powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Nie podawaj wojnie imion (Makbet)

"Makbet" Williama Szekspira w reż. Agaty Dudy-Gracz w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu. Pisze Agata M. Skrzypek w portalu e-splot.pl.

Szkocką tragedię w reżyserii Agaty Dudy-Gracz otwiera scena pobitewnej agonii. W niebieskiej poświacie, na szerokości całego proscenium, drży w konwulsjach zbiorowe ciało aktorskie. Powyżej, na pochyłej platformie, siedzi zafrasowany Makbet, za nim - majestatyczna skrzydlata Hekate, archanielica wojny, śpiewająca grobową pieśń przy nastrojowym akompaniamencie liry, wiolonczeli i cymbałów. Wszystko - kostiumy, twarze, scenografia - zalane jest krwią. Ten pierwszy liryczno-posępny obrazek ustawia poprzeczkę patosu bardzo wysoko, a kolejne sceny podtrzymują ją na tym samym poziomie.

Wyścig o tragizm

Cały spektakl jest przepełniony tragizmem do tego stopnia, że można obawiać się, czy obowiązkowy u Szekspira siarczysty dowcip nie zakłóca czasami czystości formalnej. Bez wątpienia jednak wysublimowany styl Dudy-Gracz przywraca wdzięk teatrowi typu serio i jeśli nie zatraciliśmy jeszcze umiejętności wchodzenia w konwencję, Makbeta oglądać będziemy z przejęciem. Sącząca się zza sceny muzyka Mai Kleszcz, Wojciecha Krzaka i Marty Maślanki tworzy folklorystyczne, lamentujące tło dźwiękowe, które sprawia, że nawet zastygłe skrzepy krwi wydają się na swój sposób brzmieć i wibrować. Jak zawsze u Agaty Dudy-Gracz, do czynienia mamy z bezszwowym widowiskiem, w którym użyte środki teatralne spotykają się ze sobą w harmonii. Choć ogólnoludzka historia szkockiej wojny domowej została przeczytana bardzo uważnie, nie można powiedzieć, że ten Makbet odkrywa przed widzem nowe horyzonty. Przyjrzyjmy się temu.

Król dla Szkocji

Duda-Gracz idzie w poprzek utartym interpretacjom postaci Makbeta, Duncana i Malkolma, wedle których tytułowy bohater ma być walecznym żołnierzem, sprowokowanym do niechlubnego czynu przez chorobliwie ambitną żonę, stary, umiłowany król rządzi sprawiedliwie, zaś szlachetny Malcolm, stąpając po stercie politycznych trupów, zwiastuje długo wyczekiwane odrodzenie kraju. Żaden z tych stereotypów nie utrzymuje się w mocy. I nie tylko wymienieni bohaterzy, ale wszystkie pojawiające się na deskach wrocławskiego Capitolu postaci sprawiają wrażenie, jakby zostały uwięzione w kleszczach wojny, a umierali i wstawali z martwych już wiele razy. Miotają się między skrajną determinacją a przerażającą apatią. Są grupą ludzi, która była już świadkiem wszelkiego okrucieństwa i nie widzi dla siebie pomocy.

Makbet Cezarego Studniaka jest prostym żołnierzem. Los, jaki zsyłają mu Wiedźmy, przyjmuje z zaskoczeniem, ale w gruncie rzeczy pokornie mu się poddaje. Gdy ogarniają go lęki i wyrzuty sumienia, tkwi w katatonicznym letargu. To, że Szkocja pod jego rządami spłynęła krwią, wynikło najprawdopodobniej nie z jego pragnienia nasycenia się władzą (takie chęci zdradza prędzej Lady Makbet), lecz z jego pasywnej postawy, nieumiejętności poradzenia sobie z chaosem ogarniającym państwo. Kim jest wielki wojownik, którego tak wychwala dwór królewski? Tego do końca się nie dowiemy. Oderwanie Makbeta od otaczającego go świata symbolicznie podkreśla świetlny prostokąt, w którego ramach bohater zostaje uwięziony. Jaśniejące poniżej szeryfowymi literami nazwisko sugeruje, że Makbet od samego początku historii siedzi we własnym grobie. Duncan Ildefonsa Stachowiaka jest gnuśnym, nieprzyjemnym suwerenem.

