powiększwersja do drukupoleć znajomemu

...because you don't deserve a bullet*

Koniec z Kordianami, Gustawami, Konradami, Winkelriedami. Koniec z ofiarą za kraj. Koniec z pełnym guślarstwa obrzędem świętokradzkim. Koniec z pośmiertnym życiem romantyzmu. Czy ten "Kordian" coś zmieni? Nie. I co z tego? - o "Kordianie" Juliusza Słowackiego w reż. Jakuba Skrzywanka w Teatrze Polskim w Poznaniu pisze Jan Karow z Nowej Siły Krytycznej.

Dwadzieścia cztery lata - tyle miał Juliusz Słowacki, kiedy pisał reakcję na "Dziady". Przedstawienie Jakuba Skrzywanka, niemal rówieśnika poety z tamtego czasu, ma w sobie niezgodę na to, co najgorsze z polskiego romantyzmu pozostało i co natarczywie nadaje ton współczesności: przekonanie o naszej wyjątkowości, zapatrzenie w historię, gloryfikację ofiary Kordian nie zdołał zabić cara i z tego zostają wyciągnięte konsekwencje.

Niezmiennie ciążąca, nieprzepracowana przeszłość symbolizowana jest dwojako. Kameralna przestrzeń Malarni Teatru Polskiego w Poznaniu jest w scenografii Pauli Grocholskiej schematycznie zaaranżowana na miejscowy plac Adama Mickiewicza. Nad całością góruje upamiętniający wydarzenia Czerwca '56 pomnik, w polu gry rozstawiono trzy małe podesty z jasnego drewna. Tego typu placów są dziesiątki. Miejscami pamięci bywają rzadko, częściej nie pozwalają zapomnieć.

Jej drugi aspekt zawiera się w zespole aktorskim. Ośmioosobowa obsada to ludzie młodzi - z istotnym wyjątkiem. Mężczyzna ubrany w mundur z okresu powstania listopadowego początkowo siedzi w rogu u szczytu niedużych schodów i bezgłośnie się przygląda. To Wiesław Zanowicz. Swoją historię opowie w jednym z nielicznych dramaturgicznych dopisków. Wspomni wyjazd na emigrację, oskarżenie o szpiegostwo, śmierć rodziców, powrót do kraju Już raz był Kordianem - w 1979 roku w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie. Ma na sobie rekonstrukcję kostiumu z tamtego przedstawienia. Spytany, kim była wtedy dla niego Wioletta, nazwie ją włoską kurwą. Później, w połączonych fragmentach szpitala wariatów i spotkania ze Strachem i Imaginacją, popisowo wykorzysta aktorstwo sprzed lat: deklamacyjnie, z szerokim gestem. Jednak w kontekście całości jest jedynie powidokiem - jego miejsce zajęła Kordianka.

"Nazywam się Alex Freiheit i jestem wkurwiona" - tak, podobnie jak wiele protestujących kobiet, przedstawi się gościnnie występująca performerka. To połowa duetu SIKSA. Na początku artystycznej drogi zeszła ze sceny do ludzi, postanowiła na nią wrócić w teatrze, żeby po raz kolejny rzucać brutalne oskarżenia. Oddaje przedstawieniu wulkaniczną energią, by dwukrotnie nadwyrężyć jego ramę - SIKSA niestrudzenie upomina się o prawa kobiet. Połączone siły Słowackiego i teatru to za mało, żeby to zmienić. Pierwszy raz interweniuje po poprowadzonej niewinnie czysto, miłosnej scenie Wioletty z Kordianem (Paweł Siwiak) - on cicho przygrywa na fortepianie, ona stoi niepewnie na podeście. Gdy stary Kordian nazwie jej postać kurwą, Alex nie przejdzie obojętnie obok takich słów - rozbija liryzm dynamicznym występem. Po raz drugi przechwyci rolę Kordiana blisko finału, kiedy, przeplatając własny tekst pojedynczymi frazami poety, w charakterystyczny dla siebie sposób zwróci się bezpośrednio do poszczególnych widzów i zadając niewygodne pytania upomni się o jedyną wartość godną poświęcenia - wolność.

