powiększwersja do drukupoleć znajomemu

No to Bach

Kiedy zabierałem się za pisanie tej recenzji, byłem przepełniony obawami. Po pierwsze, o ile o teatrze pisałem już nie raz, to zarówno w kwestii muzyki klasycznej, jak i lalkarstwa jestem amatorem - a to solidne połączenie muzyki i marionetki obiecywał nam afisz "Goulda" Adama Walnego - po spektaklu w Starym Teatrze w Krakowie pisze Piotr Raganowicz-Macina z Nowej Siły Krytycznej.

Jak się okazało, nie było się czego bać, bo premiera nie jest kierowana do wąskiej grupy miłośników Glenna Goulda i lalek, więc łatwo się w nim odnaleźć nawet laikowi. Po drugie, jaka jest sytuacja Starego Teatru w Krakowie każdy widzi, a recenzja w zależności od treści, mogłaby mnie z miejsca przypisać do obozu politycznego. Zawsze najbardziej ceniłem recenzencką rzetelność i zdrowy obiektywizm. Oczywiście, nie można pisać o spektaklu nie podając dla kontekstu teatru, w którym jest wystawiany. Po nieprzychylnych ocenach poprzednich dwóch premier w Starym za nowej dyrekcji, których nie widziałem, miałem nadzieje, że uda się przełamać teatrowi złą passę i sam chętnie napiszę o tym, co zostało zrobione dobrze. W większości moich dotychczasowych tekstów, nawet o nienajlepszych przedstawieniach, starałem się pisać dobrze i poświęcać najwięcej miejsca temu, co się udało. Niestety, "Gould" mnie zawiódł.

Na początku Krzysztof Stawowy jako konferansjer. Ubrany we frak i buty do stepowania. Opowiada o dziełach Bacha a wszystko to w kojarzącej się z rewią otoczce. Aktor gestykuluje i wypowiada kwestie bardzo wyraziście, wpadając w groteskę, która sama w sobie może i sprawia wrażenie zabawnej. Za to żarty wzbudzają uśmiech, ale niestety politowania. Bohater przyrównuje czytanie nut Bacha do interpretowania "Hamleta". Dzieła nieopatrzone wskazówkami dla wykonawców można poznać tylko zagłębiając się szczegółowo w całokształt ich twórczości. Krzysztof Stawowy w rozmowie z Darią Będkowską (opublikowanej w programie dołączonym do spektaklu) mówi: "wygląda to w ten sposób, że aktor dramatu chcąc, żeby stało się coś więcej i piękniej używa właśnie teatru przedmiotu, zamiast znanych powszechnie wodotrysków - efektów i projekcji, którymi posługuje się dziś dość powszechnie teatr, choć i te wodotryski widz w naszym przedstawieniu znajdzie".

Wodotrysków nie ma, dramatu jest może aż nadto. Projekcja się pojawia. Startujący prom kosmiczny (nagranie interpretacji Bacha według Goulda znalazło się na dyskach Voyager Golden Records wysłanych w przestrzeń kosmiczną). Ekran się odsuwa, a na scenie fortepian, krzesło (replika krzesełka wykonanego przez ojca Glenna), w tle jakby katedralne okno, witraż. Stawowy w barokowym kostiumie wciela się w Johanna Sebastiana. Dramatycznie opowiada o muzyce, o sobie, o miłości do alkoholu, a nade wszystko do swoich dzieł.

To Bach z osobowością borderline. Oglądamy go w całym spektrum nastrojów, od wybuchów nerwowego śmiechu, po napady gniewu, tarzanie się po podłodze i żałość nad potomkami, których ma zamiar wydziedziczyć. Ma za złe światu, że jego utwory są grane "gdzie chcą, jak chcą", a jak twierdzi, "gardzi fuszerką" i wolałby, żeby jego dziełami owijano mięso, bo przynajmniej papier by się nie marnował. Wścieka się tonalną grafomanią (o ironio). Drażnią uszy hasła wykrzykiwane przez aktora, a jeszcze bardziej, gdy jak echo wybrzmiewają te same słowa, tyle że puszczane z nagrań. Modlitwa. Chyba nigdy nie słyszałem cięższego sprawdzianu boskiej cierpliwości. "Ojcze nasz", którego każda część doczekała się rozległej interpretacji pogłębionej o fragmenty z biografii Bacha, głoszone z ckliwością i butą, których nie powstydziłby się Konrad w Wielkiej Improwizacji.