Otoczony gwardią krewnych i powinowatych mu mężczyzn, odzianych ni to w kozackie szarawary, ni to kilty, z podgolonymi po sarmacku włosami, łasy jest na uciechy życia: alkohol, kobiety, władzę i pochlebstwo. Dostaje i bierze zawsze to, czego chce. Jego śmierć nie wzbudza współczucia: umiera, bo tak mu przewidziano, umiera, bo przecież wszyscy wiemy, że tak się stać musi, zastanawiamy się jedynie - jak? Sama scena morderstwa nie ma w sobie ani krzty więcej patosu niż pozostała część spektaklu, co w gruncie rzeczy wydaje się przewrotnym sposobem na pokazanie, że oto nie dzieje się nic, co mogłoby znacząco odmienić losy społeczności. Ten czy inny panujący - każdy z nich będzie prowadził krwawy spór. Ostatni z trzech władców Szkocji, Malkolm w wykonaniu Artura Ceturiana, zupełnie nieoczekiwanie okazuje się być zniewieściałym i nieco postrzelonym outsiderem. Na przerażające wieści Makdufa reaguje chaotycznymi gestami, w nadmiarze których gubi się sens jego monologów, a one same przeistaczają się w nerwową paplaninę. Kiedy w końcu wśród tanecznych pląsów zapytuje, czy ktoś taki jak on nadaje się na króla, odpowiedź nasuwa się sama. Malkolm, jako starszy syn Duncana, nie ma jednak wyboru i po śmierci Makbeta wchodzi do grobu podpisanego swoim imieniem.

"Wojna to męska rzecz" (?)

W spektaklu następują przynajmniej dwa znaczące przesunięcia w obrębie domeny tego, co uznajemy za damskie (bierne) i męskie (aktywne). Wplątany w politykę i pozaziemskie szykany, Makbet oddala się od swojej żony. Byli ze sobą nierozłączni, widać, że łączyło ich namiętne uczucie. W miarę rozwoju akcji pasywność męża wzbudza w Lady Makbet poczucie zagrożenia - zaczyna więc przejmować dowodzenie nad doprowadzeniem do koronacji nowego króla i utrzymaniem zyskanej władzy. W odwróconym akcie seksualnym Lady Makbet symbolicznie przejmuje rolę mężczyzny w małżeństwie, jednocześnie zyskując dla siebie ochronę, której nie miała wcześniej, gdy padła ofiarą chuci króla Duncana. To ona najgłośniej wyraża żal po śmierci starego władcy i z furią strofuje zapadającego się w sobie Makbeta, który podczas uczty doznaje widzeń Wiedźm i ataku lęków. Niemniej jednak władze poznawcze Lady Makbet nie wytrzymują tej zamiany i królowa popada w obłęd, lustrzanie podobny do tego, który ogarnął jej męża. Lęki, które nawiedzają ją w tym czasie, odnoszą się jednak do jej kobiecości, a właściwie do pewnego jej zaprzeczenia - pozostaje ona niespełniona jako kobieta społeczna, bo nie mogła dać swojemu mężowi dzieci. Umiera poza sceną, nadal nieważna, niedoceniona, zarówno w dramacie, jak i inscenizacji. Otrzymujemy w tym momencie konserwatywną, XIX-wieczną wizję kobiety, której kulturowo przypisane jest szaleństwo, swoje źródło mające w budowie narządów wewnętrznych. Niezależnie od podjętego trudu, taka kobieta nigdy nie osiągnie pełnej samodzielności.

Drugie przesunięcie dotyczy decyzji obsadowej. Chodzi o niewielką, ale zapadającą w pamięć rolę Klaudii Waszak jako syna Makdufa. Drobnej postury aktorka gra dziecko. Jej długie warkocze nie muszą określać płci postaci jednoznacznie, jeśli przyjmiemy, że rycerski zwyczaj ścinania chłopcom włosów miał oznaczać moment, w którym przechodzą oni spod skrzydeł matki pod opiekę ojca. Syn Makdufa ginie, nigdy do ojca nie dołączywszy, zatem długie włosy Waszak mogą sugerować po prostu pewien etap w życiu młodego bohatera. Niemniej jednak żadna interpretacja nie przesłoni faktu, że błyskotliwego chłopczyka, ginącego w poetyckim tanecznym obrocie, w czułym uścisku oprawcy, gra młoda kobieta. Scena śmierci matki i syna przeistacza się w scenę miłosnego uniesienia, dla którego zabrakło miejsca w męskim krajobrazie wojennym.

O tym, że wojna może być wyłącznie męską rzeczą, zaświadcza Duda-Gracz razem z Katarzyną Emose Uhunmwangho, odtwórczynią roli Hekate, najciekawszej postaci w tym spektaklu. Uhunmwangho z zalanymi krwią, odsłoniętymi piersiami i czerwonymi oczami, niosąca na plecach skrzydła archanioła Michała, patrona żołnierzy, zamiast kwestii Szekspira/Barańczaka, wyśpiewuje plemienne pieśni śmierci. Jej głos towarzyszy wszystkim katastrofom makbetowskiej społeczności, dodaje im splendoru, wynosi na ołtarze - nawet wtedy, gdy sami bohaterowie nie odznaczają się szczególną szlachetnością. Przyplątuje się w tym momencie krótka refleksja, jak złowieszczo łatwo jest zbudować komuś pomnik i zagrać na emocjach tak, by własną opinię przemienić w powszechnie uznaną prawdę. Hekate jest jednak apolityczna. Jej głos rozbrzmiewa tak samo nad każdą ofiarą i każdą rzezią. By istnieć, musi śpiewać, by śpiewać, potrzebuje wojny, co więcej: hipnotyzuje głosem do tego stopnia, że zgromadzeni wokół niej również zaczynają pragnąć swojej zguby.

"Bo męska rzecz to być daleko, a kobieca wiernie czekać"

Co przytrafiło się Wiedźmom, nim przysięgły posłuszeństwo Hekate? Nie wydaje mi się, by było to pierwsze pytanie, które zadaje sobie reżyser, gdy zabiera się za Makbeta, ale u Dudy-Gracz otrzymujemy kilka tropów, które podpowiadają, kim tak właściwie są trzy podopieczne Hekate. Helena Sujecka, Agnieszka Oryńska-Lesicka i Justyna Antoniak wyłaniają się nie z niebios, piekieł czy jam, w których gęsto od pajęczyn. Gdy widzimy je po raz pierwszy, współtworzą cierpiącą grupę wojennych ofiar, dygoczących w konwulsjach na polu bitewnym. Umierają tam po raz kolejny - zgwałcone, z dzieckiem przy piersi, okaleczone. Kiedyś należały do świata ludzi, później zajęła się nimi Hekate, której przez wieki służyły, a dziś? Wymykają się poleceniom swej czarnoksięskiej matki i powracają na wojnę. Przypominają romantycznego upiora, snującego się bez celu w miejscach znanych za życia. Mają w sobie coś ze słowiańskich strzyg i wąpierzy, gdy rzucają się na martwe, ciepłe jeszcze ciała, by wychłeptać z nich krew. Wiedźmy są tymi, które znają wojnę najlepiej. Podtrzymują jej dynamikę i są nieodłączną częścią jej łańcucha pokarmowego. Pełnię swojego transcendentalnego bytu odnajdują wtedy, gdy same giną lub planują, jak pomnożyć krwawe żniwo. Jednocześnie ich poszarpany, nędzny wygląd i smutne, nieruchome spojrzenia zdradzają, że nie jest to egzystencja rekompensująca trudności ziemskiego życia.

Bo w szkockiej tragedii kobiety umierają, gdy tylko ich męski obrońca zniknie z pola widzenia. Niezależnie od tego, kim są ich mężowie, one nigdy nie mogą się czuć bezpiecznie i nie są w stanie ochronić swoich dzieci. Duda-Gracz zainscenizowała przynajmniej kilkanaście gwałtów, których ofiarą padła, jak się zdaje, znakomita większość bohaterek z każdej kasty, łącznie z Lady Makbet i jedną z Wiedźm. Kobiety są poniżane nie tylko przez mężczyzn, ale i przez siebie nawzajem, nie znajdując żadnej solidarności ani nici porozumienia. Lady Makbet w cynicznym akcie testowania władzy tresuje Lady Donalbein, pozostawioną na pastwę losu przez swojego męża-uciekiniera. Mimo upłynnionych granic między kobiecością a męskością, widocznych w reżyserskich decyzjach Dudy-Gracz oraz podaniu w wątpliwość tego, na czyich barkach ciąży odpowiedzialność za tragiczne wydarzenia, temat wojny nie wydaje się być dobrym obszarem dla postulatów równouprawnienia i emancypacji. Jedyną okrutną sprawiedliwością są równe racje cierpienia przydzielone wszystkim bohaterom.