Dlaczego Klasyka?

Opolskie Konfrontacje Teatralne "Klasyka Polska" podsumowuje Anna R.Burzyńska w Tygodniku Powszechnym.

«Wygląda na to, że faktycznie nastąpił przełom w polskim teatrze: dawno nie goszczono w Opolu tak licznej reprezentacji młodych reżyserów. Dotyczyło to zarówno konkursu, jak i pokazów towarzyszących (spektakle nagrodzone w ministerialnym Konkursie na Teatralną Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Europejskiej).

Co znamienne, większość nagród powędrowała do niemal debiutanta - Artura Tyszkiewicza, młodego reżysera, który po kilku niezbyt głośnych inscenizacjach odszedł od teatru, by powrócić do niego niedawno wałbrzyską inscenizacją "Iwony, księżniczki Burgunda". To istotnie bardzo dobry spektakl: zabawny, błyskotliwy, dobrze zagrany, ze świetną scenografią Jana Polivki i choreografią Maćko Prusaka. Przy daleko idącej wierności Gombrowiczowi reżyser wydobył ze sztuki niespodziewane sensy (Iwona jako ożywająca lalka) i stworzył przekonującą opowieść o tym, jak trudno jest zaakceptować nieprzyjemną prawdę ujrzaną w lustrze - i że rozbicie go niczego nie zmienia.

Przy wszystkich zaletach "Iwony..." szkoda trochę, że entuzjastycznie przyjęty przez publiczność spektakl Tyszkiewicza przysłonił inne przedstawienia. Nie sposób porównywać pod kątem stopnia reżyserskich trudności efektownego, podpowiadającego wiele rozwiązań teatralnych, a nade wszystko wciąż współczesnego tekstu Gombrowicza z tekstami Słowackiego czy Wyspiańskiego. Inscenizacje tych właśnie dramatów zadawały najwięcej pytań i najgłębiej zapadały w pamięć: ascetyczny i okrutny krakowski "Ksiądz Marek" Michała Zadary czy chłodna, od początku prowadzona jak żałobna msza lubelska inscenizacja "Sędziów" Anny Augustynowicz - ze sformalizowanym aktorstwem, przeciwstawionym pełnej ekspresji muzyce podkreślającej rytm wiersza. Także mądre, niezwykle konsekwentnie wyreżyserowane, świetnie zagrane gdańskie "Wesele" Rudolfa Zioły; znakomite rozegranie karkołomnego II aktu (ze zjawami z czasów drugiej wojny światowej) powinno przekonać nawet największych sceptyków, że wystawianie "Wesela" w wolnej Polsce ma sens. I to głęboki (w ankiecie poniżej na pytanie zadane w tytule odpowiadają sami autorzy zaprezentowanych w Opolu spektakli).

Najlepiej przyjętym przez publiczność i krytyków spektaklem był - obok "Iwony" - krakowski "Ósmy dzień tygodnia". Spektakl wyreżyserowany przez Niemca Armina Petrasa, który decyzję o wystawieniu opowiadania Marka Hłaski podjął bez nacisków ze strony teatru, od lat interesując się twórczością polskiego pisarza i inscenizując jego teksty na Zachodzie. Efekt przerósł chyba oczekiwania wszystkich. Ciekawe, ile takich inscenizacji potrzeba, by upadł wreszcie mit o hermetyczności rodzimej klasyki i "przeklętych polskich problemów"?

***

Bartosz Zaczykiewicz

reżyser spektaklu "Odys" z Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu

Staram się nie dzielić tekstów na klasyczne i nieklasyczne. Nie mam takiego nakierowania lekturowego, że tutaj klasyka, tu współczesność, tu starożytność... Oczywiście, moimi wyborami czasami rządzi przypadek, czasami jakiś rodzaj dziwnych skojarzeń, których sam sobie nie potrafiłbym wytłumaczyć. Staram się zabierać za teksty, z którymi potrafię się spotkać - a przynajmniej tak mi się wydaje. Interesuje mnie, czy tekst coś we mnie porusza, czy czuję, że w kosmosie, czasoprzestrzeni jest miejsce, które chciałoby się tym dramatem wypełnić.

