powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Czy wizjoner z księgowym może dogadać się w teatrze?

W dniu odbywającego się w Instytucie Teatralnym seminarium "Czy kultura się opłaca?", prezentujemy pierwszą część rozmowy dyr. Doroty Buchwald z prof. Szkoły Głównej Handlowej dr hab. Rafałem Kasprzakiem o efekcie ekonomicznym teatru.

Już za niespełna dwa miesiące, 12 maja, teatry i ich publiczność obchodzić będą kolejny Dzień Teatru Publicznego. Z tej okazji, zapewne znów na ponad 100 polskich scenach, zagrane zostaną "spektakle za grosze". O tym, że w teatrze "grosze grają rolę" Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego przypomina w maju od czterech lat. W tym roku symboliczna cena biletu wyniesie 300 groszy (3 zł). To znacząca kwota. Z badania ekonomicznego teatrów, które na zlecenie Instytutu Teatralnego przeprowadzili ekonomiści Szkoły Głównej Handlowej, wynika, że 1 złotówka dotacji samorządowej przynosi nieco ponad 3 zł przychodu dla gospodarki regionu, w którym teatr pracuje. - Mamy dla organizatorów - samorządów wszystkich szczebli - fantastyczną wiadomość. Jest dowód na to, że teatr publiczny nie jest generatorem straty, ale wręcz przynosi zysk! Nie musi być kłopotem i problemem, ale może być prawdziwą inwestycją - tłumaczy dr hab. Rafał Kasprzak, autor metody i koordynator badania.

-----

CZY WIZJONER Z KSIĘGOWYM MOŻE SIĘ DOGADAĆ?

DOROTA BUCHWALD: Czy ekonomista chodzi do teatru?

RAFAŁ KASPRZAK: Czasami.

DB: Czy będąc w teatrze, zadajesz sobie pytanie, kto za to płaci? Czy to jest instytucja państwowa, prywatna, działa dla zysku czy dla pożytku publicznego? Czy cena biletu jest dla Ciebie istotna?

RK: Jako widz nigdy o tym nie myślałem, ale jako naukowiec tak. Ponieważ stać mnie na kupienie drogiego biletu, więc kieruję się przy wyborze przede wszystkim gustem, własną potrzebą i atrakcyjnością tego, co chcę obejrzeć, a nie ceną czy systemem organizacji.

DB: Jasne. Czyli nie myślisz o tym, że państwo ma obowiązek utrzymywania takich instytucji, jak teatry publiczne?

RK: Jako widz - nie, ale jako naukowiec - tak. Będąc studentem Szkoły Głównej Handlowej patrzyłem na to zagadnienie trochę może inaczej niż dzisiaj. W SGH jest silny nurt myślenia bardzo liberalnego, z którym - im jestem starszy, i im bardziej wchodzę w badania kultury - może nie tyle nie zgadzam się całkowicie, bo ta szkoła ma jak najbardziej ręce i nogi, ale uważam, że ją trzeba troszeczkę dostosować do specyfiki sektora.

DB: Taki liberalny pogląd, że właściwie wszystko powinno być poddane rygorom ekonomii, przynosić zysk, w myśleniu o finansowaniu kultury mocno jest w ostatnich latach obecny. Ekonomia staje się też bardzo silnym argumentem dla urzędników podejmujących decyzje o wydatkowaniu pieniędzy z publicznych budżetów. Mam na szczęście wrażenie - i to chyba spowodowało, że próbujemy cię "przeciągnąć" na stronę teatru - że tym, co robisz, próbujesz pokazać właśnie trochę inną szkołę myślenia o ekonomii w kulturze, trochę inną filozofię. Że ten zysk można w bardzo różny sposób wyliczyć, wykazać.

RK: W ekonomii od dawna już nie mówi się o tym, że firma ma generować zysk. Firma ma budować wartość. Cała moja misja - jak ją sobie na własny użytek zdefiniowałem - polega na tym, żeby pokazywać, że niematerialna część produkcji teatralnej, efekty działań teatralnych, to wartość, którą można mniej lub bardziej zliczyć. I udowodnić, że nawet jeśli instytucja jest deficytowa zgodnie z tabelami matematyki, nie oznacza automatycznie, że należy ją zamknąć. Ona po prostu inaczej generuje zysk. Oczywiście trzeba się takiej instytucji przyglądać, bo deficyt może wynikać z różnych powodów - z niefrasobliwie podjętych decyzji finansowych, złych szacunków czy niekompetencji zarządczych. Ale może - i tak jest chyba z teatrem - wynikać ze specyfiki branży. Teatr świadczy bardzo drogie usługi, które nie mają efektu ekonomii skali. Przychodzą mi do głowy - jako dobry chyba przykład - prywatne szpitale i niepubliczne zakłady opieki zdrowotnej, które najczęściej zajmują się prostymi i tanimi rzeczami. Jednak jak jest coś niestandardowego, to zamykają drzwi przed nosem klienta i po prostu odsyłają do publicznej służby zdrowia, która musi przyjąć pacjenta i zrobić bardzo drogie badania. To powoduje - w większości przypadków - że publiczna służba zdrowia jest permanentnie niedofinansowana. Czy to oznacza, że trzeba zamknąć publiczną służbę zdrowia? Nie, bo ona generuje określoną wartość. Niedeficytowy jest sektor kultury popularnej, rozrywki. Deficytowy, w tym sensie, że potrzebujący dotowania, jak służba zdrowia, jest sektor kultury wysokiej. I decydenci muszą to zrozumieć. Trzeba im umieć pokazać, że zysk nie jest jedynym kryterium podejmowania decyzji o finansowaniu. I to jest nasz problem i nasze zadanie, którym od jakiegoś czasu się wspólnie zajmujemy, ponieważ brakuje w ekonomii sposobów pomiaru tych właśnie efektów miękkich, to jest potężna luka badawcza. Mam też nadzieję, że rozwiązania, które możemy przy tej okazji znaleźć, przydadzą się także innym, bo ten problem nie dotyczy jedynie kultury. Kultura jest sektorem usług społecznych, w którym to worku - przepraszam za to określenie - są różne rzeczy, między innymi edukacja i ochrona zdrowia. W każdej z tych branż problemy są podobne, bo z bardzo uproszczonego punktu widzenia, każda z nich jest deficytowa, ale generuje wartość. Wartość, którą właśnie trudno jest zmierzyć. Coś już się dzieje w tej kwestii w przypadku zdrowiu, coś w edukacji. W przypadku kultury w Polsce jest to ciągle pole, które można naprawdę bardzo mocno kultywować.

