powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Pionowy świat

Pomimo wydłużającej się listy wybitnych kobiet zadziwiających świat, mężczyzn i same siebie, wciąż ich jak na lekarstwo. Każdorazowy ich sukces, niezależnie od dziedziny, budzi podziw, zazdrość, jak i kąśliwe komentarze, często mające obniżyć rangę dokonania - o monodramie "Wanda" Anity Janci-Prokopowicz pisze Sławomir Szczurek z Nowej Siły Krytycznej.

Nie dosyć, że przychodzi im walczyć z własnymi słabościami, to często jeszcze muszą udowadniać opinii publicznej, że ich osiągniecia nie są dziełem przypadku (że coś się udało) czy wynikiem komitywy z mężczyznami, lecz efektem samodzielnej pracy. Nie bez znaczenia pozostaje pasja. W równym stopniu warunkuje życie, jak i jest w stanie je odebrać. Jedną z takich kobiet była Wanda Rutkiewicz. Zginęła w górach. Jej ciała nie odnaleziono.

Monodram "Wanda" w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej zaczyna się przejmująco. Anita Jancia-Prokopowicz tkwi skulona w pozycji embrionalnej, gdzieś poza światem, albo w lepszym świecie. Naga. W szklanej tubie. Zaczyna jakby jednak była. Tuż obok, na wyciągniecie ręki, jakby szeptała nam do ucha swoją opowieść, zapraszała do świata, z którego chciałaby się wytłumaczyć. Początek jest dość przewrotny. Jak na wielce utytułowaną himalaistkę i jedną z najważniejszych kobiet gór przystało, Wanda otulona jest bielą scenografii, niby-śniegiem. Otulina jednoznacznie nawiązuje do czystości i niewinności oraz poczucia absolutu. Bohaterka przyznaje, że jej ciało - wbrew temu co o sobie myślała - podobało się innym. Jako zaginiona ma świadomość, że śmierć niesie wyzwolenie. Lekko zdyszana, sama sobie się dziwi, że zdecydowała się na powrót, skoro tam, w innych światach jest jej tak dobrze. Wróciła, by na naszych oczach wskrzesić samą siebie i - myślę, że - także dla frajdy przeżycia tego wszystkiego raz jeszcze.

Anita Jancia-Prokopowicz mówi lekko, naturalnie. Nawet, gdy przywołuje historie najcięższego kalibru, jak ta z Broad Peak, gdy Wanda straciła towarzyszkę wyprawy. Rutkiewicz dała jej słowo, że po nią wróci. Muzułmański kraj odmówił pochówku kobiety, którą uznaje w swej tradycji za pozbawioną duszy. Wanda jednak wywiązała się z danego słowa cztery lata po tragedii. Szybko odreagowuje traumatyczne wspomnienia błahymi tematami, iście "kobiecymi" - jak ten o pięknej bieliźnie.

Obrazy w spektaklu Marii Sadowskiej i Joanny Grabowieckiej zmieniają się niczym pogoda w górach, są nieprzewidywalne i zachwycające. Mikrofon zjeżdża do aktorki z nadscenia. W chrystusowym geście rozłożonych rąk, niczym natchniona, mówi do niego o powinnościach ciała, które winno oswoić góry. Echo niesie słowa w przestworza - tam, gdzie człowiek jest "chroniony, lecz bez ochrony". Wanda wróciła na bielską scenę po to, by przypomnieć o tym, że istnieje lepszy świat. Całą sobą uwiarygadnia jego istnienie. Jest niczym zahipnotyzowana. Patrząc na nią, wiem i wierzę jej na słowo, że ów lepszy świat naprawdę jest.

Momenty metaforyczne czy intymne mieszają się z prozaicznymi - z pragmatyzmem gór i wspinaczki. Aktorka niczym Rutkiewicz trzyma reżim nad sobą, nad tym, co chce powiedzieć, pilnuje, by nie zdradzić zbyt wiele. Słyszymy konkretne zalecenia, że na przykład przed wyprawą należy wyleczyć zęby. Cytuje jak z rękawa, zna zasady panujące w górach, wie, jakie są drogi do celu - jest perfekcyjnie przygotowana. Do wspinaczki podchodzi zadaniowo. Imała się wielu prac, by zarobić na kolejne wyprawy, dołączyć do ekipy. Wanda potrafi być też zabawna. Jak wtedy, gdy mówi o seksie powyżej siedmiu tysięcy metrów, bądź odpowiadając na pytanie sponsora, co mu może zapewnić w zamian za dofinansowanie - szczytowanie.

Zaraz po tym widzimy ją na lodowcu. Targają nią rozterki, świadoma jest, że za każdą wyprawę musi zapłacić cenę. Wspomina trudne małżeństwa, narzeka na mężczyzn, którzy nie dotrzymali jej kroku lub nie rozumieli, że są aspekty życia, w których to ona musi być pierwsza. Nie każda kobieta rzuciłaby welon ślubny z dachu schroniska, wiedząc, że nazbyt asekuracyjny mąż patrzy na nią z dołu. Ale jak każda, Rutkiewicz chciała kochać i pozostać kochaną.