Wyspiański w wielu utworach zmagał się z czymś, co nazwałbym górnolotnie "archetypem człowieka". W "Powrocie Odysa" widać to szczególnie silnie, ponieważ dramat ten jest w dużej mierze wypreparowany z okoliczności obyczajowych (choć didaskalia tej sztuki mogłyby wskazywać, że jej akcja dzieje się na podkrakowskiej wsi, to jednak samo to przeniesienie wskazuje na pewne przemodelowanie, modernistyczne przepisanie tego mitu). To jest taki tekst, w którym Wyspiański szczególnie dobitnie zadawał pytanie o to, kim jesteśmy, czym są nasze czyny, co stwarzamy, jaką odpowiedzialnością obarczone jest nasze bycie w świecie.

Przepisał ten mit na nowo w bardzo znaczący sposób. Jak król Edyp bierze na barki swój los i próbuje spotkać się z prawdą, tak Odys tego losu unika, ucieka przed nim - jego mit nie chce się domknąć, los nie chce się wypełnić. U Homera krąg tragicznych zdarzeń zamyka się, gdy Odys jedna się z rodzinami zalotników, których wymordował. Wyspiański prowadzi nas w trochę inny rejon - dla mnie to było równie fascynujące, co przerażające.

Artur Tyszkiewicz

reżyser spektaklu "Iwona, księżniczka Burgunda" z Teatru im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu

Nigdy nie zakładam, że powinienem wystawić klasykę - wybieram po prostu dobre teksty. A teksty uznane za klasyczne z pewnością się do takich zaliczają... Czasami jest tak, że tekstu się nie wybiera, ale to tekst wybiera ciebie - tekst, który idealnie pasuje do tego, o czym chcesz mówić. "Iwona, księżniczka Burgunda" chodziła za mną jeszcze od szkoły teatralnej. Wystawiłem ją więc poniekąd po to, by się od niej uwolnić.

Gombrowicz zasługuje na wielki szacunek - nie dlatego, że "wielkim poetą był", tylko dlatego, że chyba mało mamy tak wybitnych dramaturgów i tak mądrych ludzi. "Iwona, księżniczka Burgunda" była jego pierwszym dramatem, jeszcze niedoskonałym (doskonały jest "Ślub"), ale mimo to staraliśmy się dochować mu wierności. Najbardziej cenię u Gombrowicza jego ironiczny stosunek do świata. Fakt, że wymaga on niedosłownego traktowania rzeczywistości, dystansu, bardzo pomógł naszej inscenizacji, stanowił cenną wskazówkę, jak grać ten tekst (raczej odwołując się do Brechta niż Stanisławskiego). Najważniejszą sprawą przy wystawianiu klasyki jest to, żeby pokazać, że ona nadal jest żywa i może docierać do ludzi współczesnych. A docierać będzie w momencie, kiedy realizatorzy - reżyser, aktorzy, scenograf - zdobędą się na takie środki, które tę klasykę przybliżą - na przykład cytaty ze świata dzisiejszej podkultury.

Michał Zadara

reżyser spektaklu "Ksiądz Marek" z Narodowego Starego Teatru w Krakowie

Klasyka to fundamenty naszego widzenia człowieka i widzenia świata. Jeśli do tych fundamentów nie wracamy i nie badamy, czy są silne - a może źle zbudowane, a może zaskakująco nowoczesne... - wtedy łatwo gniją i się rozpadają. Podłoga zapada się pod nogami. Trzeba chyba ciągle wracać do tych tekstów i na nowo je odczytywać, szukać tego, co jest tam aktualne. Aktualne, to znaczy: obecne, teraźniejsze. Sprawdzać, czy dane dzieło w ogóle jest w jakimkolwiek stopniu aktualne, czy może da się już odrzucić jakiś tekst jako nieklasyczny - bo okazało się, że nas już nie dotyczy. I to pewnie też jest dobre.

