powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Bezprawie

Teatr rządzi się innymi prawami i wydaje się, że by uzyskać odpowiedni poziom napięcia, konieczna byłaby wyjątkowo precyzyjna konstrukcja dramaturgiczna, której w "Sprawiedliwości" brakuje. Wybrane przez Zadarę fabularne opakowanie jest mało satysfakcjonujące - o spektaklu w Teatrze Powszechnym w Warszawie pisze Jan Karow z Nowej Siły Krytycznej.

"Wypędzenie Żydów z Polski w roku 1968" - tak brzmiał pierwotny tytuł ostatniej premiery Teatru Powszechnego w Warszawie. Może nie bardzo chwytliwy, to jednak miał w sobie radykalną jednoznaczność, oddającą istotę rzeczy. Michał Zadara wraz z grupą badaczy - prawników i historyków - postanowił sprawdzić, czy można dziś, równo pół wieku późnej, pociągnąć do odpowiedzialności prawnej winowajców tamtych wydarzeń.

Polska - jako państwo i jako wspólnota narodowa - stała się uboższa o blisko trzynaście tysięcy obywateli. Takie jest założenie. Właściwie nie zostali wygnani, nie zastosowano środków przymusu. Stworzono "tylko" warunki oraz ścieżkę biurokratyczną umożliwiającą szybkie opuszczenie kraju. Trudno było spodziewać się jesienią 2016 roku, kiedy zaczęły się prace nad przedstawieniem, że temperatura polsko-żydowskich relacji zmieni się tak bardzo na zaledwie kilka tygodni przed rocznicowymi obchodami Marca '68. W tym wypadku intuicja nie zawiodła twórców i przedstawienie trafiło na gorący grunt. Lecz zmieniły się również inne okoliczności (na niekorzyść), co sprawia, że szlachetne pobudki zderzyły się z nową rzeczywistością. "W mojej [mocy], jako reżysera teatralnego, leży robienie spektakli i teraz staram się to pole lekko poszerzyć przez współpracę z prawnikami" - tak mówił Zadara podczas debaty "Masowa emigracja czy wypędzenie? Czym była antysemicka kampania 1968 roku?" w Powszechnym na kilka tygodni przed premierą. Na zasadzie analogii uprawnione jest lekkie poszerzenie perspektywy oglądu przedstawienia i większe niż zwykle zwrócenie uwagi na to, co nie jest stricte teatralne.

Aby pogodzić ze sobą optykę prawniczą i historyczną (same w sobie zresztą odmienne) z artystyczną, Zadara zdecydował się na skorzystanie ze znanego z filmów w rodzaju "Wszyscy ludzie prezydenta" czy "Good Night, And Good Luck" schematu fabuły ze śledztwem w centrum. "Sprawiedliwość" jest niejako rekonstrukcją procesu pracy nad spektaklem. Czteroosobowa grupa aktorów (Ewa Skibińska, Barbara Wysocka, Arkadiusz Brykalski, Wiktor Loga-Skarczewski) postanawia wysłać do prokuratury powiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa, które miało doprowadzić do emigracji dużej grupy polskich obywateli pochodzenia żydowskiego. Widzom, przy wsparciu slajdów, zostają przedstawione zestawienia tego, co Polska miała w związku z tym utracić. Jest mowa między innymi o tym, ile to pieniędzy i ile wartości intelektualnych - struktura wykształcenia wśród Żydów kształtowała się zdecydowanie inaczej niż w pozostałej części społeczeństwa. Dane są precyzyjne, jest ich dużo, ale nie na tyle, żeby ich nie przyswoić.

Rozpoczyna się poszukiwanie winowajców. Zgodnie z charakterystyką gatunku, początkowo piętrzą się trudności. Władysław Gomułka oraz Mieczysław Moczar - osoby, które pierwsze przychodzą na myśl - nie żyją od wielu lat. Teczkami z ich dokumentami pozostaje aktorom-śledczym bezceremonialnie rzucić o ścianę. Nie sposób również dotrzeć do pracodawców, którzy zwalniali. Instytut Badań Jądrowych, drugie obok Państwowego Wydawnictwa Naukowego przedsiębiorstwo działające do dzisiaj, zasłania się ustawą o ochronie danych osobowych. Trzeba zejść kolejny poziom niżej.