Walorem przedstawienia jest to, że twórcy postawioną przez siebie Sprawę potraktowali poważnie. Skrzywanek wraz z dramaturżką Darią Kubisiak podjęli dyskusję ze spuścizną polskiego romantyzmu korzystając z jednego z jego arcydzieł - przez blisko dwie godziny dominuje subwersywnie potraktowany tekst Słowackiego. Kwestie często są oderwane od postaci; niektóre fragmenty są powtarzane, jeszcze inne rozbite. Kolejne sceny są inscenizowane przy użyciu różnych kluczy - w tym realizatorzy pozostają wierni niejednorodnej formie dramatu romantycznego. W rozmowie Kordiana (Konrad Cichoń) z Laurą (Kornelia Trawkowska) uwypuklono papierowość ich deklaracji - są w kostiumach-kliszach (ona w sukni z wysokim stanem, on we fraku z dopinanym kołnierzem), nie patrzą na siebie, raz po raz stawiają kilka kroków; zdania padają w pustkę. Monolog na Mont Blanc jest rozłożony na poruszającą się w zwolnionym tempie grupę, nomen omen, alpinistów, którzy nieruchomieją, gdy dołącza do nich biały niedźwiedź. Pod jego maską ukrywa się Prezes (dojmująco przeplatająca słowa poety ze zwierzęcym wyciem Sonia Roszczuk). Pozwala to płynnie przejść do sceny spisku, w której narastający bieg i rzucane krótko zdania budują atmosferę coraz większego osaczenia.

Przedstawienie prowadzi do pogrzebu Kordiana. Że zginie sygnalizowane jest jeszcze przed właściwym początkiem - przed wejściem na Malarnię stoi udrapowana w biało-czerwoną wstęgę trumna i tabliczka z cytatem: "Wy jesteście krainy sumienie. Zburzcie się - i z dusz waszych odrzućcie grzech cara". Później rozbrzmiewa "Dies irae" z "Requiem" Mozarta: "W gniewu dzień, w tę pomsty chwilę,/ Świat w popielnym legnie pyle..." (przekład Leopolda Staffa). Jednak gniew już nie wystarcza. Gdy w scenie z Laurą zastrzeli się, to nie przeniesie się do Londynu, ale stanie się niepokojącymi zwłokami w Dover - wszak klif Beachy Head to jedno z najczęściej wybieranych miejsc przez samobójców. W Watykanie zostanie ubrany w białe szaty i długo nie będzie w stanie wydusić z siebie słowa - z drżącą dłonią i bezużytecznym mikrofonem przy ustach staje się upiornym wspomnieniem Jana Pawła II z jego ostatnich wystąpień. Niespodziewanie ozdrowieje i przywoła słowa Piusa XIII, tytułowego "Młodego papieża" z serialu Paolo Sorrentino, w których wylicza grzechy zaniedbania Kościoła: aborcja i eutanazja, rozwody, celibat... W finale, przy przewrotnym akompaniamencie "Candle In The Wind" Eltona Johna, kondukt wniesie jego trumnę. Wtedy Wdowa (Sonia Roszczuk) wygłosi mowę-deklarację: "Pokolenie form romantycznych może nam zarzucić obojętność, nijakość i bylejakość. Ale my długo dojrzewaliśmy do tej swojej bylejakości i chcemy, żeby traktowano ją poważnie. (...) Pozostajemy z niczym, bo wielkość jest dla nas niczym".

Nie są to oryginalne przemyślenia. "Jakże niewydolny i szkodliwy jest dominujący w Polsce wzorzec martyrologiczny! Powiem wprost - mesjanizm, a już zwłaszcza państwowo-klerykalna jego wersja jest przekleństwem, zgubą dla Polski. Szczerze nienawidzę naszego mesjanizmu." Tak pisała Maria Janion w październiku 2016 roku w liście do Kongresu Kultury. Przedwczesna diagnoza o końcu paradygmatu romantycznego ewoluowała w silne, wrogie uczucie. Coś musi być na rzeczy, jeśli do zbliżonych wniosków dochodzi wiekowa, jedna z najwybitniejszych historyczek literatury, i twórcy urodzeni już po transformacji. Koniec z Kordianami, Gustawami, Konradami, Winkelriedami. Koniec z ofiarą za kraj. Koniec z pełnym guślarstwa obrzędem świętokradzkim. Koniec z pośmiertnym życiem romantyzmu. Czy ten "Kordian" coś zmieni? Nie. I co z tego?

* Fragment postu Umy Thurman w sprawie oskarżeń Harveya Weinsteina o molestowanie seksualne, przywołany przez Alex Freiheit https://www.instagram.com/p/Bb2h0hBlV3T/

***

Jan Karow - absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, studiuje na III roku Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej, publikował m.in. w "Didaskaliach", "Teatrze", "Teatrze Lalek", "Nietak!cie", "Notesie na 6 Tygodni" i "Teatraliach".