powiększwersja do drukupoleć znajomemu

"(nie)przerwana lekcja tańca"

"Od Wesela do Wesela" wg Stanisława Wyspiańskiego w reż. Ewy Ignaczak w Teatrze Gdynia Główna. Pisze Maria Dworzecka w Teatrze dla Was.

Z dramatów Wyspiańskiego każdy reżyser może wyłuskać to, co uważa za najważniejsze i uczynić przedmiotem swojej sztuki. W Teatrze Gdynia Główna Ewa Ignaczak, w roku obchodów stulecia niepodległości państwa polskiego, zdecydowała się na zaprezentowanie adaptacji "Wesela", chyba jednego z najbardziej "polskich" dramatów ubiegłego wieku. W "od Wesela do Wesela" na tapetę wzięty został społeczny wymiar dramatu. Słowami spisanymi na początku ubiegłego wieku komentuje to, co nadal jest tak gorące w Polsce i w Polakach.

Widzowie-goście tuż przed spektaklem zapraszani są na poczęstunek. Do kuluarowych rozmów włączają się kolejni aktorzy, by wspólnie z gośćmi wejść na wesele. Wesela jednak nie ma - jest lekcja tańca prowadzona przez dość bezwzględnego nauczyciela. Niespodziewana i, wydawałoby się, zupełnie niepasująca do treści sztuki; jest to scena o tyle ważna, że prezentuje prawdziwą przyczynę zgromadzenia się weselników. Bohaterowie znajdują się bowiem od początku w pewnym transie, nie tak jeszcze intensywnym, lecz już widocznym. Zebrali się po to, by wypełnić przeznaczenie, po to, by zobaczyć swoją polskość. Można nawet zasugerować się, że nauczyciel tańca to szarlatańskie ucieleśnienie Chochoła (surowy i skoncentrowany Damian Bejger). To on zwołuje całe zgromadzenie i ingeruje w przebieg wydarzeń, dyrygując postaciami. Wybija rytm i prowokuje. Jest jak Fatum.

Jego działanie jest widoczne w czasie przybycia zjaw, ale też podczas towarzyskich rozmów przy stole, które nakreślają zarys postaci. Ewa Ignaczak mocno ograniczyła ilość osób dramatu. Widz podpatruje jedynie siostry, Marynę i Zosię, Dziennikarza i Poetę oraz początkowo małomówną Rachelę. Dobór postaci nie jest przypadkowy - pozwala ukazać przekrój społeczny najbliższy nam, współczesnym. Kobiety - ironiczna, silna Maryna (Marta Jaszewska), Zosia (Małgorzata Polakowska), z jej pragnieniem przeżycia pięknej miłości oraz Rachela (Ida Bocian), ceniąca wolność i sztukę - są uosobieniem ludzi, którzy nie stoją ponad społecznością, w której żyją. Natomiast mężczyźni - Dziennikarz (Jakub Mielewczyk) i Poeta (Piotr Srebrowski) to postaci personifikujące osoby pełniące niezwykle ważne role w kształtowaniu postaw zbiorowości. Ukazujące się zjawy oskarżają ich o marazm i asekuranctwo. Stańczyk Małgorzaty Polakowskiej (nota bene najlepiej wykreowana postać w spektaklu) atakuje to, co my, Polacy, lubimy najbardziej - spowiadanie się z cudzych grzechów, byleby tylko nie ujawniać własnych słabości.

Realizacja Gdyni Głównej jest wyjątkowo oszczędna w środkach, lecz rzeczywiście, jak zapowiada Chochoł kończąc swą pierwszą lekcję - "dramat nie straci na braku dekoracji". Duża w tym zasługa pracy dramaturgicznej wykonanej nad pierwotnym tekstem "Wesela". Co wprawniejsze oko widza może zauważyć sporadycznie zdarzające się aktorom wyjścia z roli, lecz prawdopodobnie wynikają one z przyjętej koncepcji ograniczenia środków wyrazu, jakimi mogą się w spektaklu posługiwać. W "od Wesela do Wesela" brakuje muzyki, ale nie brakuje tańca. Złowieszczo nadawany rytm potęguje się w somnambulicznym tańcu, zwielokrotniony przez zapamiętałe w nim postaci. Ważkim rozmowom bohaterów towarzyszy nikłe, momentami aż do przesady, światło. Natomiast co do kluczowego świtania - tutaj reżyserka świateł, Marzena Chojnowska odzwierciedla je wzorowo, jakby rzeczywiście miało przynieść ukojenie.

W niepewnych politycznie czasach i wewnętrznym skłóceniu polskiego społeczeństwa, tekst Wyspiańskiego w żadnym stopniu się nie dezaktualizuje. Jednak w przedstawieniu Ignaczak, w którym wszystko jest przemyślane i nieprzypadkowe, widz niestety może (choć nie musi) wyczuć pewnego rodzaju obcość, tak, jakby to nie polskie sprawy stanowiły przedmiot rozważań. Nauczyciel tańca kilkakrotnie przerywa lekcję i usuwa się w cień, by niedługo znów powrócić. Z nastaniem świtu zdaje się, że odchodzi, lecz nie jest pewne, czy odchodzi na zawsze. Świt nie jest końcem, daje jedynie chwilową ulgę.

Diagnoza twórców jest jedna - należy nareszcie przerwać tę nieznośną lekcję tańca i przestać poddawać się bezwolnie rytmowi narzuconemu przez Chochoła. Może warto byłoby dokonać takich przemian, by "Wesele" Wyspiańskiego straciło swą aktualność. By polskie społeczeństwo nie tułało się "od Wesela do Wesela".