powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Dziesięciolecie rozbitego szkła

Wygłosiwszy końcowy toast, reżyser rzuca kieliszek o podłogę sceny. Prawdziwe szkło miesza się z cukrowym, używanym w spektaklu, by aktorki nie pokaleczyły bosych stóp. Ten pozornie niszczący gest ma w sobie siłę, jaką daje czas. I jest powrotem do początku. "Cesarskie cięcie" Teatru Zar narodziło się z rozbitego szkła i od jego dźwięku zaczynało się przedstawienie, które widziałem po raz pierwszy na premierze. Dziesięć lat temu - felieton Dariusza Kosińskiego.

Wolność wyboru, która jest przywilejem felietonisty, pozwala na pisanie o tym, o czym naprawdę się chce - bez oglądania się na koniunktury, zobowiązania, towarzyskie i środowiskowe presje. Dzięki niej mogę napisać o swoim teatrze - takim, który mówi do mnie, jest mi bliski, choć byłoby fałszywym banałem powiedzieć, że czuję się w nim jak u siebie. Uważam go za swój, właśnie dlatego, że z bycia "u siebie" mnie wyciąga.

Teatr Zar oglądam właściwie od początku jego istnienia. Zwykle mylą mi się daty i kolejność wydarzeń (wstydliwa przypadłość jak na kogoś, kto zajmuje się też historią), więc nie jestem pewien, czy gdy po raz pierwszy widziałem fragmenty "Ewangelii dzieciństwa" na jubileuszu "Gardzienic", znałem już Jarosława Freta, czy też poznaliśmy się później. Teoretycznie powinno to mieć znaczenie, podobnie jak fakt, że nasze pierwsze spotkanie (w Krakowie, gdzie Jarek przyjechał z Ireneuszem Guszpitem zaproszonym przez studentów teatrologii) było początkiem wieloletnich kontaktów, a potem wspólnej pracy w Instytucie Grotowskiego. Ale to, że pracowałem z Jarkiem, a nawet byłem jego zastępcą, w żaden sposób nie wpływa na fakt, że tworzony przez niego i jego zespół teatr uznałem bardzo wcześnie za jeden ze swoich. Zdałem sobie niedawno sprawę, że żadnego z przedstawień, jakie widziałem w życiu, nie oglądałem tyle razy, ile "Ewangelii dzieciństwa". Było tego tyle, że straciłem rachubę - bezpiecznie mówić, że widziałem je w różnych wersjach i wariantach kilkanaście razy. Mógłbym nawet jak prawdziwy stary wiarus opowiadać, że widziałem je w takiej wersji, jakiej już dziś zobaczyć się nie da, bo zarejestrowane po latach jako "Uwertura" wygląda zupełnie inaczej niż to, które wpisane w niezwykłość Matecznika w Brzezince, "leśnej bazie Teatru Laboratorium", stało się moim. Ale nie ma za bardzo komu tego opowiadać. Stare wiarusy są męcząco nudne i tylko odbierając im głos, jak Wyspiański, można ich uczynić interesującymi.

Na "Cesarskie cięcie" (na zdjęciu) czekałem z ciekawością. Podświadomie spodziewałem się zapewne, że będzie to jakaś kontynuacja "Ewangelii..." Gdy zobaczyłem je pierwszy raz na premierze, byłem więc zaskoczony, może nawet nieco skonfundowany. Zmiana estetyki na konceptualną i minimalistyczną, zmiana techniki ciała na bliższą nowoczesnemu tańcowi, zepchnięcie na drugi plan pieśni tradycji, które dla Zaru wydawały się materią podstawową, samobójstwo i rozpacz jako główny temat podejmowany w sposób, w jaki o sprawach ostatecznych zazwyczaj mówią ludzie bardzo młodzi - z powagą i ogniem, który płonie jasnością pierwszego mierzenia się z tematem - wszystko to wydawało mi się z innej przestrzeni niż ta, w której zdążyłem się już zadomowić. Ale wiedziałem, że to jest teatr, któremu trzeba dać czas, którego jednorazowe obejrzenie nigdy nie jest wystarczające, który musi popracować. Więc wróciłem jeszcze raz, i znów, i znów. Nie, nie widziałem "Cesarskiego cięcia. Prób o samobójstwie" tak wiele razy jak "Ewangelii...". Ale około dziesięciu na pewno i mogę powiedzieć, że choć to Ewangelie...uznaję za "swoje bardziej", to i drugi spektakl Zaru przyswoiłem.

Zaproszenie na specjalne przedstawienie z okazji dziesięciolecia premiery przyjąłem z radością nostalgiczną, tak jak się przyjmuje zaproszenie na dziesięciolecie (kiedy to było?!) matury. Przeżyć jeszcze raz, choć wiadomo, że powrotu nie ma i że przyzywa wspominanie minionego i niemal masochistyczna rozkosz nurzania się w niemożności odzyskania przeżytego czasu. Jarek i aktorki zapowiadały wprawdzie, że będą próbować rozsadzić przedstawienie od środka, ale myślałem, że oznacza to co najwyżej wprowadzenie do niego paru dodatkowych elementów, jakichś kilku "gości specjalnych"...