Jedną z częściej przywoływanych w spektaklu przyczyn marcowej migracji jest atmosfera w kraju. To pojęcie wyjątkowo mgliste, o nieostrych granicach. Niemniej można zastanowić się, kto do jej powstania się przyczynił. Wolne media nie funkcjonowały, opinię publiczną kształtowały reżimowe gazety, radio i telewizja. Najłatwiej dotrzeć do artykułów prasowych. Tytułów ukazywało się wiele, w niebotycznych jak na obecne standardy nakładach. Kwerenda szybko pozwala ustalić autorów, trudniej odnaleźć żyjących. Jak jednak po pięćdziesięciu latach ścigać za zdania o wydźwięku antysemickim - najbardziej nawet nienawistne? Choćby dało się znaleźć obowiązujący wówczas paragraf, to w prawie funkcjonuje instytucja przedawnienia przestępstwa. Kiedy wszelkie nadzieje poszukiwaczy prawdy zdają się być płonne, następuje spodziewany zwrot akcji - dzwoni telefon, dowiadujemy się, że można uciec się do przepisów zgodnie z którymi nie są konieczne ofiary śmiertelne, aby zorganizowaną działalność uznać za zbrodnię przeciwko ludzkości. One nie ulegają przedawnieniu. Aby nie zaprzepaścić wysiłków twórców, nie należy zdradzać wniosków, do jakich udało się im dojść. Niemniej można zastanowić się nad sensownością tego badawczo-teatralnego przedsięwzięcia.

Po pierwsze, czy warto przenosić schemat scenariusza filmowego na scenę. Teatr rządzi się innymi prawami i wydaje się, że by uzyskać odpowiedni poziom napięcia, konieczna byłaby wyjątkowo precyzyjna konstrukcja dramaturgiczna, której w "Sprawiedliwości" brakuje. Wybrane przez Zadarę fabularne opakowanie jest mało satysfakcjonujące. Najciekawsze są, paradoksalnie, ustępy niesceniczne: suche dane statystyczne, definicje prawne, fakty z historii. Mimo że rozpoznane, mają same w sobie moc, która za sprawą toczącej się gorąco debaty publicznej na temat nowelizacji ustawy o IPN została w sposób nieprzewidziany zwielokrotniona. Każdorazowe uzmysłowienie ogromu nieszczęść wynikających z tamtych wydarzeń jest porażające i sprawia, że mimo upływu lat pozostają one budzącą emocje kwestią.

Wątpliwości budzi także odwoływanie się do "Króla Edypa", którego fragmenty przywołuje Ewa Skibińska. Tragedia Sofoklesa jest przedstawiana jako opowieść o kraju, w którym została popełniona zbrodnia, nikt za nią nie został ukarany, co ma być analogiczne z Marcem '68. Nie rozstrzygając, czy jest to najtrafniejsze uchwycenie sensu dramatu, można zadać pytanie: dlaczego Edypa spotkało to, co go spotkało? Bo było nieuniknione. Bo zapadł niepojęty wyrok bogów. Jego wina wynikała z prawa boskiego, nie ludzkiego. Pięćdziesiąt lat temu, z jakim by bałwochwalczym stosunkiem nie podchodzić do kierownictwa PRL, nie sposób postrzegać go jako siły wyższej. Rozgrywała się brudna polityka, toczona przez ludzi z krwi i kości. Można zrozumieć chęć czerpania z najlepszych wzorców - wszakże Arystoteles wskazuje dzieło Sofoklesa jako doskonałą realizację założeń tragedii - lecz takie odwołanie powinno być tym lepiej uzasadnione. Antyczni autorzy opracowywali mity, twórcy "Sprawiedliwości" deklarują, że wszystkie padające słowa są prawdą. Czy już to miałoby być gwarancją jakości? Oglądamy w końcu przedstawienie. Nie zdecydowano się poświęcić teatru, zaryzykować atrakcyjność/oglądalność spektaklu.

Ostatnia wątpliwość dotyczy kwestii podstawowej. Czy jest słusznym wkraczać na ścieżkę prawną w kraju, w którym można mieć uzasadnione wątpliwości co do jego praworządności? Już połączenie funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości budziło zastrzeżenia, lecz z perspektywy czasu okazuje się początkiem dużo bardziej spektakularnych machinacji, którym nieustępliwie poddawany jest wymiar sprawiedliwości. Ponadto twórcy przedstawienia powtarzają w sposób jeśli nie zbieżny to równoległy metodę działania rządzących - chcieliby rozliczać historię na sali sądowej. W takich warunkach uzyskanie tytułowej sprawiedliwości zdaje się być nierealizowalnym marzeniem.

***

Jan Karow - absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, studiuje na III roku Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej, publikował m.in. w "Didaskaliach", "Teatrze", "Teatrze Lalek", "Nietak!cie", "Notesie na 6 Tygodni" i "Teatraliach".