powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Pozytywna psychoterapia w Imce

"Pozytywni" Cezarego Harasimowicza w reż. Krzysztofa Czeczota z Fundacji Garnizon Sztuki w Teatrze Imka w Warszawie. Pisze Anna Czajkowska w Teatrze dla Was.

Spektakl "Pozytywni", który obecnie gości na scenie warszawskiego Teatru Imka, to pierwsza teatralna produkcja Fundacji Garnizon Sztuki zrealizowana w ramach kampanii społecznej Projekt Test, walczącej ze stereotypami na temat zakażenia wirusem HIV i zachęcającej do wykonywania testów. Wbrew pozorom nie jest to sztuka o HIV, lecz przedstawienie traktujące o pragnieniu miłości, akceptacji, o tolerancji i stereotypach, które mogą zniszczyć nas samych i naszą codzienność. Bohaterowie "Pozytywnych", komedii trochę wzruszającej, trochę smutnej, a najczęściej zabawnej, poszukują zrozumienia w sobie i wśród innych oraz próbują radzić sobie z wewnętrznymi lękami przy pomocy psychoterapeuty. Zmagając się z własnymi problemami, czynią wszystko, by wciąż patrzeć na świat z uśmiechem. I to chyba jest najtrudniejsze.

Cała historia rozgrywa się w gabinecie znanej psychoterapeutki Ewy (Grażyna Wolszczak). Przychodzą do niej ludzie, którzy nie potrafią odnaleźć swego miejsca w najbliższym otoczeniu i w społeczeństwie. Ale nie poddają się, wciąż zmagając z własnymi traumami, starają się zrozumieć mechanizmy, jakie nimi kierują. Liczą na to, że dzięki odpowiedniej wiedzy i narzędziom Ewa pomoże im wprowadzić porządek w myślach, uczuciach i w życiu. Na sesji terapeutycznej spotykają się trzy osoby. Rolnik spod Mławy Michał (Łukasz Simlat), często grubiański w słowach, niezbyt inteligentny, trochę wybuchowy i pełen uprzedzeń. Michał boi się rozmowy z ojcem, obawia się reakcji małomiasteczkowego otoczenia, ponieważ jest gejem. Do Ewy trafia też Anna (Olga Bołądź) - dziewczyna z wyższych sfer, hrabianka, córka znanego i poważanego polityka. Przeżyła załamanie, gdy odkryła, że jej nobliwa rodzina z tradycjami skrywa niechciane sekrety, dotyczące arystokratycznych korzeni. W jednej chwili straciła najważniejszy powód do dumy, ponieważ "błękitna krew", pochodzenie, katolickie wychowanie okazały się ułudą. Oprócz nich jest jeszcze Jan albo Janka (Janusz Chabior), inżynier, chwilami mocno irytujący, mąż i ojciec dwójki dzieci. Jan od dawna wewnętrznie czuje się kobietą. Cała trójka musi nauczyć się głośno mówić o swoich wątpliwościach i traumach, uświadomić sobie myśli, które włączają mechanizmy obronne, nie zawsze zdrowe. W trakcie psychoterapeutycznych sesji Michał, Janek i Ania próbują zrozumieć, dlaczego tak bardzo przejmują się tym, co inni myślą o nich oraz szukają wewnętrznej siły, która pomoże im w radzeniu sobie z własną odmiennością. Jak tego dokonać, nie tracąc sensu, spokoju i kontaktu z samym sobą? Czy Ewa im w tym pomoże? Autor scenariusza, Cezary Harasimowicz, podszedł do trudnego tematu z dystansem i na wesoło, z odrobiną przewrotności i z szacunkiem. Wybrał znakomity sposób, by nie demonizować odmienności, nie pouczać i nie tworzyć tematów tabu. HIV to tylko tło, element całej układanki. W spektaklu mowa jest o homoseksualizmie, transseksualizmie, o oswajaniu własnych lęków oraz uprzedzeń, ale też o wizycie w gabinecie psychiatry, psychologa, o udziale w terapii, która postrzegana bywa jako dowód słabości i powód do wstydu.

Wszyscy bohaterowie są lekko przerysowani, przypominają postaci rodem z farsy, z wyraźnymi charakterami, bagażem wad i kroplą zalet. Dynamika spektaklu faluje, w miarę upływu minut akcja przyspiesza aż do gwałtownego punktu kulminacyjnego, w którym następuje niespodziewany zwrot.

Aktorzy - Grażyna Wolszczak, Olga Bołądź, Łukasz Simlat, Janusz Chabior - doskonale odnajdują się w komediowej konwencji, choć można by przypuszczać, że wspomniany gatunek sztuki teatralnej nie sprzyja tematom poważnym, ukazywaniu ludzkich poszukiwań siły, sensu i spokoju życiowego. W przestronnym gabinecie terapeutki Ewy troje pacjentów spiera się ze sobą czasem bardzo ostro; ich dialogi są zabawne, nieraz uszczypliwe. Sam przebieg terapii pokazany został w dość groteskowy sposób, z przymrużeniem oka, które przydaje się, aby uniknąć moralizatorskiego zmagania z tematem "normalności". Śledząc rozwój scenicznej akcji, można zastanawiać się, czy szczere wyznania, ustawienia hellingerowskie, powtarzana mantra Om (według ścieżek wedyjskich, buddyjskich, skupienie na niej przynosi uwolnienie od przeszkód i samorealizację) dadzą oczekiwany rezultat? Nastąpi oczekiwany "coming out"? Nawet jeśli tak, to przecież ból będzie trwał, a problemy nie znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ale nie o to chodzi twórcom spektaklu. Chcą pokazać, że najważniejszy jest pozytywny stosunek do nas samych i do innych, zachowanie kontaktu z samym sobą, pokochanie siebie. Tytuł "Pozytywni" jest dwuznaczny, odnosi się bowiem nie tylko do nastawienia życiowego, lecz także do zarażenia wirusem HIV. A może, na co z pewnością liczy reżyser i autor tekstu, również do naszego spojrzenia na kontrowersyjne tematy?

Spektakl niczego nie burzy, nie przełamuje, nie wstrząsa, prędzej wzrusza. Tekst, który wyszedł spod ręki sprawnego, znanego pisarza, napisany jest lekko i dowcipnie, z polotem i pomysłem. Harasimowicz mówi w przystępny sposób o sprawach trudnych, które mogą wzbudzać emocje, nawet sprzeciw czy wstyd. Daje czas na chwilę refleksji, spojrzenie na siebie i innych z akceptacją, szacunkiem. Bez zbędnego dramatyzowania, ale z uśmiechem.