Tymczasem jubileuszowa wersja była niemal zupełnie nowym przedstawieniem, choć przecież odwołującym się do wersji premierowej, granej przez dziesięć lat i pokazywanej nadal. Przekształcono ją jednak w taki sposób, że kto widział tylko tę, nie może powiedzieć, że widział "Próby o samobójstwie". Pewnie zresztą taki nowy widz, pogubił się w braku punktów odniesienia, bo Zar gra z pamięcią i oczekiwaniami w sposób niemal bezczelny. Trzykrotne powtórzenie w trakcie przedstawienia inicjującego oryginalny spektakl okrzyku "It's a joke", objęcie działaniami publiczności w miejscach szczególnie znaczących, rozbudowanie i rozmontowanie najlepiej pamiętanych scen, łącznie z finałem - to wszystko dla osób nie mających swojej pamięci przedstawienia mogło być zupełnie nieczytelne. W modnym akademickim języku można by powiedzieć, że był to teatralny autoremiks, albo nawet - autorecykling.

Ale w felietonach mówimy serio i bez podpórek, więc powiem, że wpatrywałem i wsłuchiwałem się w jubileuszowe "Cesarskie..." jak w odczynianie tych dziesięciu lat, które jakoś były także i moimi. To, co kiedyś jaśniało młodzieńczym ogniem graniczącym z naiwnością, dojrzało do złożoności i głębi, rozwalającej dawne wyraziste obrazy i działania. "Próby o samobójstwie" przestały być próbami i nie są o samobójstwie, ale o życiu, które się nam wybrało i które usiłujemy wygłosić i ucieleśnić między przemocą narzucanych scenariuszy a własnymi improwizacjami. Zamiast podniosłych inscenizacji i malowniczych tang, są powracające ciągi usiłowań, walk, przytuleń i odejść, wciąż jednak przecinane pieśnią i modlitwą, której Zar nie unika i której nie traktuje jak łatwego rekwizytu jakiejś spospolitowanej rytualności. W rozbitym "Cięciu..". jest dziesięć lat życia aktorek i aktorów, nie tylko działających na centralnej scenie Ditte Berkeley, Kamili Klamut i Mateja Matejki, ale też siedzących wokół aktorek i aktorów głosu: Nini Julii Bang, Ewy Pasikowskiej, Aleksandry Koteckiej, Tomasza Bojarskiego, Tomasza Wierzbickiego, Alessandro Curtiego i Oresta Sharaka. Ich głosy są silniejsze, bardziej pewne siebie. Technika śpiewu wzbogaciła się o niesłyszane wcześniej tony i swobodę improwizacji. Ale pojawiło się też większe zmęczenie ciała, brak sił na te wyczyny, które dziesięć lat temu wydawały się niemożiwe i właśnie dlatego były spełniane. Pojawiły się też dzieci, które się w międzyczasie urodziły i które siedząc na widowni szeptem pytają, czy to już koniec i czy mogą iść. I choć się nie pojawili, to są też wokół ci, którzy kiedyś, w ciągu tych lat wyszli z sali i już nie powrócą. Przedstawienie o wybranej świadomie śmierci, nie tylko przeżyło, ale wchłonęło życia tych, którzy je stworzyli. Teraz te lata wydobywa z siebie w całej ich złożoności, chaosie, porządku i pięknie. Robi to nieoczywiście, bez żadnej deklaracji, może nawet nieświadomie i niecelowo. Ale z siłą, która sprawia, że fraza "teatr przeciw śmierci", wymyślona kiedyś przy zupełnie innej okazji, przestaje być nieco zbyt patetycznym bon motem.

Może najbardziej oczywiście rozbita i poszerzona jest scena "niemego kina". W oryginalnym przedstawieniu była to rozpaczliwie żartobliwa sekwencja złożona z króciutkich etiud, niemal scenicznych dowcipów na temat samobójstwa w błyskawicznym tempie inscenizowanych przez Kamilę, Dittę i Mateja. Teraz zaczyna ją... Jarek, a potem aktorzy rozdają publiczności żyletki i tabletki, które - według ich opowieści - bezboleśnie mogą nas pozbawić życia. Jest z tym mnóstwo śmiechu, ale podszytego jakimś napięciem. Ditte wnosi na scenę mój ulubiony rekwizyt z tej sekwencji: małe drzewko w doniczce z przyczepioną wielką pętlą. W oryginalnym przedstawieniu zakładała sobie pętlę na szyję i stawała obok z konewką - będzie podlewać drzewko aż urośnie na tyle duże, by mogła się na nim powiesić. Teraz jednak nie ustawia go na scenie, ale podchodzi do jednego z dzieci na widowni i daje mu konewkę, prosząc, by podlewał za nią. Mały próbuje, ale błyskawicznie zauważa, że w konewce nie ma wody i niczego podlewać się nią nie da...

Premierowe przedstawienie kończyła scena, w której z rozerwanej foliowej torby wysypywały się pomarańcze. Gdy toczyły się po podłodze, Kamila wykonywała niemy krzyk ostatecznej rozpaczy. Dziesięć lat później, foliowa torba z pomarańczami też jest, ale Kamila nie rozrywa jej, tylko podchodzi do widzów i rozdaje im owoce. Biorę jeden.