sobie inne potrzeby, zmagając się z potrzebą realizacji siebie samego a koniecznością funkcjonowania w społeczeństwie. Odbieranie życia całym sobą sprawia, że stajemy się nieżyciowi. Z drugiej jednak strony nic tak nie rozwija jak "normalne" życie. Jak tu nie popaść w obłęd?

Na scenie Teatru Śląskiego jest tylko Sandra Korzeniak. Nie ma tam dla mnie nikogo innego. Wniosła tam nową jakość. Aktorzy Śląskiego są wklejeni w rzeczywistość własnego teatru jak w życie Mabel i bynajmniej nie jest to celowy zabieg. Tak bardzo odstający i bezradni wobec osobowości Korzeniak. Grający jej męża Piotr Bułka może niczym jego bohater ubrać różową koszulę, stać w kącie i uczyć się nie tylko jak być facetem, jak mieć w sobie odwagę do bycia sobą, ale jak być aktorem. Jest tylko Korzeniak. Ona i jej obłęd. I miłość do dzieci. To nie jest histeryczna Marilyn z przedstawienia Krystiana Lupy. To upokorzona codziennością i przypisaną jej normą Mable Korzeniak. Tak inna w tym samym szaleństwie, które jakże jest jej aktorsko bliskie.

Mówi się, że to najzabawniejsze przedstawienie Kleczewskiej. Jeżeli jednak ktokolwiek się śmiał, znaczy to nie więcej niźli to, że jest w życiowej normie. Dał się w nią wepchnąć, rozepchał się w niej łokciami, rozsiadł wygodnie w teatralnym fotelu i przy dźwięku szeleszczących papierków od cukierków bezmyślnie patrzy na obraz "patologicznej" rodziny, nie dostrzegając, że nie ma się z czego śmiać. Należy raczej niczym Mabel stanąć przed swoim obrazem na ekranie, wyjść przed siebie i spojrzeć na zapis swojego życia i odpowiedzieć sobie na pytania: kim jestem, czy aby to na pewno nadal ja?

Ten spektakl to majstersztyk. To zupełnie inna Maja Kleczewska i Łukasz Chotkowski. To świetna scenografia Marcela Sławińskiego i Katarzyna Sobańskiej (MIKSS), takież wideo (montaż filmu Artur Rej i Przemysław Chruścielewski) i monumentalna muzyka Cezarego Duchnowskiego. To głos w sprawie kobiet. Zapis otaczającej nas rzeczywistości, za którą winno nam być wstyd. Obraz świata pozbawionego marzeń i jaj do bycia sobą samym.

---

Sławomir Szczurek - mieszka w Katowicach, z wykształcenia filolog polski (Uniwersytet Warszawski), wielki miłośnik teatru.