powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Sens i głębia

Tu nie ma pustych gestów, zbędnych elementów. Aktorzy doskonale wpisują się w koncepcję przedstawienia. Sens wynika z działań, a przez związki z innymi elementami widowiska zwielokrotnia siłę - o "Jesus Christ Superstar" Andrew Lloyda Webbera w reż. Jakuba Wociala i Santiago Bello w Teatrze Rampa w Warszawie pisze Marta Żelazowska z Nowej Siły Krytycznej.

Na widowni panuje półmrok. Publiczność zajmuje miejsca, wymijając stojące między rzędami "czarne postacie" (symbole grzechu, zła - jak się okaże). Są jak upiory z filmu Petera Jacksona "Władca pierścieni" - ubrane w długie, ciągnące się po ziemi płaszcze, twarze zakrywają im szerokie kaptury. Ich obecność wzbudza dyskomfort. Scenę zasłania czarna kurtyna z wyciętym na środku tytułem spektaklu - "Jesus Christ Superstar", przez który pada światło, delikatnie rozświetlając rampę. Słychać przeszywający pomruk wiatru. Środkiem sali sunie zwiewna "biała postać" z wonnym kadzidłem w ręku, oświetla ją smuga błękitnego światła. "Czarne postacie" powoli kierują się w stronę sceny, stają na niej zwartą grupą. Rozbrzmiewa muzyka, światła gasną, spektakl się rozpoczyna.

"Jesus Christ Superstar" Andrewa Lloyda Webbera (muzyka) i Tima Ricea (libretto) z 1971 roku to pierwsza w historii teatru muzycznego rock opera, opowiadająca o ostatnich siedmiu dniach życia Chrystusa. W sposób niekonwencjonalny przedstawia Zbawcę jako pierwszego w dziejach świata idola. Musical wzbudził kontrowersje, ale szybko stał się hitem granym w Stanach Zjednoczonych i Europie. Na polskich scenach gości od 1987 roku (prapremiera w Teatrze Muzycznym imienia Danuty Baduszkowej w Gdyni), warszawska inscenizacja Jakuba Wociala i Santiago Belli (premiera 18 marca 2016) jest czwartą z kolei. To "sezonowy" przebój Teatru Rampa, prezentowanym tylko przed Wielkanocą, dlatego warto teraz o nim napisać.

Zespół muzyczny wciśnięty jest w głąb niewielkiej sceny. Instrumentaliści stoją w rzędach, część z nich na specjalnych podestach, perkusja otoczona jest ścianką z pleksiglasu (jak na koncertach rockowych). Między nich wstawione są różnego typu reflektory. Z sufitu zwisają białe liny. Z boku stoi krzyż, owinięty białym materiałem, z wyciętym w środku zarysem ludzkiej postaci (scenografia Dorota Sabak). Tu skupiają się działania aktorów. Wykonując piosenki (między innymi "Heaven On Their Minds", "I don't know how to love him") czy modląc się, zwracają się do krzyża, tak jakby symbol męki i śmierci Jezusa istniał w ich świadomości, a ofiara Chrystusa była czymś oczywistym i powtarzalnym. "Jesus Christ Superstar czemu z siebie złożyłeś dar? Powiedz, że Ty jesteś Bogiem i zbawisz mnie" - śpiewają Apostołowie i ich żony, wykonując jednocześnie rewiowy taniec (doskonała choreografia Santiago Belli). Ubrani są na biało (kolor odkupienia), a z rąk i twarzy spływa im krew biczowanego przed chwilą Jezusa (Jakub Wocial).

Reżyserzy swoistym mistrzem ceremonii czynią postać w białej szacie (kolor jest tu symbolem czystości i dobra, dlatego biały jest też kostium Jezusa). To istota widzącą i wiedzącą wszystko (kapłanka? Bóg?). To ona w pierwszej scenie prorokuje mękę i śmierć Chrystusa na krzyżu, czego wyrazem jest symboliczny taniec w wykonaniu aktorów w szarawych kostiumach (barwa symbolizuje neutralność, pokutę). Kontroluje, by to co przepowiedziane, wypełniło się. W niezrozumiałym dla widzów języku przekonuje ogarniętego wątpliwościami Judasza (Sebastian Machalski), by zdradził przyjaciela; Chrystusowi wkłada na głowę cierniową koronę; a w scenie biczowania przechodzi przez widownię znacząco na nią patrząc. Jako jedyna czuwa przy umierającym na krzyżu Zbawicielu. Postacie w czarnych szatach, które go powiesiły, szybko wycofują się w stronę widowni. Pozostają tam do końca spektaklu, jak wyrzut sumienia. Syn Boży umiera przecież nie za swoje grzechy, tylko za nasze. Krzyż zostaje zasłonięty płótnem odwzorowującym Całun Turyński - obraz powstał na nim w chwili zmartwychwstania. Gdy płachta unosi się, dostrzegamy pusty, pięknie oświetlony krzyż, słychać jęk porywistego wiatru. Widzowie wydają się przejęci i poruszeni.

Ciekawą postacią jest Maria Magdalena (Natalia Piotrowska) ubrana w długą, szaro-czerwoną suknię (czerwień to symbol miłości). Zakochana w Jezusie, porywająco i zmysłowo śpiewa o uczuciach jakimi darzy mężczyznę, nie Boga. Herod (Daniel Zawadzki) w złotym kostiumie (symbol władzy i bogactwa) wystylizowany jest na Krzysztofa Krawczyka. Otoczony wianuszkiem seksownych groupies wykonuje kabaretową piosenkę.

Reżyserzy opierają charakterystykę postaci na symbolice barw. To bardzo prosty zabieg, ale sprawdza się tu doskonale. Efekty wizualne oparte są głównie na grze świateł (Tomasz Filipiak) i wykorzystaniu niepozornych rekwizytów: proszek, którym tancerze posypują w tańcu ręce; białe taśmy, które protagonista trzyma w dłoniach (przypomina Jezusa Miłosiernego), a w chwili śmierci wypuszcza z rąk; płachta białego płótna układana na scenie wyznaczająca miejsce Ostatniej Wieczerzy czy rozpościerana przez środek sali przez "białą postać". Tu nie ma pustych gestów, zbędnych elementów. Aktorzy doskonale wpisują się w koncepcję przedstawienia. Sens wynika z działań, a przez związki z innymi elementami widowiska zwielokrotnia siłę. Jest efektownie, a nie efekciarsko. Zachwyciła mnie warstwa muzyczna przedstawienia (dyrygent Jan Stokłosa). Piosenki w interpretacji Jakuba Wociala i Sebastiana Machalskiego wywołują ciarki na plecach, ale pochwały należą się wykonawcom wszystkich ról.

Spektakl jest zakrojony ambitnie i szeroko, należy do najciekawszych, jakie miałam przyjemność oglądać w ostatnim czasie. Reżyserom udaje się z kultowego hitu wyciągnąć sens i głębię. Publiczność przyjmuje "Jesus Christ Superstar" w stołecznej Rampie owacją na stojąco.

***

Marta Żelazowska - pedagog, absolwentka studiów podyplomowych Wiedza o teatrze i dramacie z elementami wiedzy o filmie w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk oraz Laboratorium Nowych Praktyk Teatralnych.