"Wanda" to portret doświadczonej życiowo kobiety, której od młodych lat towarzyszyła gęstniejąc atmosfera śmierci. Brat ginie od niewypału, ojciec zostaje brutalnie zamordowany, wielu współtowarzyszy wypraw ginie w górach, pochłonęły one także ukochanego Kurta, jego śmierć widziała na własne oczy. Wanda zauważa, że to ona rezygnowała z mężczyzn dla gór - przejmująca to scena. Skoro śmierć odbiera najbliższych podczas dziecięcej zabawy lub w zaciszu domu, dochodzi do wniosku, że nie ma sensu przed nią uciekać. I tak sama przyjdzie, gdy tak postanowi. Te doświadczenia sprawiły, że Rutkiewicz nie chciała zmarnować życia. Wolała je narażać. Radość z każdego zdobytego szczytu, uśmiech, ulga i błogostan w oczach wywoływały uczucie prawdziwej miłości do pionowego świata. Chciała być niczym góry: osobna, niezależna i twarda.

Po obejrzeniu spektaklu wiem, że była kobietą nade wszystko oddaną pasji. Pobrzmiewały w niej chęci normalnego życia, ale inaczej nie umiała, nie potrafiła żyć bez gór i trudno ją winić za radykalizm. Ten efekt empatii to bardzo duża zasługa Anity Janci-Prokopowicz, która podeszła do roli z szacunkiem, nie oceniając bohaterki, nie wartościując i zachowując maksymalną obiektywność przekazu. Niczym Rutkiewicz jest świadoma siebie, swojej seksualności, cielesności. Role mężczyzn i kobiet zrównały się, w starciu z naturą i żywiołem gór płeć nie ma znaczenia.

W obliczu ostatnich wydarzeń (Tomasz Mackiewicz zaginął pod koniec stycznia 2018 roku podczas zdobycia góry Nanga Parbat - tej samej, na którą weszła Rutkiewicz) przekaz spektaklu nabrał dodatkowych kontekstów. Historia Wandy nakazuje spojrzeć na ludzi z pasją przychylniejszym okiem. Ryzyko wpisane jest w wyprawę górską, zdobycie szczytu to nie wszystko. Rutkiewicz wspomina, że sukces jeszcze należy znieść na dół. Jej się to nie udało. Została tam, gdzie czuła się u siebie. Chcąc dotknąć boskich spraw, pozostała w świecie idealnym. Nie musi już schodzić na dół, brać udziału w rozmowach, których nie rozumie, woli milczeć.

Bielski spektakl to zaproszenie do osobnego świata człowieka z pasją, która kształtuje życie, łącznie ze śmiercią. To wolności wyboru i prawo do stanowienia o sobie samym; ucieczka od pustosłowia i obcowanie ze sobą w skrajnych warunkach. Monodram jest skrzętnie zrealizowany i dobrze zagrany. Anita Jancia-Prokopowicz to dziewczyna z sąsiedztwa - kobieta i himalaistka. Świetnie pasuje do roli. Tworzy spójny obraz Wandy Rutkiewicz z fragmentów jej życia, przeplatających się i zmieniających jak w kalejdoskopie. Jest eteryczna, kiedy trzeba, i za chwilę sprawna fizycznie: tańczy, biega, ćwiczy, wskakuje, wspina się, staje na rękach i dalej mówi. Słychać jej każdy oddech, urywany, każdy brak tchu, sapanie. Dzięki niej czujemy i widzimy góry. Aktorka bardzo się dyscyplinuje, ale w najdrobniejszych gestach jest naturalna (choćby spinanie włosów). Przez siedemdziesiąt pięć minut skupia uwagę widzów, dwojąc się i trojąc.

Przedstawienie utkane jest z drobnych akcentów. Przestrzeń Małej Sceny została bardzo dobrze ograna (scenografia, kostiumy, wideo - Ilona Binarsch; światło - Ilona Binarsch, Joanna Grabowiecka). Rusztowania, po których wspina się Wanda, idealnie organizują rzeczywistość gór. Potencjał tekstu Wiesławy Sujkowskiej, talent aktorki i reżyserek nie zmarnował się. To dobry spektakl. A sama Wanda Rutkiewicz niczym jej ukochane góry - pasjonująca. Skarbów i tajemnic pełna.

**

Wiesława Sujkowska

"Wanda"

premiera: 14 października 2017, Teatr Polski w Bielsku-Białej, Mała Scena (obejrzany: 7 lutego 2018)

reżyseria: Maria Sadowska, Joanna Grabowiecka

występuje: Anita Jancia-Prokopowicz

*

Sławomir Szczurek - mieszka w Katowicach, z wykształcenia filolog polski (Uniwersytet Warszawski), wielki miłośnik teatru.