powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Temperowanie sztuczności - Teatroteki Fest dzień pierwszy

Zaskoczył mnie bardzo wysoki poziom trzech zaprezentowanych spektakli, świadomość ich twórców w operowaniu tym konkretnym sposobem opowiadania i igranie z kiczowatością medium teatru jako planu filmowego - o spektaklach "Dziecko" Ingi Iwasiów w reż. Barbara Białowąs, "Dzielni chłopcy" Magdaleny Drab w reż. Szymona Waćkowskiego oraz "Spalenie Joanny" w reż. Magdaleny Miecznickiej pisze Kinga Kurysia z Nowej Siły Krytycznej.

Uczciwe będzie, jeśli na wstępie przyznam się, że nie znam się na Teatrze Telewizji. Medium i sposób operowania w nim kamerą raczej odstraszał moje oczy. Połączenie teatru i telewizji wydawało mi się paradoksalne, przykurzone. Zetknięcie z realizacjami pierwszego dnia Teatroteki Fest pomogło mi trochę oswoić ten sposób opowiadania. Posługiwanie się przeciwieństwami i jawna teatralność w umiejętnych rękach dają przedziwny potencjał. Zaskoczył mnie bardzo wysoki poziom trzech zaprezentowanych spektakli, świadomość ich twórców w operowaniu tym konkretnym sposobem opowiadania i igranie z kiczowatością medium teatru jako planu filmowego. Pozwala to też wyjść tej formie teatru poza instytucjonalny kontekst państwowej telewizji, poza przyciężkawą hermetyczność gatunku oraz na otwarcie nowych możliwości teatru rejestrowanego.

Różowe legginsy i pościel we wzorki

"Fajnie by było być dzieckiem, nie chodzić do pracy, donikąd nie chodzić. Tylko czekać na wszystko" - mówi Marek (Marcin Bosak). Właśnie wrócił z Tokio. Obok na łóżku ledwo żywa żona (wspaniale charakterystyczna Magdalena Czerwińska). Marta częstuje go na powitanie frustracjami, podkrążonymi oczami. Nie daje już rady. Wiecznie niedogadani, przemęczeni, rozczarowani późnym dorastaniem. Co z tego, że w końcu po milionach prób, slalomów papierkowych i absurdalnych procedur udało się im dostać dziecko na próbę.

Na tle ogromnej, kiczowatej tapety w kolorowe motyle, siedzą bezwładnie oparci o tył łóżka. Nie pomogą już zatyczki do uszu, satynowe opaski na oczy - spania nie ma. Końcowa scena ubrana jest w aurę taniego koszmaru, jednak pomnożenie jej o kolejny sen, wydobywa zawieszenie głównych bohaterów w rzeczywistości. W jednej z ostatnich scen ubranka i dziecięce zabawki wirują w pralce. Wcześniej leżały rozwalone wokół małżeńskiego łóżka, teraz maszyna przemiela dotychczasowy cel życia. Nierzeczywiste i chłodne niebieskie światło płynie ze środka urządzenia na ich twarze. Marta i Marek siedzą na podłodze z podkulonymi nogami i gapią się bezradnie w okrągły otwór pralki.

Reżyserka Barbara Białowąs i Adam Palenta, autor zdjęć, lokują bohaterów w pstrokatych, sztucznie nowoczesnych przestrzeniach, tak przerysowanych, że zbyt oczywistych, bawią się tandetnymi światłami. Nowobogacka estetyka zaczyna zżerać Martę i Marka, w ostatniej scenie wpatrują się w kamerę, odkrywając twarz, którą usilnie starali się przykryć kolorowymi rekwizytami. Podobnie jest z rzutką i bezwzględną urzędniczką katolickiego ośrodka adopcyjnego (Ewa Skibińska). Widzimy ją pod odpustową Maryjką na ścianie, gładzi golf zakrywający szyję. A za chwilę leży w neonowym stroju kąpielowym w solarium i składa przez telefon Marcie łapówkarską propozycję.

Inga Iwasiów w sztuce "Dziecko" przenika różne płaszczyzny małżeńskiego życia, od politycznej po społeczne konteksty macierzyństwa i ojcostwa. Dziecko, które wydawało się być długoterminowym planem organizującym życie znika ze sfery marzeń, projekt przechodzi w fazę realizacji. Okazuje się, że potrzebowali go jako "spinki" dla relacji między sobą. Po fiasku rodzicielstwa przychodzi pomysł, żeby oddać dziecko innym rodzicom. I wziąć kolejnych pacjentów, kolejne zlecenia. Marta i Marek nie ruszają się z łóżka.