Dymiarka idzie w ruch, scena zasnuwa się mgłą. Klapa fortepianu sama się unosi, z wnętrza wyłania się marioneta - Glenn Gould. Przypomina nieco mumię lub stwora Frankensteina, w którego Bach będzie usiłował tchnąć życie. Johann Sebastian podczepia do lalki linki, będące częścią skomplikowanej machiny animującej, połączonej z atrapą fortepianu. Marionetka to niewątpliwie największy plus inscenizacji. Odpowiada za nią reżyser, scenarzysta i scenograf - Adam Walny. Jest naprawdę piękna i wygląda jak Gould. Na uznanie zasługuje system, do którego lalka jest podpięta. Szkoda, że na tym jej zalety się kończą, bo potencjał marionetki nie został zupełnie wykorzystany.

Krzysztof Stawowy nie jest lalkarzem, tym można usprawiedliwić to, że dwumetrowym Gouldem porusza niezwykle topornie. Niestety, twórcom nie udało się ożywić lalki. To martwe "ciało", poruszające się to do góry, to w dół.

Kompozytor doczekał się wreszcie godnego następcy, na którego czekał całe życie. Udaje się na spoczynek. Na krzesło przed klawiszami zostaje opuszczony Gould-marionetka. Na fortepianie, niczym na katafalku kładzie się Bach. Wreszcie może odejść w pokoju. Znika w instrumencie. Pokrywa się zamyka. Na scenie znowu widzimy ekran, tym razem nagranie puszczone od tyłu. Startująca rakieta w oparach spalanego paliwa osiada na ziemi. Gould gra "Wariacje Goldbergowskie".

Jeszcze na do widzenia konferansjer powraca z pytaniem, które przewija się od początku - "Dlaczego Gould?" Dlaczego Bach? Co jeśli ktoś w kosmosie to usłyszy i przyleci na ziemie? Co wtedy zrobimy? Zabijemy go? Glenn Gould był niewątpliwie muzycznym ewenementem. Wspaniałym artystą, ekscentrykiem, ciekawą osobowością. Szkoda, że tego Goulda, z jego złożonością, w spektaklu zupełnie nie ma. Owszem, są nagrania z Bacha w interpretacji Goulda, są fragmenty filmowe, na których oglądamy słynnego pianistę przy pracy, jest lalka portretująca Goulda, ale wszystko martwe, bez wyrazu, przysłonięte grubą warstwą tragikomedii i farsy, przegadane.

Na koniec widownia wstała do owacji. Siedząc, czułem się bardzo odosobniony. Nie wstawałem nie dlatego, żeby zamanifestować polityczny opór wobec stylu zmiany dyrekcji w Starym Teatrze. Czułem po prostu, że ta premiera nie była dobra. Nie neguję, że mogła podobać się publiczności. Być może w treści odnajdą się melomani, miłośnicy Bacha, Goulda albo obu tych panów. Spektakl zresztą to nie nowinka, a przeniesienie na deski Starego "Goulda - Wariacji" z Walnego-Teatru.

Ja podziękuję. Rodzi się we mnie obawa, kiedy widzę na premierze zamiast pękającej w szwach Sali Kameralnej, przepełnionej młodzieżą w spodniach w paski, dystyngowane towarzystwo i wiele pustych miejsc, a nawet zaczynam wierzyć, że ze Starym dzieje się coś niedobrego. Do tego ceny biletów pną się w górę.

***

Piotr Raganowicz-Macina - student I roku performatyki przedstawień Uniwersytetu Jagiellońskiego.