powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Śląskie. Słomiany Judosz spłonął w Skoczowie

Słomiany Judosz w Wielką Sobotę przeszedł w eskorcie halabardników ulicami Skoczowa na Śląsku Cieszyńskim. Za nimi szli mieszkańcy, w tym dzieci z kołatkami, których dźwięk przepędza zło. Obrzęd zwieńczyło spalenie słomianej kukły, co zapewni miastu pomyślność.

Skoczów jest jedyną miejscowością na Śląsku Cieszyńskim, gdzie wciąż kultywowana jest tradycja, sięgająca korzeniami średniowiecza. Ten barwny zwyczaj przyciąga wielu turystów.

Judosz to słomiana, 3-metrowa kukła, ozdobiona kolorowymi wstążkami i naszyjnikiem z 30 srebrnikami. Kostium zakłada młody strażak. Niczego w nim nie widzi. Dlatego prowadzą go halabardnicy.

Judosz z halabardnikami wyszedł z miejskiej remizy strażackiej i okrążył rynek. Pokłonił się ratuszowi. Skoczowskie dzieci, które szły za nim hałasowały kołatkami i skandowały: "kle, kle, kle".

Anna Szalbót rokrocznie uczestniczy w pochodzie z mężem i synami, by "wygnać zło z miasta". "To ładna, unikatowa w skali kraju, tradycja i dobrze, że jest podtrzymywana" - powiedziała. Skoczowianin Adam Bąk nie wyobraża sobie świąt bez "wodzenia Judosza". "Czujemy, że co roku udaje się przepędzić zło paląc kukłę" - dodał.

Orszak po raz pierwszy przeszedł ulicami Skoczowa w Wielki Piątek. W Wielką Sobotę został powtórzony. Tego dnia po przemarszu słomiana kukła zginęła w ogniu. "Podobno wraz z Judoszem ginie zło, które mogłoby szkodzić miastu i jego mieszkańcom" - podał skoczowianin Robert Orawski, który wskrzesił zwyczaj wiele lat temu.

Pochodzenie obrzędu nie jest znane. Orawski przypuszcza, że ma on kilkusetletnią tradycję. O przemarszu wspomina w swych dziennikach skoczowski burgrabia Jan Tilgner żyjący na przełomie XVI i XVII w. Podobne pochody znane były także w okolicy. Jeszcze w latach 60. XX w. odbywały się m.in. w pobliskich Ochabach i Strumieniu. Teraz pozostał tylko Skoczów.

- Judosz w towarzystwie ministrantów i dzieci z postnymi klekotkami obchodził niegdyś miasto przez cały Wielki Tydzień i to dwa razy dziennie. Wyruszał z farskiej, czyli należącej do parafii, szkoły u podnóża Kaplicówki (wzgórza w Skoczowie - PAP), by spłonąć na jej szczycie w Wielką Sobotę. Nieco później utrwalił się zwyczaj chodzenia jedynie w Wielki Piątek i Wielką Sobotę, czyli po wielkoczwartkowym, tzw. zawiązaniu dzwonów - podał Orawski.

Zwyczaj kultywowany był - z przerwą na okupację - do lat 60. minionego stulecia. Jeden z młodych wikarych uznał go wówczas za szkodliwy dla Kościoła przejaw pogaństwa. Przekonał proboszcza i zabronił ministrantom organizowania pochodu.

Zwyczaj został wskrzeszony przez Towarzystwo Miłośników Skoczowa oraz miejscowych strażaków. Początkowo Judosz, idąc ulicami miasta, kłaniał się ratuszowi i miejscowej farze. Kilka lat temu trasa została skrócona ze względu na protesty niektórych mieszkańców. Ich zdaniem w Wielki Piątek, gdy na krzyżu umierał Zbawiciel, ulicami nie powinien przechodzić hałaśliwy pochód. Od tego czasu Judosz nie przechodzi obok probostwa.