Po co chłopcom tożsamość

Kim są dzielni chłopcy? To zawzięci fani piłkarskiego Naszego Klubu Sportowego, który jest najważniejszy w ich życiu. Organizuje codzienność, daje tożsamość i siłę społecznych relacji. Cel jest prosty: być przeciwko tym, którzy nie są za nami. Reguły gry są równie klarowne - czarne albo białe - poza tym siła, duma, przynależność, zaufanie, męskie wychowanie i ideały. Tekst Magdaleny Drab "Dzielni chłopcy" jest trochę "łazikowski", próbuje zbadać różne odcienie kibolskiego i kibicowskiego świata piłki nożnej i zadaje pytanie, czy dzielnym chłopcom na pewno chodzi o sport. Autorka w ciekawy sposób wpuszcza "łazik" w konkretne środowisko i bada jego odcienie, faktury, pokazuje ujęcia z różnych stron - dzięki temu jej sposób narracji swobodnie przemieszcza się po obserwowanym terenie.

"Stadion is now a soccer temple and I love you all be proud and be happy" - mówi zgrzytającą angielszczyzną Piękna Pani z Telewizji (cudowna Małgorzata Zawadzka). Najpierw oczyściła krzesełko na trybunie klejącą rolką do ubrań, potem poprawiła kokardę na szyi i spódnicę, wyfryzowała włosy i pomalowała usta. Może relacjonować piłkarskie święto i z wdziękiem sztywnej stewardessy, z powłóczystą klasistowską frazą la Krystyna Czubówna, przedstawiać "nieokiełznanych" i zagrażających układowi społecznemu zagorzałych kibiców. Opisuje ich z offu, podczas gdy oni na ekranie uosabiają wyobrażenie na ich temat - rozszalali i zwierzęcy skaczą na trybunie z szalikami, wymachują czym mogą. A co, jeśli w rzeczywistości krzesełka, na których wyładowywana jest frustracja, i szerzej cały stadion i kontekst sportowy są jedyną przestrzenią, w której tacy jak "oni" mogą wyciągnąć samych siebie ze społecznego niebytu? Czyimi oczami chcemy ich widzieć?

Władek Michalak (Piotr Ligienza), który "nie wierzy w boga, ale wierzy w zielone barwy NKS-u" od roku jest niewidomy, ale teraz za pomocą kamery sam sobie przyprawia oczy. Bo może. Rejestruje wszystko, co się dookoła dzieje. Dobromir Dymecki (Krzyś), Tomasz Schuchardt (Olaf) i Paulina Gałązka (Izaura) pomagają mu ustawiać kamerę i upewniają, że trzyma ją w odpowiednim kierunku. Nieumiejętne kadry stanową istotną część narracji. W przeciwieństwie do jednoczącej plastikowej aury "piłkarskiego święta", przypominającego piknik rodzinny, pokazują sytuację od środka, są "łazikiem", który towarzyszy bohaterom przy łataniu dziur w sektorówce, ustalaniu akcji czy przepływie społecznego niezadowolenia po pałowaniu i używaniu armatek wodnych przez policjantów. Krzyś rzuca do kamery pogardliwe: "gwałty, podpalenia", "bijemy ludzi jak popadnie" i nabija się z narracji przyjemniackiego policjanta (Michał Czernecki), który z rozrzewnieniem wspomina, że za dzieciaka też był kibicem i jadł na stadionie prażony słonecznik z papierowej tytki.

Jest też druga strona medalu - reżyser Szymon Waćkowski zadaje obrazami pytanie: co zamiast? Beznadzieja domu Krzysia i Radka (Mateusz Więcławek),w którym Matka Bezradna (Katarzyna Gniewkowska), sparaliżowana i uzależniona od przełączania kanałów, nie chce wyjść do okna czy na balkon, bo jest przekonana, że tam nic nie widać. Żona Olafa, Żanetka (Oriana Soika), z każdym telefonem kolegów męża, którzy wyrywają go z marazmu małżeńskiego oglądania telewizji i uciszania synka Zibiego (na cześć Bońka), grozi mu rozwodem. Ona zawsze grozi, on zawsze wychodzi.

Dobrze, ale jak już przyliżemy krzyczącym panom kibolom i paniom kibolkom te ich rozmierzwione i łyse głowy, to co będziemy mieli im do zaoferowania? "Ta historia pokazuje, że napisy na murach należy traktować poważnie. Wszystko jest względne. NKS jest bezwzględny" - rzuca na koniec zmieszana Piękna Pani z Telewizji. Nie ma już śladów po jej przyklejonym uśmiechu, wszystko jest bardziej skomplikowane, niż przyjmuje to plazmowy ekran w HD w aurze kapitalistycznego święta konsumpcji. Poirytowana szamocze się z kokardą na szyi, szczelnie zaciska palce z czerwonokrwistymi paznokciami na mikrofonie i zaczyna na nowo opowieść.

