powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Bunt bez pomysłu, czyli "za oknem znów po prostu smutny świat"

Jakub Roszkowski przed premierą powiedział, że nie zamierza robić "Krzyżaków 2" i istotnie - mimo wsparcia dobrą ekipą realizatorów - nie powtórzył tego sukcesu: zabrakło przede wszystkim ciekawego pomysłu - o "Buncie" wg Władysława Reymonta w reż. Jakuba Roszkowskiego w Teatrze Miniatura w Gdańsku pisze Wiktoria Formella z Nowej Siły Krytycznej.

Jakub Roszkowski po sukcesie "Krzyżaków" sięgnął po kolejną polską powieść - tym razem mniej znaną, "Bunt" Władysława Reymonta. Ostatnia powieść noblisty, którą autor określił mianem antyutopijnej baśni, powstała dwadzieścia jeden lat przed "Folwarkiem zwierzęcym" George'a Orwella. Ta perspektywa jest istotna, ponieważ rodzimy tekst cieszy się mniejszą popularnością, o czym świadczy fakt, że najnowszy spektakl Teatru Miniatura w Gdańsku jest prapremierą "Buntu", a jest protoplastą angielskiej powieści z 1943 roku. Trudno stwierdzić czy Orwell znał utwór Reymonta, jednak oba łączy pomysł fabularny: zwierzęta gospodarskie (u Reymonta dołączają do nich zwierzęta z puszczy), doznając krzywd i zaniedbań ze strony właścicieli, postanawiają się zbuntować i wyswobodzić z okowów wyzyskującej władzy. Bohaterowie Orwella potrafią zorganizować plan działania - zapewniają towarzyszom godziwe warunki, natomiast bunt u Reymonta jest spontaniczny i niezaplanowany, a przez to od początku niszczycielski. Z obu tekstów wypływa jednak podobny wniosek: ucieczka przed zniewoleniem prowadzi tylko do innego ograniczenia, więc jedyne co się zmienia to kostium oprawcy.

Jakub Roszkowski wyłuskał z niezbyt długiej powieści pięcioro bohaterów zwierzęcych oraz dwoje ludzkich: Niemowę (w spektaklu posługuje się językiem zwierząt) funkcjonującego jako symbol konformizmu i Pana - oprawcę i właściciela gospodarstwa, z którego uciekają zwierzęta. Zaznaczył więc wyraźnie dychotomię: zwierzęta są podporządkowane człowiekowi, któremu muszą bezwzględnie służyć, pracują ponad siłę, otrzymując za to niewystarczającą wynagrodzenie: ochłapy, urągające warunki, a na horyzoncie widmo rychłej śmierci (sprzedaż bądź zjedzenie przez człowieka). W uporządkowany świat, który bezrefleksyjnie akceptują - najdobitniej zaznaczono to na początku, gdy każde zwierzę ma określone miejsce w hierarchii pracy i kornie je przyjmuje - wkrada się poczucie niesprawiedliwości. Pan przyprowadza nowego pupila, który wzbudza niepohamowaną zazdrość u dotychczasowego psiego ulubieńca, Rexa. Za niesubordynację Pan kilkakrotnie karze psa batami, po czym wyrzuca go z gospodarstwa. W Reksie zaczyna kiełkować potrzeba buntu, karmiona dodatkowo przez wolnego mieszkańca puszczy, Wilka Kulasa. Myśl dojrzewa wraz z informacjami zdobytymi u Żurawi: zwierzęta mogą poprawić swoje warunki, gdy udadzą się w wędrówkę ku tajemniczemu Południu, gdzie jest wolność.

Mimo że bohaterami są (głównie) zwierzęta i że Roszkowski stworzył spektakl dla nastoletniego widza (ograniczenie wiekowe +13), udało mu się uniknąć nadmiernego infantylizowania świata przedstawionego. Duża w tym zasługa symbolicznego odtworzenia postaci zwierząt: nie ma tu onomatopeicznych dźwięków, świńskich ryjków, końskich ogonów czy krowich wymion, a dziwić nie powinno, że Krowa nosi torebkę, Wyżlica skórzaną kurtkę, a Świnia liliowe spodnie. Ten zabieg świadczy o poważnym traktowaniu młodego odbiorcy i wskazuje interpretację: historia w istocie nie dotyczy zwierząt, lecz ludzi. "Bunt" powstał pięć lat po Rewolucji Październikowej, stając się zmetaforyzowaną parabolą władzy totalitarnej i stosowanego przez nią terroru. Zwierzęcość zaakcentowano symbolicznie - w formie ciekawych masek, w barwie starego złota (z delikatnymi przebłyskami zieleni), oddających kształt głów zwierząt. Problemem jest jednak to, że aktorzy (z wyjątkiem Rexa) przez prawie całe przedstawienie noszą maski na głowie, a większość jest na tyle duża, że twarze są niedostrzegalne. Natomiast inne maski mają wydłużone pyski, które zaciemniają twarze. To ograniczenie narzuca duży dystans do postaci, trudno jest utożsamić się z nią bez możliwości nawiązania kontaktu wzrokowego czy śledzenia mimiki. Spektakl wystawia cierpliwość widzów na próbę. Zamaskowani bohaterowie, rzadko wchodząc ze sobą w bezpośrednie interakcje, przez półtorej godziny wypowiadają kwestie zwróceni do publiczności.

Rozczarowuje oprawa plastyczna, a Miniatura słynie z ciekawych rozwiązań scenograficznych, nierzadko wprowadzając elementy nowatorskie (vide: wspomniani "Krzyżacy" czy "Remus" w reżyserii Remigiusza Brzyka). Akcja rozgrywa się w przydomowym gospodarstwie Pana (Andrzej Żak), w puszczy i innych terenach otwartych, stanowiących tło wędrówki zwierząt ku idyllicznemu Południu. Pejzaż - realistycznie naszkicowany przez Reymonta - Maciej Chojnacki zredukował do trzech płacht szarego, śliskiego materiału, z których zbudowano dwie strome górki oraz równy teren wyznaczający horyzont. Pozostawiono także nieokotarowane zaplecze sceny. Ot, tyle. Wprawdzie zwierzęta są wykorzystywane, doskwiera im niedostatek, po wyzwoleniu się z gospodarstwa ich sytuacja nie ulega zmianie, nie dziwi więc fakt, że otaczająca przestrzeń nie powinna budzić pozytywnych impresji, jednak trudno tą informacją tłumaczyć bylejakość (czego przykładem jest choćby środkowa, marszcząca się płachta). Wobec tej oszczędności irytują elementy kiczowate (piesek na baterie), czy naturalistycznie przedstawiona broń, podczas gdy upolowane zwierzęta są symbolicznymi trofeami w formie tarcz.

Uboga scenografia prawdopodobnie była podyktowana wykorzystaniem kosztownych bieżni, choć efekt nie był tego wart. Ich główną funkcją (pewnie wbrew oczekiwaniom twórców) jest generowanie problemów technicznych. Magdalena Żulińska chodząc w kozakach na wysokich obcasach, zwraca uwagę nie grą, ale tym, że skrupulatnie przygląda się, gdzie może postawić stopę, by nie wywrócić się. Również w scenie finałowego marszu tylko nieliczni (Edyta Janusz-Ehrlich czy Wojciech Stachura) utrzymują odpowiednie tempo, które nie wybija ich z rytmu; pozostali dekoncentrują się, zważając na kroki. W scenach, które wymagają przejechania po bieżni przez szerokość sceny, trudno nie dostrzec, że aktorzy muszą przechodzić z jednego urządzenia na drugie. Poza tym niewiele się dzieje, więc najdrobniejsze problemy techniczne przykuwają uwagę, a że jest ich sporo - zaburzają płynność akcji. Realizatorom zapewne zależało na bieżni, by wskazać, że pogoń za wolnością to wędrówka w miejscu, prowadzi donikąd: postaci przez dłuższy czas (około dwudziestu minut!) miarowo maszerują, nie osiągając upragnionej wolności. Głodni, spragnieni i zmęczeni na widok napotkanej małpy postanawiają oddać się w jej ręce. Bunt doprowadził do wniosku, że panowanie pod butem kata jest bezpieczniejsze od wolności pozbawionej granic.

Rozczarowuje ruch sceniczny przygotowany przez Wioletę Fiuk i Patryka Gackiego, znanych trójmiejskiej widowni z lepszych pomysłów. Zrezygnowali z rodzajowego ukazywania polowania na leśne zwierzęta, przedstawiono je w formie tańca. Szkoda jednak, że pomysł ograniczono do naturalnej ekspresji aktorek wcielających się w polujące psy. Również finałowa scena, w której wykonywany jest "Bananowy song" z ekspresją grupy Vox - trąci banałem. Twórcy nie znaleźli klucza do większości zwierzęcych postaci. Do wyjątków należą Agnieszka Grzegorzewska, która prostym, ale pomysłowym układem rąk imituje machanie krowy ogonem, gdy odgania się od much; oraz Wojciech Stachura jako Świnia - pociąga za szelki, by zobrazować tycie, czy ociera się o ściany, gdy chce się podrapać. Te gesty potęgują komediowy, prymitywny wizerunek Świni, której szczytem aspiracji jest zapewnienie dobrobytu cielesnego (mantrycznie powtarzana potrzeba zjedzenia ziemniaków).

Jakub Roszkowski w adaptacji skupił się na temacie wyzwolenia. Ograniczając możliwości ekspresji aktorów, nie dał w zamian wystarczająco dużej partii tekstu na stworzenie pełnej postaci. Trzeba jednak docenić dobry pomysł jakim było obsadzenie w rolach Pana, Żurawia oraz Małpy tego samego aktora - Andrzeja Żaka. Dzięki temu reżyser wskazuje, że na przeciwległym krańcu despotycznej władzy jest świetlna przyszłość: zupełna wolność (deklarowana przez Żurawia) - rzekoma idylla, mityczne Południe, które jednak okazuje się utopią. Wolność, poleganie tylko na sobie okazują się prowadzić bohaterów do bezrefleksyjnego niszczenia, utraty złudzeń, wreszcie - poddania się pierwszej postaci, którą napotkają. Nie szkodzi, że jest nią małpa, która posługuje się takim samym kijem, jakim Pan karcił Rexa. Utopia pozostanie wciąż w sferach marzeń, o której bohaterowie będą mogli jedynie śpiewać: "za oknem znów po prostu smutny świat/ zazwyczaj wtedy w myślach się wybieram/ na piękną wyspę, istną dzicz/ dech zapiera, taka piękna jest...".

Jakub Roszkowski przed premierą powiedział, że nie zamierza robić "Krzyżaków 2" i istotnie - mimo wsparcia dobrą ekipą realizatorów - nie powtórzył tego sukcesu: zabrakło przede wszystkim ciekawego pomysłu.

---

Wiktoria Formella - absolwentka teatrologii o specjalności dramaturgiczno-krytycznej na Uniwersytecie Gdańskim.