Ale okazuje się, że tak bardzo nie posunęliśmy się naprzód od czasów Słowackiego i jego "Księdza Marka" pod względem uprzedzeń i podłości. Ostatnie wojny - jugosłowiańska czy obecnie trwająca czeczeńska - dosyć dobitnie to pokazują. Myślę, że nie mamy dzisiaj poety miary Słowackiego (choć może taki poeta czy poetka istnieje, a my o tym jeszcze nie wiemy), który potrafiłby opisać to, co się dzieje, z taką siłą.

Jan Klata

reżyser spektaklu "Fanta$y" z Teatru Wybrzeże w Gdańsku

Paradoksalnie tekst Słowackiego opowiada o Polsce dzisiaj; o społeczeństwie, w którym coraz większą rolę odgrywają pieniądze jako miara wszystkiego, i o ludziach, którzy sobie z tym radzą lub nie. Opowiada o tym w charakterystyczny sposób: pięknym jedenastozgłoskowcem próbujemy ubrać naszą nędzę i nikczemność. Wydaje mi się, że o tym właśnie mówi "Fantazy" - jak piękne słowa zakłamują rzeczywistość.

Pokazaliśmy konsekwencje finansowej degrengolady w sposób, który jest bolesny, nie sentymentalny. Wierzę w teatr i wierzę, że wiele tekstów klasycznych kapitalnie otwiera rzeczywistość - na tym polega ich wielkość. Czytając klasykę nie wyobrażam sobie ludzi, którzy byli inaczej ubrani i poruszali się innymi środkami lokomocji, tylko staram się myśleć o nich jako w jakiś sposób mnie bliskich. Zastanawiam się, czym się przejmowali i co ich denerwowało, dlaczego wadzili się z rzeczywistością? Czy ich słowa, stworzone przez nich postaci, są bliskie ludziom, którzy chodzą dziś do teatru?

Nie jest to jedyny sposób otwierania klasycznych tekstów, ale mnie osobiście najbliższy. Teksty, które powstały tysiąc albo dwieście lat temu, traktuje się z definicji jako klasyczne i pomnikowe, jako dzieła kogoś, kogo poglądy już nie budzą kontrowersji, a wręcz są dla nas punktem oparcia. A "Fantazy" to przecież rewolucyjny dramat, napisany wbrew naszej wielkiej romantycznej tradycji - mówi, jak za pomocą tej wielkiej tradycji ludzie oszukują samych siebie i innych. Dlatego ten spektakl jest z założenia antyromantyczny i tak brudny, jak to tylko możliwe, unurzany w rzeczywistości. Pod koniec pokazuje jednak tryumf romantyzmu w postaci (zapowiadanego zresztą przez Słowackiego) wielkiego polskiego romantyka Jana Pawła II.

Rudolf Zioło

reżyser spektaklu "Wesele" z Teatru Wybrzeże w Gdańsku

Klasyka przechowuje naszą tożsamość. Z niej wynurza się autoportret Polaka i nasz portret zbiorowy. Struktura świata dramatu klasycznego jest bardziej kompletna, stąd i nasze odbicie w tym świecie dotkliwsze, samopoznanie mniej zdawkowe, bardziej bolesne. Niesprawiedliwość losów scenicznych "Wesela" polega na tym, że na zbyt długo zostało ono uwięzione w Bronowicach. Sytuacja dramatów np. Szekspira czy Moliera jest o wiele korzystniejsza. Teksty tych autorów, uwolnione od konwencji teatru, dla którego zostały napisane, od wieków wiodą intensywny żywot dzięki coraz to nowym impulsom interpretacyjnym. "Wesele" wciąż czyta się przez pryzmat prapremiery, jej teatralnego kształtu, towarzyszących jej okoliczności historycznych - tak jakby bronowicka legenda była ważniejsza od tekstu sztuki. Próbowałem przeczytać "Wesele" jako tekst aktualny także w wolnej Polsce. Stąd pomysł na widma, które nie przychodzą z matejkowskiej przestrzeni historycznej, lecz z czasów drugiej wojny światowej. To widma przeszłości, które są dotkliwiej obecne w naszej pamięci, wobec których mamy wciąż niespłacony dług»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego