powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Zostanie po nas żółć

"Szajba" Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reż. Marcina Libera w Teatrze im. Fredry w Gnieźnie. Pisze Iwona Torbicka w portalu kulturaupodstaw.pl.

Znokautowani absurdem wokół nas, nie śmiejemy się już z żartów, które z surrealistycznych stały się dotkliwie realne. Nie bawi nas rzeczywistość wymyślona ku naszej uciesze, bo nie jest już wymyślona. Tego szukania "utraconej radości" nie przebaczę ci Polsko. Rewelacyjna "Szajba" w gnieźnieńskim teatrze z czarnej komedii zamieniła się w gorzki dramat.

Kiedy Małgorzata Sikorska-Miszczuk wydała "Szajbę" był 2006 rok, w Polsce rządził PiS wespół z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin. Najpierw przecieraliśmy oczy ze zdumienia, potem się wkurzaliśmy, obserwując działania Leppera, czy posunięcia Giertycha (pamiętacie listę lektur szkolnych, z której wypadł m.in. Gombrowicz, Kafka, Conrad i Dostojewski?). Potem zaczęła zalewać nas krew, ukrwiła nam mózgi na tyle dobrze, że poczuliśmy się silni. Pokazaliśmy tę siłę w wyborach parlamentarnych w 2007 roku, wybraliśmy nowy rząd tzw. Pierwszy Rząd Tuska. Byliśmy ufni i pełni nadziei. Kiedy w 2009 roku w Teatrze Polskim we Wrocławiu "Szajbę" pokazywał Jan Klata rządy PO trwały, a my zapominaliśmy o żenującym incydencie (tak nam się wtedy wydawało), jakim były rządy Jarosława Kaczyńskiego i jego koalicjantów. To, co nas kiedyś wkurzało, teraz nas bawiło. "Szajba" wydawała się znakomitą odtrutką na te lata pisowskie, śmialiśmy się i był to śmiech z bebechów, organiczny. Na scenie było absurdalnie, surrealistycznie, a czarny humor wprowadzał nas w szampański nastrój. Krytycy skupiali się na rzadkim w Polsce gatunku political fiction i witkacowsko-gombrowiczowskim rodowodzie sztuki, a widzowie po prostu ryczeli ze śmiechu, który niósł jakiś rodzaj oczyszczenia. Paranoja królowała na scenie, za oknami kraj był w miarę normalny.

Od dwóch lat nic już nie jest normalne, absurd opuścił świat sztuki i na stałe zagościł w naszej rzeczywistości. To, co kiedyś wydawało się surrealistyczne, teraz dzieje się naprawdę. W kraju "dobrej zmiany" najbardziej odjechana political fiction w każdej chwili może się stać non-fiction. Sikorska-Miszczuk nie przewidziała, że jej "Szajba" stanie się po 12 latach do bólu aktualna, a dowcipy i żarty od czapy łudząco będą przypominać wypowiedzi obecnej władzy. Nie mogła przewidzieć, że jej sztuka z czarnej komedii zamieni się w gorzki dramat. Na scenie historia, która tylko z pozoru wydaje się fantastyczna. Na Polskę, którą rządzi dożywotni premier Mister Ble (Roland Nowak) napadają terroryści z Kujaw. Nie mają poczucia humoru, ale za to świetnie czują rytm (szczególnie Sebastian Perdek jako Zachar). Samczemu urokowi jednego z nich, nazywanemu 99 Groszy (Paweł Paczesny) nie potrafi oprzeć się żona Ble, Wiktoria (Katarzyna Strączek). Terroryści chcą Polskę zetrzeć z mapy Europy, a w jej miejsce utworzyć Wielkie Kujawy. Nie znają litości, idą po swoje, wprowadzając w życie najbardziej absurdalne pomysły. 99 Groszy (tyle zabrakło mu kiedyś na piwo i musiał spędzić noc trzeźwy) uzgadnia z profesorem Bralczykiem (Wojtek Siedlecki), czy bohaterski męczennik za wiarę powinien nazywać się "mękujaw" czy "kujater". Bralczyk, który ma poczucie misji językowej, chociaż dostanie kulkę w łeb, żyć będzie dalej - bo Ojczyzna go przecież potrzebuje. Paranoja goni paranoję. Wątek terrorystów przeplata się z innym, nie mniej ciekawym - to pisanie historii naszego kraju na nowo. Mister Ble prowadzi ożywione dysputy z byłym niemieckim oficerem (?) Hansem (Michał Opaliński), który "prostuje" fakty - i tak dowiadujemy się, że podczas wojny Polacy ukrywali milion dobrych Niemców, którzy przyjechali do Warszawy manifestować przeciwko zamykaniu synagog. I choć śmiejemy się, to krótko i inaczej niż kilka lat temu podczas spektaklu Klaty. Śmiech więźnie nam w gardle i jakiś dreszcz przenika ciało. Myśl jak błyskawica pojawia się i znika - że oto stoczyliśmy się już do poziomu terrorystów z Kujaw, coraz bardziej zalewa nas "polska żółć", tylko patrzeć jak oczy będziemy sobie wzajem wyłupywać.

Reżyser Marcin Liber precyzyjnie rozpisał sobie cały spektakl, od początku wiedział, że chce opowiadać o polskiej rzeczywistości tu i teraz. Dlatego nie ma tu fałszywych rozwiązań, ani zbędnych działań. Jest za to świadome operowanie kiczem i górnolotną frazą. Wchodzimy w to jak w dym, który (niczym osławiona mgła smoleńska) sączy się ze sceny. Tylko dlaczego ten kicz nam szczęścia nie daje, dlaczego dławi i szczypie w oczy? O czym (lub o kim) myślimy słuchając opatulonych kocami dzieci, stojących za siatkowych ogrodzeniem, które - zatopione w mgle - śpiewają hicior Violetty Villas "Do Ciebie, Mamo" (Mamo, smutno tu i obco/ drzewa inne rosną/i ciszy nikt nie zna tu. Mamo, nie myśl, że się skarżę/żal mi tylko marzeń/dziecięcych dni, moich dni). Dlaczego nie ryczymy ze śmiechu, kiedy do Apelu Poległych wzywane są drzewa? (były minister Jan Szyszko pewnie by się zataczał ze śmiechu). Jak się czujemy, słuchając Wujka Antoniusza (Wojciech Kalinowski), który musiał wejść pod stół, żeby zobaczyć jasno swój kraj? I czego się boimy, kiedy na scenie pojawiają się postaci z małpimi głowami, które próbują zbadać naturę "polskiej żółci", żyjącej własnym życiem - jedynego śladu upadłej cywilizacji (obraz, będący jakby kompilacją pierwszych scen z "2001. Odyseja kosmiczna" Kubricka i "Planety małp" Schaffnera).

Wszyscy aktorzy grają koncertowo, świetnie sobie partnerując. Role są jakby pod nich skrojone, to zapewne zasługa głęboko przemyślanej interpretacji reżysera, który wraz ze scenografem (Mirek Kaczmarek), kostiumografką (Monika Ulańska/Grupa MIXER) i autorem muzyki (Filip Kaniecki) udowodnili, że absurd i nonsens, wkomponowany w political fiction może opowiedzieć więcej o naszej rzeczywistości niż surowa publicystyka. Pod warunkiem, że potrafi się genialnie rozpoznać poruszające nią mechanizmy w tekście literackiej narracji.

Świetnym pomysłem okazało się wprowadzenie na scenę dzieci z Akademii Młodego Muzyka w Gnieźnie, które nie tylko wprowadzają polski, góralski folklor na scenę, ale wykonują też zadania aktorskie, co potwierdza, że reżyser nie szukał ozdobników dla swojej interpretacji, tylko wypełniał jej kolejne piętra konkretnymi znaczeniami.