Co to jest historia i kto i za ile może ją mieć

Zupa pomidorowa bulgocze na kuchence gazowej, kamera jest prawie wetknięta w środek garnka, kadr zajmuje się ogniem. Cięcie. Wspaniały duet aktorek - Anna Kłos-Kleszczewska (wnuczka Joanna ) i Jadwiga Jankowska-Cieślak (babcia Helena) - zionie snapczatowym ogniem. Filtr kamery prześwietla ich twarze do czaszek - widzimy je na czarnym tle. "Śmierć to jest całkowita pogarda, dlatego nikt tak naprawdę w nią nie wierzy" - mówi Helena, opowiada sen o kolejce górskiej. Kiedy jedzą z wnuczką zupę, obraz kolejki pojawia się w wiadomościach telewizyjnych, paskiem informacyjnym sunie news o znalezieniu zwłok kobiety. Można przeczytać, że najbardziej prawdopodobne hipotez to: samobójstwo lub zabójstwo

W międzyczasie pojawia się rzekomy właściciel mieszkania bohaterek, wydzwania do drzwi, wiertarką otwiera zamek. Łamiący angielszczyznę Mężczyzna w fularze (Krzysztof Ogłoza) dostaje się w ten sposób do właścicielki mieszkania, Heleny - sytuacja jest absurdalna. Towarzyszy mu drugi elegancki pan - Mecenas (Dobromir Dymecki). Mężczyzna rozsiada się "u siebie" i ogłasza, że właśnie się wprowadza. Mówi, że czas oddać mu sprawiedliwość, "jak się historię cofa, to nie trzeba jej cofać zupełnie, wygodnie wystarczy". Nabył roszczenia od syna przedwojennego właściciela, świeci papierkiem przed oczami Heleny. Obrazek dopełnia fałszywie dobrotliwa twarz Urzędnika ratusza (Henryk Niebudek), który w jednej ze scen starannie wciera mazisty krem w pulchne dłonie, by za chwilę wyprzeć się udziału w sytuacji i zgrywać aniołkowatego sąsiada.

Reżyserka Agata Baumgart wyciąga z tekstu "Spalenie Joanny" Magdaleny Miecznickiej coś bardzo dziwnego, a jednocześnie "plastycznego". Helena siedzi w kapciach i skarpetkach na kremowo-skórzanej kanapie, jest spokojna, z chłodną ironią traktuje nowobogackich orędowników postępu. To wszystko na tle miętowych maziajów na ścianach, tandetnych bibelotów, białej łazienki w kwiatuszkowe kafelki (scenografia i kostiumy Dominika Olszowy).

Nazwisko Jolanty Brzeskiej czy adres warszawskiej kamienicy na Nabielaka 9 nie padają wprost, ale wszystko orbituje dookoła tej sprawy. Spektakl dotyka koszmarnego absurdu, cofanie historii zderzone jest z nierównościami społecznymi. "Święte prawo własności" wydaje się być tak groteskową zbitką słów, że pogodzona z przegraną Helena w spokoju formuje małe rzeźby z chleba, wyciąga ciasto, klei postaci. W pokoiku pełno jest skórek po wydrążonym pieczywie, obok dwa bochenki moczą się w wodzie i puchną. "Bezprawie, ale nakaz mają prawny" - przekonuje wnuczkę. Nigdy nie było sprawiedliwości, to głupia idea. Trzeba tylko przeżyć, zachować przyzwoitość, zrezygnować z własności, złość można mieć, ale po cichu. Z pochyloną głową mówi, że najważniejsze, to móc spojrzeć sobie w lustrze prosto w oczy i nie szukać błądzącym wzrokiem wymówek.

Co z tego, że Joanna ma dosyć uspokajania i bezsilności. Jest na przegranej pozycji względem rekinów reprywatyzacyjnego biznesu, jakkolwiek groteskowi by oni nie byli. Jolanta Brzeska powtarzała: "Musicie coś zrobić". Czym mogłoby być to coś? Kamera wędruje w głąb obrazu wiszącego w pustych już wnętrzach: w lesie ciało dławione przez płomienie. Wnuczka Heleny słyszy od rzekomego właściciela, że jeśli chce się mieć kawałek tortu, trzeba wziąć do ręki nóż. W ostatniej scenie kobieta opycha się tortem w kształcie domu polukrowanym na niebiesko, przystrojonym kolorowymi kwiatkami z opłatka. Pojawiają się płomienie, jak z palącej się kuchenki w otwierającej przedstawienie scenie. Mruczy coś pod nosem, zdmuchuje świeczki i ogień znika.

Teatroteka Fest. Nowe kadry teatru, 9-11.02.2018 Warszawa, Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych

Kinga Kurysia - studiuje wiedzę o teatrze na Międzywydziałowych Indywidualnych Studiach Humanistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.