DB: Mam nadzieję, że to twoje kultywowanie pomoże nam w przekonaniu urzędników i decydentów ds. kultury w samorządach, którym podlega większość teatrów publicznych w Polsce, że zarządzają oryginalnymi instytucjami wytwarzającymi unikalną wartość artystyczną. I że w takiej perspektywie asygnowana z budżetu dotacja podmiotowa, na którą się składają podatnicy, nie jest stratą, nie jest dziurą, nie jest obciążeniem w budżecie, tylko - w pewnej filozofii myślenia o finansach publicznych - inwestycją. Tak, jak się inwestuje w specjalne strefy ekonomiczne, tak inwestować się powinno w kulturę.

RK: No tak, jest to oczywiście - formalnie rzecz biorąc - wydatek dla budżetu, ale rekompensowany innymi efektami. Nie dzieląc włosa na czworo: z punktu widzenia budżetu państwa każdy wydatek jest stratą, ale nikt nigdy nie patrzy na to w ten sposób, bo byłoby to absurdalne. Każdy wydatek generuje jakieś oddziaływania. Czy jest sens utrzymywać kopalnie? Z punktu widzenia skrajnej doktryny ekonomicznej nie ma to całkowicie sensu. Czy jest sens wydawać pieniądze na utrzymywanie różnych instytucji? Ktoś mógłby powiedzieć, że nie ma sensu, bo nie przynoszą zysku, ale ktoś inny powie, że rzeczywiście nie przynoszą zysku, ale generują określoną wartość, pełnią określoną misję. To, czym mam przyjemność się z wami tutaj zajmować, to jest właśnie wykazanie, że część tych wydatków na instytucje, na teatry, generuje określone oddziaływanie ekonomiczne, które jest policzalne. Śledzimy przepływy finansowe - co wpływa do teatru i - mówiąc kolokwialnie - co z teatru wypływa. I liczymy, co się dzieje dalej z tym wypłynięciem, stosując mnożnik keynesowski (inwestycyjny), który, co do zasady, większość ekonomistów akceptuje. Natomiast to, co od zawsze mnie inspirowało i co jeszcze przed nami, to są efekty niewymierne, niepoliczalne. W badaniach ekonomicznych zwykle unikamy tego "miękkiego" tematu, który może być bardzo dyskusyjny, ale nie zmienia to faktu, że te efekty są, bo - na przykład - teatr integruje wokół siebie społeczność lokalną, jest miejscem podnoszenia kompetencji kulturowych, edukacji, promocji regionu. Unikalność działalności artystycznej - z punktu widzenia budowania przewagi konkurencyjnej regionu - jest na przykład kluczowa, bo przyciąga ponadlokalnych widzów. I inwestorów.

DB: Ekonomiści to rozumieją?

RK: Oczywiście. Oryginalność i niestandardowość zawsze przyciąga. Bo na przykład w mieście X pracują niezwykli artyści, powstają intelektualnie i artystycznie wybitne dzieła. Takie, że cały świat o tym mówi, a przynajmniej kilka, osób w kraju i na świecie znających się na rzeczy. A to się dzieje tylko w tym mieście, w tym regionie. Moim marzeniem jest znalezienie takich wskaźników, które pokażą i zmierzą to przyciąganie zainteresowania, budowanie tego typu wartości. Oczywiście wiem, i jako ekonomista muszę się z tym pogodzić, że budowanie podstawy dla takich wskaźników będzie się opierało na gdybaniu, czy - jak my to mówimy - na logice kosztów alternatywnych, czyli co by było, gdyby tego wydatku nie było. Nasze "twarde" wskaźniki, te które wyliczamy, ta jedna złotówka dotacji publicznej, która generuje 3 złote z kawałkiem efektu ekonomicznego, są pod względem naukowym bezpieczne. Ale, gdybyśmy wymyślili inne wskaźniki, jeśli byśmy dodali te pozostałe efekty pośrednie, to moglibyśmy wykazać, że złotówka dotacji generuje tego zysku znacznie więcej. Z pewnością by to było kilka lub nawet kilkanaście złotych więcej.

(...)