powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Czarownice z Eastwick

"Czarownice z Eastwick" Johna Updike'a w reż. Jacka Mikołajczyka w Teatrze Syrena w Warszawie. Pisze Alicja Cembrowska w Teatrze dla Was.

Musical nie jest gatunkiem, który przyspieszałby bicie mojego serca. Czy to na ekranie, czy w teatrze pojawiają się produkcje, które mnie bawią, ale są i takie, które nie zawsze mnie zachwycają. Dlatego "Czarownice z Eastwick" w Teatrze Syrena były dla mnie ciekawym spotkaniem. Starłam się z własną niepewnością, z tym niebezpiecznym punktem, którym jest "kwestia gustu".

I na tym doświadczeniu się skupię. Bo o tym, kiedy powstała powieść, w jakich spektaklach grali aktorzy i czy wersja z "Syreny" jest bardziej seksistowska czy może niesie w sobie potencjał emancypacyjno-feministyczny (i dlaczego nie) napisali już inni recenzenci. Swoje odczytanie skupiłam na małomiasteczkowej atmosferze, która stanowi dla mnie motor całej historii. Zarówno w kinematografii, jak i w przedstawieniach teatralnych możemy często odnaleźć sylwetki kobiet bezkompromisowych, wyzwolonych i walczących o swoją niezależność. Jakkolwiek bohaterki-czarownice, Alexandra (Ewa Lorska), Jane (Barbara Melzer) i Sukie (Magdalena Placek-Boryń), w mniejszym lub większym stopniu również pasują do tej grupy, to nie znalazłam w nich znamion rewolucjonistek, które za chwilę wygłoszą swój manifest.

Zarówno w filmie Georga Millera z 1987 roku, jak i ze sceny warszawskiego Teatru Syrena płynie opowieść o paniach, które zawiodły się na panach. Raczej emocjonalna, niż ideologiczna. Z tego poczucia niespełnienia rodzi się Darryl (Przemysław Glapiński) i to właśnie on ma ucieleśniać cechy faceta idealnego, wyzwolić ukryte w kobietach zdolności i możliwości. W konsekwencji poznajemy stare jak świat prawdy objawione, że rzeczywistość nie przystaje do naszych wyobrażeń, zdobyty cel gubi swoją aurę tajemniczości i dopóki sam nie zechcesz siebie odkryć, to pozostaniesz nieodkryty (wprost z pamiętnika Paula Coelho).

Odpowiedzialny za reżyserię, ale również za przekład, Jacek Mikołajczyk, równoważy na scenie moc kobiecości i jej słabość. Darryl natomiast staje się zapalnikiem, materializacją potrzeb. Bezsprzecznie punktem do odszyfrowywania trzech zbuntowanych bohaterek jest ich otoczenie, mieszkańcy Eastwick. To miasteczko w spektaklu staje się osobnym bohaterem. "Eastwick" jest synonimem hipokryzji, plotkarstwa, znudzenia i zaściankowości. Reżyser jednak nie pozwala nam na jednoznacznie negatywną ocenę tej społeczności. Daje raczej szansę na zrozumienie, na przejrzenie się w tym lustrze ludzkich zachowań.

Czarownice czują się jednak w tym środowisku osaczone i ograniczone przez oczekiwania i narzucone normy społeczne. Masz być bardziej żoną, matką, nauczycielką, niż kochanką, kobietą, artystką. Alexandra, Jane i Sukie cierpią na brak partnerów, którzy zagwarantowaliby im możliwość połączenia tych ról. Kobiety w końcu dostają to, czego chcą. Jednak przy bliższym poznaniu demonicznego Darryla dociera do nich, jak źle i nieprecyzyjnie określiły swoje potrzeby. Ostatecznie to one stawiają warunki i tak jak wcześniej ktoś pozbył się ich, tak one teraz pozbywają się niechcianego kochanka.

Ta raczej mało skomplikowana treść na scenie "Syreny" opakowana została w dopracowaną precyzyjnie formę. Postaci są wyraziste, niekiedy mocno przerysowane, tak samo jak ich emocje. Wrażenie robi choreografia, muzyka, wspaniałe kostiumy, charakteryzacja i dobre przygotowanie aktorów (wyborna Felicia Jolanty Litwin-Sarzyńskiej, mistrzowski Fidel Krzysztofa Brody-Żurawskiego, zachwycający Darryl Przemysława Glapińskiego). Na szczególną uwagę zasługują również błyskotliwe i zgrabne dialogi, gry słowne, żarty, niedopowiedzenia, subtelności, których dekodowanie było prawdziwą frajdą.

Mam wrażenie, że twórcy spektaklu zabawili się konwencją musicalu. Jasno dali znak, że nie pretendują do wymuskanego, grzecznego show. To, co mogłoby wypaść żenująco, zostało z lekkością przetransformowane w dowcip. Najlepszym tego przykładem może być niewygodna dla rodziców nastoletnia relacja Michaela (Maciej Pawlak) i Jennifer (Katarzyna Domalewska). Związek młodych nie każdemu się podoba, a dodatkowo są oni zamknięci w sobie, niepewni. Teoretycznie, to idealny pretekst, by na tle "poważnych, dorosłych problemów" pokazać cukierkową miłość niedozwoloną i przy tym tak szalenie romantyczną, kiedy z ust płyną deklaracje do grobowej deski i słodkie melodie o wielkim uczuciu. W zamian za to dostajemy prześmiewczą wersję piosenek silących się na poezję, z równoczesnym "puszczeniem oka", że czas na wyznania i czułości jeszcze przyjdzie. Teraz obejrzymy niezgrabne podrygi uczących się dopiero życia młodych ludzi.

Nie jestem skłonna do przesady, ale w tych ostatnich zdaniach sobie na nią pozwolę - Przemysław Glapiński (Darryl) zbudował postać zdecydowanie bardziej brawurową niż Jack Nicholson w głośnym filmie. Był sugestywny, zalotny, wybuchowy, ale też zachowawczy i subtelnie sygnalizujący swoje stany. Jak miałabym sobie wywróżyć demona, to chciałabym, żeby pojawił się właśnie taki.